Wow, nawet nie wiem od czego tak naprawdę zacząć.
Potwornie się denerwowałam tymi zawodami i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu to nie był taki całkiem pozytywny stres. Wiedziałam że jest źle i dobrze jednocześnie – i że wszystko może się zdarzyć. Przyznam szczerze, że podeszłam do sprawy raczej na zasadzie obowiązku – najchętniej bym dała sobie spokój, ale absolutnie nie wyobrażałam sobie opcji, żeby po prostu nie pojechać na zawody takiej rangi. Mistrzostwa Polski są tylko raz w roku, więc niezależnie od tego, co by się nie działo, trzeba jechać i robić co się da.

Rower w strefie, no to sru.

No a przede wszystkim trzeba pamiętać, że triathlon nie jest obowiązkowy. Robię to, bo to uwielbiam i nie wyobrażam sobie bez tego życia, choć akurat na trasie bardzo trudno było mi siebie do tego przekonać. Ale o tym za chwilę.

Odkąd bawię się w sport poważniej, regularnie kontroluję sobie krew, a od paru tygodni chodzę już pokłuta jak mały ćpun, bo nastąpiła kumulacja robienia badań. I niestety nigdy nie było tak słabo jak teraz. Niby nic potwornego, ale jak na mnie jest po prostu lipnie, bo zawsze miałam bardzo dobre i bardzo stabilne wyniki. Powodów może być kilka – lekarz twierdzi, że wygląda to dziwnie i mało specyficznie, ale ja już mam swoje typy i działam w ich kierunku. Jeśli potwierdzi się to, co przypuszczam, to znowu wyjdzie na to, że zdrowia trzeba szukać wszędzie, tylko nie u lekarza, ech. W każdym razie przyjechaliśmy na miejsce zawodów w czwartek wieczorem (gdy jeszcze nie było wiadomo, czy mistrzostwa w ogóle się odbędą, bo jezioro zostało zamknięte przez sanepid z powodu zakażenia wody bakteriami E.coli), a w piątek z samego rana jechaliśmy 30 km do Piły, bo tam znajdował się najbliższy punkt pobrań krwi, lol. Uwielbiam żyć w dużym mieście jednak. Niestety musiałam zrobić badania akurat tego dnia, więc wycieczka była niezbędna – cóż, przy okazji zobaczyłam miasto Piłę (nie polecam). Piątek zaczął się więc tak sobie, a potem było tylko gorzej, bo czułam się ogólnie wyjątkowo beznadziejnie. Pojechaliśmy na trasę rowerową z zamiarem zrobienia sześciu okrążeń, a potem miałam pójść się rozbiegać. Skończyliśmy na czterech kółkach i wróciliśmy do hotelu, bo funkcjonowałam w trybie zombie (ale QOMa zrobiłam!) i nie byłam nawet w stanie zapamiętać dwóch zakrętów w prawo i dwa razy zgubiłam się na którymś z kolei okrążeniu… Po południu dostałam wyniki krwi i ze zdziwieniem stwierdziłam, że to co było słabe, jeszcze poszło w dół. Jakim cudem obniżyłam sobie tyle parametrów przez tydzień, to ja nie wiem. Będę miała teraz trochę roboty, żeby doprowadzić to do ładu.

No więc nastrój zrobił mi się jeszcze trochę bardziej wisielczy i jedyne o czym myślałam to: NIE MYŚL O TYM, JUŻ NIC NIE ZROBISZ.

Jak łatwo się domyślić, gdy wybiła godzina zero i dziewczyny urwały mnie w wodzie po jakichś 300 metrach było to jedyne o czym myślałam i zasadniczo wgrał mi się program „nie myślenia o zielonym słoniu”.
Popłynęłam tak strasznie słabo, że aż nie wiedziałam co się tak naprawdę dzieje. Oczywiście spodziewałam się że będę daleko za czołówką, ale nie sądziłam, że będę tak daleko za dziewczynami, z którymi już zdarzało mi się na spokojnie wychodzić z wody. Płynęło mi się strasznie nijak, podobnie jak w Gdyni tydzień wcześniej. Szczerze mówiąc byłam przekonana, że właśnie odezwało się to fizjologiczne zniszczenie. Hemoglobina, hematokryt, erytrocyty na dolnej granicy normy, leukocyty gdzieś w rowie mariańskim, wciąż wywalona kinaza no i po prostu się nie płynie, bo i z czego. Wylazłam z tej wody, wsiadłam na rower i dalej czuję wszechogarniający ból istnienia. Ledwo jadę, nie ma przede mną nikogo na horyzoncie i czuję że zaraz nadejdzie bomba życia – niezbyt optymistyczny obraz wyłaniał się z tych moich zmagań z rzeczywistością. Wyciągnęłam bidon z Vitargo, pociągnęłam dwa łyki, schowałam z powrotem do koszyka na ramie i… raczej nie schowałam, bo bidon postanowił, że dalej ze mną nie jedzie i woli poleżeć na trawie przy jezdni. Super. Kończąc pierwsze okrążenie zaczęłam bardzo poważnie zastanawiać się, czy ja też nie wolałabym poleżeć na trawie przy jezdni i czy w obecnej sytuacji zdrowotno-ogólnej nie byłoby sensowniej dać sobie spokój z tym głupim cierpieniem. Ale w sumie nie wiedziałam zupełnie, jak się schodzi z trasy, bo na razie zdarzyło mi się to tylko jeden raz, bezpośrednio do karetki z rozoranym kolanem (tutaj link). Jak zaczęłam sobie wizualizować, że zatrzymuję się gdzieś na trasie, zsiadam z roweru i idę do domu, to zdałam sobie sprawę z tego, że no chyba jednak nie za bardzo. Co nie poprawiło mi specjalnie humoru, bo jechałam już w trybie „wyrzyg” i nie do końca wiedziałam jak się nazywam i co ja tu robię, a jedyne co wiedziałam to to, że jadę za mocno i z całą pewnością nie ujadę tego do końca i nie wyjdę po tym na bieg. Cały czas miałam nadzieję (?), że jeśli zbombię, to na tyle spektakularnie, że po prostu skończy mi się paliwo i korba przestanie się kręcić, a jak już padnę do któregoś rowu, to mnie chyba stamtąd pozbierają i nie będą już kazali jechać dalej. Potem sobie przypomniałam, że raczej nie jestem fizjologicznie przystosowana do tego, żeby doprowadzić się do takiego stanu, więc może będę płakać i mieć halucynacje, ale padnięcie trupem jest zupełnie nie w moim stylu, więc próżne są to nadzieje. Niedobrze.

Na szóste okrążenie wjeżdżałam z taką mocą NP, że sama się dziwiłam, jakim cudem to robię na takim zdechnięciu. Gdy rozmawiałam z Wojtkiem przed zawodami, to oczywiście braliśmy pod uwagę wariant mojej indywidualnej jazdy na czas przez 40 km, ale do piątego okrążenia włącznie miałam „na budziku” o 20 watów więcej niż to, co miałam mieć, a i tak wydawało mi się to sporo jak na ten dystans. Na szóstym okrążeniu średnie waty drastycznie mi spadły, ale i tak pojechałam mocniej niż na sprintach. Pozostało więc pytanie: co będzie dalej. O dziwo na pierwszym okrążeniu biegu (2.5 km) czułam się podejrzanie dobrze, dopiero potem zaczęło się komplikować. Najbardziej się skomplikowało, jak Wojtek mi krzyknął, że „jeszcze pięć kilometrów, dogonisz ją”, bo wtedy zdałam sobie sprawę, że o madafaka, jeszcze naprawdę jest pięć kilometrów, a więc umrę. Kiedy biega się po krótkiej pętli, aż tak strasznie nie czuć dystansu – co innego, gdy wybiega się gdzieś do sąsiednich miasteczek. Zdecydowanie wolę operować pojęciami typu „jeszcze dwa kółka” niż „jeszcze pięć kilometrów”. Przy okazji zaczął mnie boleć brzuch, ale nie kolkowo, tylko zatruciowo, a utrzymało mi się to przez najbliższą dobę. To było dość oczywiste, że jeśli w jeziorze faktycznie są jakieś obrzydliwe bakterie i mają kogoś trafić, to trafią mnie, gdy mam akurat zerową odporność – życie życie jest nowelą 😉

No więc dobiegłam, a na mecie trafiła mnie rakieta emocji, sama do końca nie wiem jakich. Z jednej strony cieszyłam się, że już koniec, bo czekałam na to niezależnie od wszystkiego. Z drugiej strony to był potwornie ciężki start dla ciała i głowy – nie wiem czy nie najcięższy z dotychczasowych. Przez te dwie godziny i kwadrans chciałam się poddać ze dwadzieścia razy.

Na rowerze nie dogoniłam grupy – jedyne co udało mi się zrobić, to pojechać solo w takim czasie jak dziewczynom w niej. Fakt że pojechałam na takich watach i że dobiegłam potem do mety szybciej niż świńskim truchtem oznacza, że wykrzesałam z siebie chyba wszystko co mogłam na ten moment. I że nie miałam jednak zbombienia roku. W kwestii pływania mam za to nauczkę na przyszłe sezony. Ostatni mocny trening z grupą zrobiłam w połowie czerwca, a potem pływałam wciąż sporo i radośnie, ale właściwie tylko na luzie. Starczyło mi to do końca lipca, ale na sierpień już nie. W Gdyni zapaliła mi się czerwona lampka, bo było słabo, ale przede wszystkim było już za późno żeby cokolwiek zdziałać. W przyszłym roku na pewno nie powtórzę tego błędu i będę wiedziała, że trzeba łomotać też podczas wakacji.

Na koniec jeszcze słowo o organizacji zawodów. Mam nadzieję że nigdy nie będę już zmuszona do brania udziału w zawodach organizowanych przez tę firmę (czyt. że nie dostanie już zawodów rangi mistrzowskiej). Myślałam że w Gdańsku była lipa, ale tam było wprost fantastycznie w porównaniu z Chodzieżą. Nie chce mi się nawet opisywać, co i jak było nie tak, bo jestem tym już i tak wystarczająco umęczona, a łatwiej byłoby chyba wymienić co było w porządku.

I to by było na tyle jeśli chodzi o tegoroczne mistrzostwa Polski. Porażka, ale życie toczy się dalej. Dociągnęłam do ważnych zawodów, teraz znowu wracamy do gier i zabaw. Mam chwilę luzu i mogę teraz bez większych skrupułów złapać Emondzię pod pachę i pojechać gdzie chcę, jak chcę i zmęczyć się bardzo albo straszliwie bardzo i nie martwić się jak to wpłynie na mój poziom zmęczenia przed nadchodzącym startem. Co oczywiście zamierzam uczynić, bo nie ma na tym świecie większych przyjemności niż łomotanie na szosie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.