Dawno nie pisałam o piesełach – blog stał się prawie całkowicie poświęcony tematyce sportowej. Postanowiłam jednak napisać parę słów na temat Smoczej padaczki. Widzę po statystykach bloga, że wpisy na ten temat są wciąż często i licznie odwiedzane, stąd wniosek, że temat jest cały czas na propsie, to znaczy na świeczniku.



Inne wpisy na ten temat:
Padaczka u border collie – historia Smoczego przypadku
Prawie wesoły pies
Kiedy kończy się pozytywne zakręcenie, a zaczyna poważne zaburzenie

Wciąż jestem chyba jedną z nielicznych właścicielek bordera, która mówi otwarcie o chorobie swojego psa. I cały czas nie rozumiem dlaczego tak wielu ludzi uznaje to za temat, którego należy unikać albo się go wstydzić. Być może mają wobec swojego psa oczekiwania, żeby był idealny, nieskazitelny pod względem charakteru i zdrowia. Mój pies nie musi być idealny, znam jego wartość i uważam że jest psem mojego życia – tyle w temacie. Padaczka u border collie zwykle przebiega w bardzo gwałtowny i agresywny sposób i tylko otwartość właścicieli i hodowców w tej kwestii jest w stanie zagwarantować (choć nie do końca, bo to loteria) przyszłym właścicielom psów, że ich zwierzaki będą zdrowe.

W przypadku Smoka mogę mówić o wyjątkowym szczęściu, choć wiem, że neurologia to jedna wielka niewiadoma i równie dobrze od jutra może być strasznie źle. Z drugiej strony to się może zdarzyć absolutnie u każdego, więc pewnie nie ma co histeryzować.

Jakby co, to Rasta też jest neurologicznie walnięta. Na dwa egzemplarze BC trafiły mi się dwa choróbska – co za hat-trick! U Rasty z kolei bawimy się z BCC – border collie collapse. Z wiekiem coraz mniej jej trzeba, żeby paść na glebę, jednocześnie jej ataki coraz mniej ją ruszają (mnie takoż). Zawsze twierdziłam że od BCC do epilepsji jest bardzo niedaleko, a ostatni atak Rasty wyglądał już totalnie padaczkowo, łącznie z zesztywnieniem i piskami.

Smok z kolei przez ostatnie dwa i pół roku miał dwa lekkie ataki, obydwa po szczepieniach na wściekliznę, które podobno u psów padaczkowych często niestety w ten sposób działają. Jeśli ktoś ma pomysł, jak rozwiązać ten problem raz na zawsze, to dawajcie proszę znaki, bo nie uśmiecha mi się walić w psa co roku trucizny, która ryje mu banię.

Przechodząc jednak do sedna! U Smoka ataki padaczkowe zaczęły się bez ostrzeżenia i od razu na hardkorze, zarówno jeśli chodzi o intensywność jak i o częstotliwość. Mimo zaleceń weterynarzy bardzo wzbraniałam się jednak przed włączeniem psu leczenia psychotropami – od tego najczęściej już nie ma odwrotu. Zamiast tego szukałam usilnie jakiegoś czynnika, który mógłby odpowiadać za obecny stan. Jak przystało na porządną spanikowaną psią mamusię, próbowałam gdzie się dało: zmiana karmy na bezzbożową (tak, Smok był hipsterem); zamiana obroży na szelki (żeby nie naciskało na krtań i tarczycę); wywalenie domowej chemii do mycia podłóg na rzecz naturalnych środków i tym podobne. Najbardziej jednak zastanowiło mnie to, że każdy kolejny atak następuje: 1) nad ranem, 2) gdy jesteśmy oboje z Wojtkiem w domu, 3) podczas snu i – uwaga! – kilka do kilkunastu minut po zadzwonieniu budzika.

Gdy nakazałam Wojtkowi zmianę dźwięku budzika, spojrzał na mnie jak na wariatkę (ale się posłuchał).

Wykminiłam sobie jednak i twardo trzymałam się tego, że gwałtowny dźwięk budzika w jakiś sposób „wbija się” w fazę Smoczego snu i – mówiąc najbardziej obrazowo, gdyż ja jestem proszę państwa filologiem, a nie medykiem – zaczyna rypać mu jawę ze snem i mieszać mu fale w jego czarno-białej głowie. Raz Smoczełowi zdarzył się atak bez budzika, ale akurat tej nocy mieliśmy pod domem całonocny koncert w ramach Orange Festivalu.

No więc, tak jak już mówiłam, Smok ma się dobrze odkąd zaczęłam pilnować tego, żeby w razie niechęci do wstania na dźwięk budzika upewnić się, że pies się wybudził. Mówiąc bardziej konkretnie, jeśli tylko łypnął na mnie jednym okiem i wrócił spać, to misja była niepełna. Jeśli do niego zagadałam i otrzymałam w zamian spojrzenie pełne zrozumienia ;-), to mogłam wracać w kimę.

Byłam dzisiaj w bibliotece, żeby wymienić książki i oto na co trafiłam:
(…) Częstość występowania [padaczki muzykogennej] szacuje się na jeden do dziesięciu milionów. (…) Ognisko padaczkowe często znajduje się w hipokampie. (…) W hipokampie znajdującym się w płacie skroniowym przetwarzane są informacje związane z – ta-dam!- muzyką. (…) Jakimś sposobem doszło do powstania połączenia między szczególnym rodzajem aktywności reprezentującym w jej mózgu muzykę i innym rodzajem aktywności reprezentującym napady padaczkowe. (…)

I jeszcze Wikipedia:

Źródło: Wikipedia

Bang!
Jeśli coś brzmi głupio, ale działa, to znaczy że nie jest głupie.

1 Comment »

  1. Neurologia to ciekawa dziedzina, a mózg wciąż niezbadany, nawet ludzki, co dopiero zwierzęcy. Ja jestem migrenikiem, na szczęście pełnoobjawowa migrena zdarza mi się raz-dwa razy do roku, ale, wyzwala ją zwykle … błysk światła, i jest to zgodne z tym, co podaje literatura. Muszę uważać na wszelkie oślepienia przez jakiś nagły, ostry błysk, bo może to wyzwolić zaburzenia widzenia i w dalszej kolejności napad migreny, a jest to naprawdę koszmarne. Mózgi istot – ludzi, a zwierząt pewnie też, ze skłonnością do migreny bądź padaczki są nadwrażliwe na niektóre bodźce: ostre światło, ostre dźwięki, może też ostra zapachy, kto wie? Więc takie czynniki mogą wyzwalać u nich lawinę zdarzeń neurologicznych w mózgu i w konsekwencji – atak. Swoją drogą ciekawe, czy zwierzęta zmagają się czasem z bólem głowy?
    Zdrowia dla Smoka! 🙂
    Pozdrawiam, Beata A.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.