Relacja tym razem będzie krótka, bo szersze spostrzeżenia i wnioski wolę zostawić dla siebie, a biczować się publicznie to w sumie nieładnie 😉

Cóż mogę powiedzieć. Pływanie akceptowalnie – choć czas bez szału, to jednak wyszłam w pięcioosobowej grupie (wredna mata policzyła moje wyjście jako ostatnie w stawce, choć wcale takim nie było, chyba że tętno po przejściu do pozycji wertykalnej mnie aż tak zamroczyło ;-)). Na niewiele mi się to jednak zdało, ponieważ jak zwykle utknęłam w piance. I to dość hardkorowo. Moje działania w strefach zmian zaczynają naprawdę bardzo mocno się na mnie odbijać – wczoraj w ten sposób, że do strefy wbiegłam razem z dziewczynami, a na rowerze musiałam je gonić przez 10 kilometrów. W T2 nie było lepiej – potrzeba zmiany butów do biegania na inny model staje się paląca, bo tych po prostu nie mogę założyć. I tutaj powinno paść soczyste przekleństwo…

Reszta dystansu na rowerze minęła już spokojniej i sądziłam, że dzięki temu będę w stanie jakoś-tam pobiec. Ale jednak nie byłam. Najbardziej nienawidzę tego uczucia niemocy. Już na dystansie wiem, że będę miała do siebie pretensje za to żółwie tempo, a jednak nic z tego nie wynika.

Na koniec zawodów największy cios, to znaczy ścięła mnie kolka taka, jak za dawnych czasów. Przypomniałam sobie, jak to jest nagle nie móc normalnie oddychać podczas biegu. Jest niefajnie. Co więcej, ta kolka dawała o sobie znak nie tylko strasząc mnie na biegu, ale nawet podczas krótkiej biegowej rozgrzewki przed startem. Bolało mnie chyba w sześciu miejscach naraz, jak nigdy. I z czego to wynika? Co prawda ostatnio zrobiłam jeden głupi błąd żywieniowy (powiadam Wam, nie pijcie kranówy, jeśli macie podejrzenie, że pomimo wszystkich mądrych opracowań i badań ona Wam nie służy i już), ale nie wiem, czy robię ich więcej. Pewnie tak, tylko jak do tego dojść? Moje wnętrzności to jedna wielka nierozwiązana zagadka. Świat byłby taki piękny, gdybym wreszcie raz na zawsze mogła się z nimi dogadać.

Ale spoks, będę się kształcić – może dowiem się czegoś, czego jeszcze nie wiem:

 

Jedziemy sobie jedziemy, aż tu nagle…

Znowu jestem dwunasta. Nie mogę sobie wybaczyć tego biegu, bo szybciej biegam na treningach progowych niż wczoraj podczas wyścigu. Szybciej pobiegłam także w Warszawie, po samotnym mocnym rowerze, mimo że czułam się tam chyba jeszcze gorzej niż wczoraj. Może nie powinnam być dla siebie aż tak strasznie krytyczna, bo jednak dziesięć miesięcy temu na Mistrzostwach Polski wyszłam z wody sześć i pół minuty za najlepszą pływaczką i dwie i pół za przedostatnią; wczoraj do najlepszej (Ala pływackim bogiem i niedoścignionym wzorem :D) zabrakło mi dokładnie trzech minut. Nie można mieć wszystkiego, wiem, jednak niedosyt jest wielki. Już nic z tym nie zrobię, było minęło i trzeba iść dalej. Biegiem najlepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.