Kwiecień jest wielkim darem od losu po ohydnym styczniu, wstrętnym lutym i takim sobie, ale jeszcze dość podłym marcu. Słońce i długi dzień wynagradzają prawie wszystko inne.

Oprócz TrainingPeaksa, którego wciąż uporczywie próbuję używać jako kalendarza, co doprowadza Wojtka do szału #imaneasyuser, zapisuję sobie wykonane treningi w poczciwym Excelu. Obok suchych danych – co i ile – wpisuję tam sobie jednym słowem całodzienne samopoczucie. I tak jak w lutym i w marcu było niepokojąco dużo zapisków takich jak „bomba”, „słabo” i „fatalnie”, tak śledząc kwiecień widzę tam w najgorszym wypadku trochę beznamiętnego „ok”.

Mimo wszystko z treningami bywa różnie, kwadratowo i podłużnie. O bieganiu wolę się nie rozpisywać, bo wpadnę w dekadentyzm. Nie można się jednak spodziewać szału, gdy zamiast wytopu ma się wagę zimową i to raczej z takiej syberyjskiej, ciężkiej zimy. Ciekawa jestem czy to kiedykolwiek przestanie być główną bolączką mojego jestestwa, bo obstawiam że nie, ale tym bezmiarem obstawiania nakręcam się tak mocno, że wcale sobie nie ułatwiam (…). Żeby za tym jeszcze szły waty – ale one, cholery jedne, wcale się nie zmieniają wraz z kilosami, więc opłaca mi się po prostu być rączą gazelą. Nie mogę jednak narzekać nawet na ten wskaźnik W/kg. Zimą popłakałam sobie trochę na trenażerze, pochlipałam na rozjazdach przed telewizorem, ugryzłam się do krwi w ramię na interwałach ledwo-do-przekręcenia, ogólnie było bardziej niewesoło niż wesoło. Mam jednak przeświadczenie, że na początku roku trenowałam dużo lżej niż rok temu, a mimo to waty idą jak wścieklizna. Wyczekiwałam wyjścia na zewnątrz z szosówką jak zbawienia i gdy się wreszcie doczekałam, naprawdę przyszło to jak dar niebios. No co tu dużo gadać, uwielbiam to i kocham nad życie, mogłabym spędzać na rowerze całe dnie – kręcąc spokojnie i niespokojnie, goniąc, ścigając, plując z wysiłku, cokolwiek. Nawet mnie z moim emocjonalnym ekshibicjonizmem i filologiczną łatwością werbalizowania myśli trudno jest opisać, jak specjalne miejsce zajmuje to w moim życiu.

W wodzie mam dużo radości i sporo wątpliwości. Przez większość czasu ostatnie dwa lata spędziłam na gonieniu młodzieży, znoszeniu wielokrotnych dubli i realizowania zadań, które brzmiały jak nierealizowalne. Przyszło mi z tego dużo progresu, satysfakcji i wiary. Tak jednak wyszło, że pod koniec zeszłego roku diametralnie zmieniły mi się okoliczności treningu pływackiego i po wielomiesięcznych rozkminach i próbach rzeźbienia, postanowiłam przenieść się gdzie indziej. To jest już któraś z kolei próba, kolejna duża zmiana całego systemu trenowania, więc nie chcę się zbytnio nad tym rozwodzić – wyniki pokażą, czy idę w dobrym kierunku. Na razie po dramatycznym jęczeniu trenerowi, że pływam wolno i jakoś się nie męczę jak zwykle (a przecież lubię się męczyć) wyrównałam sobie w zadaniu treningowym życiówkę na 400m i pływałam ze spokojną-średnią intensywnością odcinki, które jeszcze niedawno byłyby dla mnie prawie progowe. Nie chcę jednak za dużo o tym myśleć, bo jeszcze nic dobrego z tych rozkminek nie wyniknęło. Robię swoje, cieszę się gdy dobrze mi się pływa, zobaczymy co przyniesie rzeczywistość.

Pomysł z debiutem na połówce trochę mnie w tej kwestii odstresował. W ogóle chyba odrobinę się odstresowałam, choć już samo myślenie o tym, że się odstresowałam, stresuje mnie okropnie. Trochę jestem cały czas na rozdrożu, zdecydowanie za dużo filozofuję, zadaję sobie sokratejskie pytania i tak dalej. Co prawda wszystko mija mi, gdy przekręcam korbę roweru, ale potem przecież trzeba pójść biegać, a wtedy wszystko zaczyna się od nowa 🙂
Życie, życie jest nobelon.

Źródło: glosywmojejglowie.pl

A jak wreszcie zaczęło się wszystko powoli układać w odpowiedniej kolejności, to moje głupie zatoki przypuściły na mnie frontalny atak i mam właściwie drugi tydzień w tytułową dupę. Dałam się oszukać rzeczywistości i poszłam na trening, gdy czułam się już OK. Skończyło się na tym, że popływałam sobie w czwartek wesoło, pobiegałam mniej wesoło, bo z tętnem w kosmosie i z postojami na wypluwanie płuc, potem w piątek znowu fajnie się popluskałam, wyszłam na godzinny rozjazd na czasówce – znowu tętno milion – i od soboty jestem znowu chora. Wczoraj ostatecznie wywiesiłam białą flagę i biorę anybiotyk. Znaczy zapewne jutro będę już zdrowa, jak zwykle. Próbuję nie zwariować i nie myśleć o tym, ile treningów mi już przepadło i co z tego wyniknie, ale wychodzi mi to raczej średnio.

Hej, majówka, majówka.

 

1 Comment »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.