Jeśli spod mojej klawiatury wypływa takie stwierdzenie, to wiedz, że coś się dzieje.

Wróciłam ze Stężycy w wyjątkowo dobrym sportowo nastroju – żadnych awarii, errorów i innych nieprzewidzianych zdarzeń. To było aż podejrzane, musiał gdzieś być haczyk. No i się znalazł! W poniedziałek moje ucho, które od piątku łaskotało, zaczęło po prostu boleć. Miałam nadzieję, że jest tylko zatkane i po przepłukaniu go u lekarza wszystko wróci do normy, ale zamiast płukania dostałam receptę na dwa różne antybiotyki, zakaz pływania przez dwa tygodnie i konieczność zrobienia wymazu z ucha.

Szczęśliwie po kilku dniach przyjmowania kropli z antybiotykiem ucho wróciło do normy. Obyło się bez antybiotyków doustnych, których unikam jak ognia (i prawdopodobnie dzięki temu zawsze kiedy się na nie zdecyduję, tak dobrze działają). Swoją drogą uważajcie na pływanie w morzu (wiem że to zatoka, ale dla mnie to morze) w Gdyni, bo najprawdopodobniej to właśnie stamtąd załapałam do ucha taką wredną faunę.

Przepadło mi pięć dni pływania. Zawsze podchodzę do takiej przerwy z wielkim niepokojem. W okresie intensywnych przygotowań pięć dni takiego odpuszczenia mogłoby być sporym uwstecznieniem, choć zimą po takiej nieplanowanej po przerwie przyszedł niezły czas konia. Teraz, o dziwo, wygląda na to, że nie straciłam nic. Wciąż nie rozumiem fizjologii sportu.

Tym razem dzień po wyścigu czułam się wyjątkowo dobrze, nie licząc kłucia w uchu i zawrotów głowy od tegoż. Trochę mi przeszkadzało to, że na poniedziałek w planie treningowym miałam tylko „wolne”, a jak po wizycie u lekarza dowiedziałam się, że czeka mnie beznadziejny tydzień, byłam naprawdę zawiedziona. We wtorek stan naładowania baterii przekroczył już maksimum i zagroził wybuchem, ale nie udało mi się rebeliancko uciec na trening, więc pozostały mi tak zwane „nowe ćwiczenia ogólnorozwojowe”, dzięki którym dowiedziałam się między innymi, że po wielu latach nieudanych prób jestem w stanie zrobić pompkę (a nawet więcej niż jedną). Haaaa. W środę wyszłam na lekkie rozbieganie z rytmami i sama się z siebie śmiałam, bo byłam już naprawdę strasznie żądna aktywności i cisnęłam jak dziki Indianin, a po drodze miałam jeszcze drogę z górki i z wiatrem, na której osiągałam prędkości, którymi normalnie biegam w okolicy progu. Gdyby ktoś mnie zapytał, ile kilometrów chciałabym przebiec, odpowiedziałabym: Wszystkie!

Uwielbiam trenować dużo, długo, mocno i często. Uwielbiam to, że w trakcie roku szkolnego kończę pierwszy trening o 7:15 i wjeżdżam do garażu wtedy, kiedy inni dopiero schodzą do niego zaspani. Uwielbiam to zmęczenie, które pojawia się po dobrej robocie i nawet to, że czasem odraczam coś w bliżej nieokreśloną przyszłość, bo po dwóch treningach nie mam już na to siły. Uwielbiam to wszystko i nawet nie uświadamiam sobie tego, że w czymś może mi to wszystko przeszkadzać – to po prostu jest. Tym bardziej zabawne jest uczucie, kiedy przechodzę w okres treningu wyłącznie na podtrzymanie, a już najzabawniejsze wtedy, kiedy z powodu przeciwności, takich jak zapalenie ucha, ten trening chwilowo niemal w ogóle znika. Nie wiedziałam że można mieć tyle siły i wigoru przez cały dzień!!! Dwudziesta druga, dwudziesta trzecia, a mnie się nie chce spać. W ciągu tych paru nietrenujących dni chyba ze trzy razy gruntownie(j) posprzątałam mieszkanie, ostrzygłam jednego psa, wyczesałam drugiego, a obowiązki służbowe, które normalnie mi się rozwlekają, wykonałam efektywnie i sprawnie jak nigdy dotąd. W trakcie normalnego trybu treningowego muszę się niekiedy naprawdę zmuszać do tego, żeby zrobić jakąkolwiek ogólnorozwojówkę, a teraz najchętniej robiłabym ją po trzy razy dziennie. No i co najśmieszniejsze, niemożliwie ucieszyła mnie jazda na rowerze górskim. Zdążyłam się już stęsknić za podniesionym tętnem, mrowieniem w mięśniach, lekką zadyszką i koniecznością skupiania się na trasie – ogólnie za ruchem. Przez ostatnie tygodnie jak wyjeżdżałam z Wojtkiem na „górale”, po piętnastu minutach zaczynałam odliczać czas do powrotu, mniej więcej dziesięć minut później obrażałam się na rower, a w międzyczasie jeszcze trzy razy się pokłóciliśmy albo chociaż raz się rozpłakiwałam, że zjazdy takie techniczne i ścieżki takie podstępne, a ja nie umiem.

Nie wiem, jak ja mogłam kiedyś funkcjonować bez sportu; teraz wydaje mi się to kompletnie nierealne, skoro już po kilkunastu godzinach dostaję totalnego kota. Jak dobrze, że są takie uzależnienia, które warto pielęgnować 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.