Nie wiem jak to możliwe, że w ostatnim czasie przeczytałam tyle książek. Ok, w sumie wiem – to dzięki brakowi wi-fi na piętrze. Nie pójdę z kompem do łóżka, a łóżko po godzinie 20:00 to w tygodniu roboczym najbardziej pożądana destynacja. Idę więc z książką i czytam, bo już na nic innego nie mam siły, ewentualnie na jutuba.
Jako że nie gustuję raczej w powieściach jako takich, czytam głównie autobiografie i historie oparte na faktach. Czasem wpadają też quasi-poradniki, takie jak przeczytane ostatnio „Chujowa pani domu” Magdaleny Kostyszyn i „Slow life” Joanny Glogazy. I właśnie te dwie pozycje zamierzam tu krótko (lol, ja i krótko?) zrecenzować. I polecić wszystkim dziewczynom i paniom.

Tak się zastanawiam, czy to nie jest już starość, że czytam takie książki. Ale w sumie autorki, obie będące blogerkami, są w podobnym wieku do mnie. Oh, wait… Już nic więcej na ten temat nie napiszę…

Pierwsza z kolei wpadła mi w ręce „Chujowa pani domu”. Książka oczywiście nawiązuje do fanpage’a o tym samym tytule, w internetowej wersji niewykropkowanym. I podobnie jak fanpage, książka wciągnęła mnie równie szybko – i podobnie się skończyła, bo ze zbiorem felietonów czytelnik może sobie poradzić naprawdę szybko.
Co mnie w niej urzekło: na początek – styl i język. Rzadko zdarza się tak, żeby nic mnie nie irytowało w sposobie pisania autora/redaktora książki. Tu daje gigantyczny plus, bo jest idealnie, teksty czyta się nad wyraz płynnie. Być może dlatego, że autorka też jest absolwentką polonistyki 🙂
Szczególnie spodobały mi się teksty dotyczące przyjętego ogólnie w społeczeństwie (kobiecym) prymatu młodych matek nad nie-matkami i ogólna refleksja (i niezgoda) autorki na to wszystko, czego wymaga się w świecie od kobiety. Bo nawet w dwudziestym pierwszym wieku, w cywilizowanym kraju, w liberalnym społeczeństwie od dziewczyn i pań wymaga się pewnych zachowań, umiejętności i uczuć. Niestety!
To co mi się nie spodobało, to dość wyraźnie zarysowana pochwała prokrastynacji. Autorka – a może raczej podmiot liryczny, bo nie wykluczam, że poglądy przedstawione w felietonach są celowo przerysowane – sugeruje w moim odczuciu, że można leżeć i pachnieć i wciąż będzie się zajebistym. Nie wspomina nic o realizowaniu jakichkolwiek pasji i marzeń, z książki wyłania się raczej schemat życia praca-dom.

Bezpośrednio po „Chujowej…” złapałam za książkę Joanny Glogazy, autorki bloga Styledigger i właścicielki przemiłego psa Chrupka. Ciekawa jestem, czy dziewczyny by się polubiły, ale jeśli tak, to chyba na zasadzie przyciągających się przeciwieństw. Joanna to blogerka modowa, która w poprzedniej swojej książce radzi jak urządzić sobie szafę z ubraniami, żeby mieć w niej tylko rzeczy praktyczne i lubiane. Magdalena poradziłaby raczej, gdzie te ciuchy powpychać, żeby nie wybić sobie o nie zębów, gdy idziemy z łazienki do kuchni. Filozofia życia codziennego Magdy jest bliska mojemu sercu, ale nie mam wrażenia, że dowiedziałam się czegoś przydatnego czy nowego. Z kolei po odłożeniu książki Joanny mam poczucie, że przeczytałam właśnie coś wartościowego, co z chęcią będę stosować w swoim życiu.

Co bardzo istotne – z tytułu można wywnioskować, że będziemy czytać coś w stylu „Codziennie rano wypijaj szklankę wody z cytryną, potem zrób trzy serie powitania słońca, stań przed lustrem i dziękuj za wszystko co masz”. Nic z tych rzeczy. Żadnych uniwersalnych porad, nieżyciowych instrukcji i stawiania się przez autorkę w pozycji guru. „Slow life” to nie jest codzienna medytacja, śpiewanie do płatków śniegu i celebrowanie każdej chwili, nawet jeśli właśnie marzniemy na przystanku autobusowym. Na wszelkie „zobacz jak ten liść pięknie unosi się na wietrze” zaczynam mieć odruch wymiotny, więc uwierzcie mi, jeśli macie podobnie, to nie musicie bać się tej książki.

Z poradnika „Slow life” szczególnie zapamiętałam kilka punktów. Nie jestem wcale pewna, czy autorka rzeczywiście to miała na myśli. To nie jest streszczenie książki, ale to co wywnioskowałam z treści po przetrawieniu jej swoim rozum(ki)em.
Przede wszystkim – że warto żyć po swojemu, ale tak naprawdę po swojemu, bo mamy dzięki temu stosunkowo dużo do zyskania i mało do stracenia. Nawet zupełnie nieopłacalne zainteresowania i niszowe pasje mogą stać się naszym sposobem na satysfakcjonujące życie, a czasem także na zarabianie. Jest wielu ludzi, którzy zajęli się czymś, co z punktu widzenia logiki i rachunkowości było kompletnie bez sensu – i nadało ich życiu nowy sens.
Po drugie – że warto próbować nowych rzeczy, których się boimy, bo często jest to strach irracjonalny – co strasznego może się stać, jeśli nieczysto zaśpiewamy karaoke w sali pełnej ludzi – ludzi, których prawdopodobnie nigdy więcej nawet nie spotkamy? A nawet jeśli spotkamy, to jakie znaczenie będzie miało dla nich to, że zaśpiewaliśmy nieczysto? Serio jakiekolwiek?
Po trzecie – odpoczynek jest ważny. Bez porządnego odpoczynku nie ma porządnej pracy.
Po czwarte – szanujmy swój czas i siebie samego. Bycie usatysfakcjonowanym, zdrowym, szczęśliwym to otwarta droga do tego, żeby dawać siebie innym w każdym wymiarze – więc co innego może być ważniejsze?
Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby wywnioskować, że wszystkie te punkty, jak i całą książkę (jak i wszystko w życiu chyba, hehe) rozpatruję w kontekście sportu. I choć absolutnie, w żadnym calu nie jest to książka o sporcie, dla sportowców i od sportowca, to wynoszę z niej dla siebie naprawdę bardzo wiele.

Teraz na warsztat wszedł „Gupi muzg” dr Deana Burnetta, a w kolejce czeka „Mądrość psychopatów” Kevina Duttona. Możecie już zacząć się bać 🙂

1 Comment »

  1. Pięknie dziękuję, fantastycznie mi się czytało Twoją recenzję, no i cieszę się ogromnie, że książka Ci się spodobała. Odpowiadając na Twoje pytanie – z Magdą się znamy (chociaż nie bardzo dobrze, widziałyśmy się tylko kilka razy:)) i jak najbardziej lubimy! Pozdrowienia, udanego weekendu! Joanna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.