Tym razem oszczędzę Czytelnikom długich opisów okoliczności przedstartowych, bo po pierwsze opisywałam je w poprzednim wpisie, po drugie – tym razem nic specjalnego się nie działo, ha! Żadnych katastrof, zombiakowatego zmęcza, urywanych kończyn i chorych zatok – cudownie. Stopa może jeszcze nie jest w najlepszej formie, ale w porównaniu do jej kondycji z zawodów w Warszawie, jest z nią już super. Treningowe zmęczenie odpuszcza i wreszcie zaczynam czuć się jak człowiek, a nawet człowiek coraz bardziej gotowy do ścigania. Zatoki zostały uratowane i jak sądzę stoi za tym moje nowe odkrycie w postaci FixSinu (Sonia, dzięki za podpowiedź roku!!!). Co więcej, nawet się dzisiaj wyspałam. Szok i niedowierzanie 🙂

Zacznę więc od soboty. Jako że Stężyca jest blisko Trójmiasta, postanowiliśmy wybrać się na rekonesans trasy i po odbiór pakietu startowego. Po drodze stanęliśmy najpierw w korku do Chwaszczyna (czy tam w ogóle kiedykolwiek jest drożnie?), a potem na jakiejś bliżej niezidentyfikowanej wiosce. Po kilkunastu minutach stania w miejscu postanowiliśmy zawrócić i jechać do Stężycy przez Kartuzy, co niniejszym zrobiliśmy i… stanęliśmy w korku w Kartuzach. Zatem nieco ponad 50 kilometrów jechaliśmy dwie godziny. AAAAA!!!

Jak już w końcu dojechaliśmy, zrobiło się mało czasu do oficjalnego objazdu trasy rowerowej, w którym chcieliśmy wziąć udział, i mogłam wejść do jeziora na całe piętnaście minut. Ostatecznie weszłam nawet na krócej, bo pożałowałam sobie soczewek na to przedsięwzięcie i musiałam pływać w swoich okularkach z korekcją, które parują jak jasna cholera. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że na jeziorze było niepokojąco dużo kajaków i rowerów wodnych i w sumie niefajnie byłoby się zderzyć z którymś z nich. Tak czy siak, już samo wejście do chłodnej wody i pomachanie kończynami w upalny dzień i po dwóch godzinach spędzonych w aucie jest cudownym doświadczeniem. Wdrapaliśmy się więc do góry, po drodze zapoznając się z dobiegiem do strefy zmian, który miał chyba tyle samo długości co trasa pływacka 1/8 Ironmana. Zdecydowałam więc ostatecznie, że popłynę bez pianki.
Trasa rowerowa okazała się niemal idealna. Dobry, a miejscami doskonały asfalt i piękne widoki po drodze. Jedno z miejsc na trasie wyjątkowo mnie urzekło i zachwycałam się nim zarówno na wczorajszym objeździe, jak i dzisiaj w trakcie zawodów. Jak tam dojechałam, miałam ochotę rozłożyć ręce i drzeć się w romantycznym uniesieniu: Kocham to! Kocham triathlon! I gdyby nie obawa o ludzi za mną (wczoraj), walka o jak najlepszy czas (dzisiaj) i ryzyko utraty zębów (wczoraj i dziś), to pewnie bym to zrobiła. Bo rzeczywiście w tych krótkich chwilach zawarło się wszystko to, co najpiękniejsze w tym sporcie.

OK, pora na niedzielę, a żeby nie przedłużać: wystartowaliśmy.
Nie wiem, co się stało w tej wodzie, że tak beznadziejnie popłynęłam. Żałuję, że nie jestem w stanie sprawdzić, jak mocno płynęłam, bo gdzieś na samym początku dostałam parę kopów w rękę, w tym w zegarek, i zamiast pływania policzyła mi się 9-minutowa zmiana 😉 Płynęło mi się dobrze – jak na ten dystans być może trochę za dobrze, ale… I tu przechodzimy do sedna. Nie wiem, po prostu nie wiem jak to się dzieje, że nawet jeśli wśród startujących generalnie nie ma żadnej pralki, to tam gdzie jestem ja, tam się jakaś pralka znajdzie. Dostałam milion kopniaków, a co gorsza, znowu dałam się kompletnie przyblokować. Przez to po mniej więcej 100 metrach już wyłącznie wyprzedzałam, ale co straciłam, to moje. Jak mnie denerwuje mój brak eksplozywności i amebiczny start… Jest na to tylko jedna rada: trenować pływanie wśród ludzi. Postaram się to wdrożyć już od przyszłego tygodnia. Tymczasem mogę popatrzeć na swój wynik i się trochę pobiczować, żeby mieć jeszcze większą motywację do zmiany.
Po wyjściu z wody byłam trzecią kobietą, w T1 już drugą, a po 6 kilometrach roweru wyszłam na prowadzenie. Wojtek kazał mi tym razem pojechać rower odrobinę mocniej niż zwykle, dosłownie o pięć uderzeń więcej niż na ostatnich startach, które mierzyłam pulsometrem. Jeszcze w poprzednim sezonie miałam na tyle duży problem z bieganiem po rowerze, że na trasie kolarskiej dość mocno się hamowałam właśnie z obawy, że kompletnie mnie postawi. Tym razem postanowiłam nie iść jeszcze na całość, ale już nie patrzeć z niepokojem na wszelkie wskazania dochodzące do 170 uderzeń na minutę. No i jechało mi się bardzo dobrze, nawet się trochę zdziwiłam, że wyprzedzam po drodze tylu facetów. Okazało się, że miałam 11. czas roweru pośród wszystkich startujących ze stratą 2:40 do najszybszego mężczyzny. Nie sądziłam, że jechało mi się aż tak dobrze! Może to pokłosie startu w Suszu, gdzie jechałam bez pomiaru tętna, a naprawdę zaginałam się na rowerze – po tym już chyba każde zawody będą wydawać mi się jechane w umiarkowanym tempie 😉
Do T2 dojechałam z dość dużą przewagą, którą udało mi się utrzymać do końca pierwszej pętli biegowej. Potem jednak minął mnie F16 w osobie Marty, która w tej części triathlonu jest naprawdę szybka. Musiałam pocieszyć się drugim miejscem. Obiecywałam sobie jednak przez całą trasę na rowerze, że dzisiaj będzie mi się dobrze biegło. Pozytywne afirmacje zadziałały i było naprawdę w porządku. Trochę jestem zła na siebie, że nie zaryzykowałam jeszcze trochę mocniejszego biegu – najwyższego miejsca na podium bym w ten sposób nie wywalczyła, ale nowe doświadczenie i naukę owszem. No ale jeszcze nie tym razem – cały czas podchodzę do tego jeszcze trochę nieśmiało…

Kolejny przystanek w Gdańsku – Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim za dwa tygodnie. Spodziewam się, że będzie to hardkor, ale po dzisiejszym miłym przerywniku w hardkorach na pewno lepiej to zniosę. Kolejne zawody wyjazdowe dopiero w połowie sierpnia, więc jest szansa, że szarpnę się na buty startowe. Moje różowe Zooty są dla mnie niestety niezakładalne, to znaczy tracę przez nie w strefie zmian chyba z pół minuty, a z kolei treningowe Adidasy, które zakładają się świetnie, robią mi na stopach takie pęcherze, że kilka dni po zawodach ledwo chodzę. Ciekawe czy kolejne podejście do kupna butów będzie wreszcie udane.

P.S. Uwielbiam zawody!!! Nie tylko dlatego, że w ciągu dwóch dni zdążyłam pożreć cztery lody, wypełniając normę co najmniej półroczną. Omnomnom!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.