Jak można było się spodziewać, cykl dziesięciu wpisów o wydarzeniach w Rio trochę się rozpierzchł, to znaczy jak zwykle nie starczyło mi determinacji żeby dokończyć jakąkolwiek serię wpisów. Podobnie było z cyklem o zakupie samochodu i pewnie wieloma innymi, o których w tym momencie nawet nie pamiętam. No cóż, mówi się trudno. W stylu pracy wciąż jestem bardziej artystą niż rzemieślnikiem, choć profesor na ostatnim roku studiów wpajał nam, że musimy umieć nie czekając na wenę, tworzyć coś technicznie dobrego i przyjemnego w odbiorze. Koniec końców z przedmiotu prowadzonego przez profesora dostałam swoją jedyną na uczelni piątkę z wykrzyknikiem, więc pozwalam sobie przynajmniej tu, na blogu, osiąść na laurach i rozpieszczać się w ten sposób, że piszę co chcę i kiedy chcę.

Jakiś czas temu niepostrzeżenie okazało się, że po jednym świetnym dniu nastał kolejny, który również mogłam nazwać w taki sposób. A potem jeszcze jeden i jeszcze… Tak strasznie długo na to czekałam, a powoli staje się to regułą i oby tak było już zawsze. Oczywiście że wciąż się boję, ale coraz częściej udaje mi się nie martwić na zapas (z natury jestem pesymistką, więc rzecz jasna bez przesady), nie widzieć przyszłości w czarnych barwach, nie mieć wyrzutów sumienia z powodu jakichkolwiek objawów dobrego samopoczucia. Jak dobrze zdać sobie sprawę z tego, że większość doczesnych zmartwień nie jest w ogóle żadnym zmartwieniem i jak dobrze nie być wobec nich bezradnym.

Ostatnie lata mojego życia nie wyglądały wesoło, zdążyłam już wyrzec się poszukiwania tak-po-prostu-szczęścia. Zdążyłam zapomnieć, jak to jest po prostu chwytać dzień, w pełni oddać się czemuś co daje mi radość. Chciałam jedynie, żeby nie było tak beznadziejnie źle albo… po prostu przetrwać. Stan psychofizycznej równowagi nie jest łatwy do osiągnięcia, ale zdecydowanie warto na niego poczekać. Życie zaczyna mi powoli sprzyjać, zupełnie tak, jakby ktoś na górze nade mną czuwał. No właśnie, a ja wiem, że czuwa.

No a jeśli chodzi o sporty…
W ostatnich czasach moje trenowanie przechodziło fazy kopania się z koniem, rzeźbienia pomimo wszystko, zaginania czasoprzestrzeni i prób przechytrzenia swojego organizmu. Wreszcie zaczyna się to zmieniać. Przede wszystkim wygląda na to, że w mojej głowie przeskoczyła jakaś zapadka, która – zmieniając tak naprawdę niewiele – zmieniła chyba wszystko. I znowu wszystko było efektem pomyślnego zbiegu okoliczności.  Mówiąc konkretniej, zrobiłam pierwszy w życiu (!!!) trening biegowy, podczas którego nie bolały mnie wnętrzności, i to był zdecydowanie najlepszy, najszybszy trening biegowy w moim życiu, podczas którego czułam się tak, jak chciałabym się czuć. Potem zrobiłam kilka badań, z których według lekarza nie wyszło nic, a według mnie dzięki nim niemal wszystko stało się jasne. Nie chcę jeszcze zapeszać, ale to że jestem w stanie wreszcie zrobić trening wtedy kiedy chcę, a nie wtedy, kiedy pozwala mi na to mój brzuch, jest dla mnie prawdziwym przełomem. A już przestałam nawet go oczekiwać. Stwierdziłam, że może tak po prostu musi być. Jednocześnie wiedziałam, że jeśli cokolwiek kiedykolwiek ewentualnie (…) mogłoby spowodować, że przestanę się cieszyć sportem, to właśnie cierpienia, jakie fundują mi moje własne flaki. Ktoś kto nie odczuł tego na własnej skórze, nie będzie wiedział o co chodzi, i bardzo mu tego zazdroszczę. Dopiero teraz jestem w stanie potwierdzić na sto procent to co przypuszczałam – ból ciężkiego treningu w porównaniu z bólem treningu połączonym z TYM to miłe łaskotanie po płuckach. Już znam skądś te daleko idące wnioski, bo pamiętam co się działo, kiedy jeździłam na swojej pierwszej szosówce. Miałam na niej takie problemy z dobraniem siodła, że ludzie wokół mnie łapali się za głowę i nie wiedzieli o co mi właściwie chodzi. Myśleli że przesadzam, bo przecież wszystkich tyłek boli po długich jazdach, a przez to czułam się jak ostatni mięczak. Wyjeżdżałam na trasę 100 albo 150 kilometrów i od dwudziestego płakałam z bólu. Zakładałam podwójne spodenki z wkładkami albo zdejmowałam skarpetki i rękawiczki i układałam je w kolarskich gaciach. I wciąż płakałam z bólu, bo to pomagało na dziesięć minut. I też, po przetestowaniu chyba z piętnastu różnych siodełek i po przejściu dwóch profesjonalnych bikefittingów, jak już wszyscy załamali ręce nad moim wymysłem, sama doszłam do rozwiązania problemu. Miałam po prostu za długą ramę, której w żaden sposób nie dało się ustawić pode mną tak, żebym nie spadała w stronę kierownicy. Odkąd jeżdżę na nowym rowerze, ból „siedzenia” wciąż oczywiście występuje, ale to jest normalny, stabilny ból, który rzeczywiście uznaję za część tej dyscypliny. Różnica jest gigantyczna. Widocznie historia powtarza się także w kontekście wnętrzności. Na rozwiązaniu tego problemu zależało mi i zależy jak na mało czym. Może kiedyś i na ten temat rozpiszę się bardziej szczegółowo… O ile starczy mi weny i determinacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.