Wyobraźcie sobie, że jesteście dzieciakami w okresie wczesnej podstawówki i jak typowe dzieciaki (mam nadzieję że również te obecne) lubicie spędzać popołudnia na podwórku. No więc wychodzicie i najpierw gracie z paczką znajomych w klasy, a potem w gumę. Zdążyliście się już spocić, ubrudzić i zgłodnieć, a tu ktoś proponuje Wam, żeby jeszcze pojeździć na rolkach. Po solidnej jeździe, kiedy nogi wchodzą Wam już… wiadomo w co, kierujecie się już do domu, a tu koleżka z osiedla przemyka Wam przed nosem na rowerze i proponuje wspólne śmiganie po osiedlu. Czy jakiekolwiek dziecko w tym momencie oleje taką okazję, powie że jest już zmęczone i że woli iść do domu pooglądać telewizję? ŻADNE!!! Wypruje z siebie ostatnią kroplę potu, spali wszystkie kalorie świata i będzie spało potem choćby w ubraniu i bez umycia zębów, ale takim atrakcjom na pewno nie odmówi.

Poszłam na taras pracować, ale oczywiście zasnęłam. Potem przeniosłam się w cień i zasnęłam, a potem poszłam na słońce i zasnęłam.Chyba tytuł pracownika miesiąca nie będzie mi dany. Nigdy 🙂

No więc ja się czuję bardzo podobnie odkąd trenuję z pływakami. To będzie mój trzeci pełny sezon trenowania pływania, pierwszy w tak mocnej grupie. Spłynęło na mnie to błogosławieństwo, po którym spodziewałam się tak potwornego hardkoru fizyczno-psychicznego, że mogłam dać się zaskoczyć wyłącznie pozytywnie. Przez całą ubiegłoroczną zimę solidnie pracowałam na to, żeby nie dać się „złamać” pływacką objętością i muszę stwierdzić, że choć trenerem byłabym okropnym, to jednak czasem jakąś tam intuicją w takich sytuacjach się wykazuję. Znaczy się: wyszło mi to. Ale to akurat drobiazg. Najważniejsze jest to, że na tych treningach bawię się absurdalnie dobrze.

To brzmi dość dziwnie w przytoczonym kontekście, zwłaszcza jeśli dodam do tego okoliczności przyrody w postaci faktu, że nie pływam jeszcze nawet jak słaby pływak. 25-metrowy basen, gdzie na pięciu torach pływa po około 4-6 osób wygląda tak, jakby wrzucono tam bombę – tego na 50-tce się nie uświadczy, a fale w Zatoce Gdańskiej to przy tym pikuś. Jednak, paradoksalnie, specyfika treningów pływackich oraz to, że moja grupa prawdopodobnie, gdyby chciała, wyprzedzałaby mnie na zadaniach żwawym glaichem, jest dla mnie bardzo pomocna. Dlaczego? Głównie ze względu na intensywność zadań. Jakoś tak się sprytnie dzieje, że zazwyczaj zaczynam długie zadanie z przekonaniem, że to będzie całkiem miłe pływanie. W połowie zaczynam zastanawiać się, czy przypadkiem nie zaczęłam odrobinę za mocno, a niedługo później już odliczam do końca. Na ostatnich odcinkach już wszystko mnie boli i piecze, ale – jako że to końcówka – mobilizuję się do tego, żeby nie zwalniać. Poza tym wtedy działam już na fali endorfin, a to, jak wiadomo, zmienia wszystko. Do tego dochodzi jeszcze ambicja w postaci „Dorwę Waaaas!!!”, która powoduje, że „spokojny trening” nie dla każdego na moim torze oznacza to samo… 😉 Widać to zwłaszcza na odcinkach na samych nogach. Przed dołączeniem do klubu nie spodziewałam się, że w ogóle można pływać tak długo i tak mocno na samych nogach. A przy tym wszystkim jest to zupełnie niezobowiązująca gonitwa na wyplucie płuc, to znaczy wiem, że jeśli jednak zostanę daleko w tyle i dostanę potrójnego dubla (to się zdarza), to nie ma paniki, bo ekhm, nie jestem tu faworytem 😉 To ciekawe, bo codzienne masakrowanie się pływaniem przychodzi mi zupełnie bezstresowo, z kolei przed bardzo mocnym treningiem biegowym potrafię denerwować się dniami i nocami.

Poza tym to uczucie, kiedy o 7:15 wychodzę z basenu i wiem, że to będzie dobry dzień, że jestem o krok bliżej do swojego celu, jest po prostu bezcenne. Strasznie mnie ekscytuje ta droga. Życzę sobie na początku tego roku szkolnego, żeby przetrwać ten sezon zdrowo i pomyślnie. Wiem że treningi same w sobie, jakie by nie były, nie zmasakrują mnie – jednak to co robię w międzyczasie może mieć kolosalne znaczenie. Już tyle razy sobie obiecywałam, że będę częściej używać rozsądku i dobrze się obchodzić ze swoim organizmem, który jest czasem bardziej wyrozumiały i dzielny niż bym się po nim spodziewała. I jakoś ciągle mi to umyka, bo skoro jest dobrze, to jest dobrze. Dopiero jak już na myśl o półtoragodzinnym rozjeździe na rowerze zaczynam płakać ze zmęczenia, potrafię zrobić rachunek sumienia, a wtedy błędy widać jak na dłoni. Wtedy mogę się tylko stuknąć w łeb i powiedzieć: I co się dziwisz? To co robię jest dla mnie tak zwyczajne i naturalne, że nie zauważam czasem, że dwa razy dziennie piłuję jak wścieklizna, a moje ciało nic za to nie dostaje. Idę rano na basen, łomoczę jeden z najlepiej zapamiętywalnych treningów w życiu :-), a kilka godzin później idę biegać na stadion, żeby zrobić trening progowy, który też nie należy do łatwych (delikatnie mówiąc). A potem stwierdzam, że skoro tak gładko weszło, to przecież nie muszę się ani wyspać, ani dorzucić sobie gratisową porcję wysokiej jakości paliwa, a w sumie to nic się nie stanie, jak zaraz pojadę rowerem 20 km do Gdańska i z powrotem, pójdę z psami na długi spacer i posprzątam mieszkanie. Wciąż trochę mentalny beton. Ale niech to publiczne wyznanie grzechów będzie dla mnie dodatkową motywacją, żeby jednak się trochę ogarnąć. No bo zależy mi, no!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.