– Ula, przeprowadzamy się wiosną do Trójmiasta!
– O, to musisz kupić sobie autko!
O masz ci los! Wcześniej nawet tego nie rozważałam. Połączenie ja i samochód to jak ja i matematyka – dotychczasowe próby były na tyle wielką porażką, że po prostu dałam sobie spokój z  tematem. Kilka lat temu rozważania na temat kupna samochodu zakończyły się rozszerzeniem naszej stajni o kolejny… rower, a szalę przeważyło udane ruszenie z trzeciego biegu w samochodzie Wojtka, po którym jednakowoż musiał on wymienić sprzęgło. Na swoim koncie mam także wpadnięcie w poślizg na rondzie i zatrzymanie się metr przed policyjnym radiowozem, siedmiokrotne gaśnięcie auta na odcinku 500m (i to na egzaminie na prawko) oraz wiele innych errorów. Raz wiozłam Wojtka po imprezie rodzinnej prostą drogą 5 kilometrów do domu i jestem pewna, że wytrzeźwiał przez te kilkanaście minut. Zasadniczo cierpię na jakiś wrodzony deficyt uwagi, który mam od najmłodszych lat i na starość (:-)) wcale mi się nie poprawiło. Czasem po prostu nie widzę czegoś oczywistego albo kieruję się jakąś odmienną logiką od innych logicznie myślących ludzi i rzeczy dla nich oczywiste dla mnie są niczym rocket science. Gdyby nie dojazdy na basen z gigantyczną górą sprzętu, która już kiepsko mieści się w plecak, no i ewentualnie różnego rodzaju spacery z psami, mogłabym uznać, że nie potrzebuję samochodu. No i gdyby nie przeprowadzka do Gdyni, bo ulice w Trójmieście to trochę inna rzeczywistość niż w zakorkowanej stolicy, w której większość kierowców się spieszy i wzajemnie nienawidzi.
A więc w Gdyni sprawa znów stała się aktualna. Głównym bodźcem, oprócz całkiem przekonującego argumentu Uli na temat sprawności poruszania się obwodnicą, było marudzenie Wojtka. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie podobało mu się to, że codziennie wychodzę o 4:25, aby dojechać na Chylonię pierwszym dziennym autobusem pełnym stoczniowców 🙂
Szczęśliwie udało mi się załatwić sobie gdyńskie blachy – zawsze to mniejsze ryzyko „problemów z lakierem” ;-))) Tylko w Warszawie będę jakby słoikiem…
Nie jeździłam autem od lat, więc wraz z przeglądaniem ogłoszeń, rozpoczęłam proces poszukiwania możliwości praktyki. Z różnych względów prawie zakończyło się to rozwodem, a kłótnie o motywie przewodnim „nie dam ci teraz samochodu, bo jest za ciemno/za tłoczno/zbyt pada a ty nie umiesz” spowodowały mój totalny kryzys osobowości kierowcy i absolutne zacietrzewienie się przeciwko jeżdżeniu kiedykolwiek. Uparłam się, że nie umiem, nie nauczę się, nie chcę się uczyć i niech się wszyscy ode mnie odczepią i w ogóle to bardzo lubię autobusy. Odwołałam nawet wcześniej umówione jazdy doszkalające i cały kolejny dzień zamartwiałam się tym, że nigdy nie będzie mi dane wsiąść za kółko. Jeszcze jeden dzień później wsiadłam do Yariska z L-ką na dachu. Po ośmiu godzinach jazdy uświadomiłam sobie, jak bardzo niczego nie nauczyłam się na kursie oraz – co jeszcze ważniejsze – że na ulicy pozostali kierowcy wcale nie są po to, żeby mnie zabić. Trafiłam na cierpliwą i wyluzowaną instruktorkę, która stwierdziła krótko, że dobrze jeżdżę i brakuje mi jedynie praktyki, którą najlepiej zdobędę we własnym aucie. A że jest prawie moją sąsiadką, co oznacza zwiększone prawdopodobieństwo naszego spotkania się na drodze, pomyślałam sobie, że może wie co mówi, skoro mówi to z taką odwagą!
Poszukiwanie samochodu to temat-rzeka, o którym stworzę pewnie oddzielny wpis. Wysłuchałam chyba wszystkich możliwych, standardowych i niestardardowych historii, łącznie z tym, że Niemiec płakał jak sprzedawał, przebieg 50 tysięcy po 12 latach, auto kupione dla żony, która akurat wyjechała za granicę i tak dalej. Po przejrzeniu setek ogłoszeń i oglądaniu wielu aut miałam już bardzo dość, kiedy wreszcie Wojtek podesłał mi Audinkę, moją śliczną dziewczynkę!
Podobno raz Audi, zawsze Audi – być może i u mnie się sprawdzi 🙂
Warto było czekać – nie wiedziałam, że z samochodem można się tam związać emocjonalnie 🙂 Trafiłam na auto, które jest właściwie wypisz-wymaluj takie, jakie chciałam, łącznie z idealnym gabarytem i… Nie! Nie, nie powiem tego. No dobra, powiem: z nutką dresiarstwa. Przez lata marzyłam o Hondzie Civic z końca lat 90-tych, co Wojtek konsekwentnie zbywał facepalmem i stwierdzeniem, że mogę sobie kupić co chcę, ale gdy auto stanie mi nagle na środku drogi, to mam do niego nie dzwonić. To był silny argument, więc pogodziłam się z tym, że moje auto nie będzie autem dresiarza, skoro na bmw, które mi się naprawdę podoba, zwyczajnie mnie nie stać. A tu się pojawiła Audinka – auto z kopytem (jakże często po ruszeniu ze świateł mam przez chwilę myśl: „a gdzie są wszyscy?” albo „o Boże, może jednak było czerwone?!”), charakterem i nieco potłuczoną twarzą (ale nie przeze mnie!). Ta ostatnia cecha wzbudza niekiedy pewien niepokój wśród kierowców, których wpuszczam przed siebie w korkach czy z wszelkiego rodzaju wyjazdów. Ich wzrok wyraża zwątpienie, czy nie jestem jakimś psychopatycznym wyłudzaczem odszkodowań, który niby ich przepuszcza, a tak naprawdę czai się tylko, żeby przydzwonić im w tyłek swoją chromowaną rakietą i zwalić winę na nich.
Przyznaję jednak z dumą, że po pierwszych kilkuset przejechanych w roli kierowcy kilometrach, mam bardzo dobry bilans. Nikt na mnie nie zatrąbił, obdarzono mnie tylko jednym spojrzeniem typu „LOL what the fuck” (skrzyżowania takie trudne), za to ciągle ktoś mi macha albo mryga światłami w ramach podziękowań za drobne uprzejmości.
Smoczysław, jako były obrzygiwacz samochodów, jest dobrym sędzią jakości jazdy.
Poziom uwagi i przejmowania się innymi jest wciąż na najwyższym poziomie. To pierwsze mam nadzieję, że pozostanie na zawsze, ale drugie… Ryzyko spowodowania jakiegoś spektakularnego faila na miarę filmików z YouTube’a („woman driving fail compilation” i podobne) rośnie wielokrotnie, kiedy widzę w lusterku, że ktoś na mnie napiera. Z jednej strony wiem, że to jego problem, zwłaszcza kiedy nie mogę go przepuścić albo i tak jadę już za szybko, z drugiej jednak zaczynam bardziej skupiać się na tym co za mną, zamiast na tym, co przede mną. Innym wielkim strachem są dla mnie motocykliści, którzy pojawiają się znikąd. Jeżdżę bardzo uważnie i staram się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Ostatnio chciałam zmienić pas na lewy; nie włączyłam jeszcze nawet kierunkowskazu, zdążyłam jedynie pomyśleć o tym manewrze, a wtedy w lusterku pojawił mi się motor. Od razu miałam wyrzuty sumienia, że przecież mogłam zabić człowieka! Poziom stresu, jak widać, w wersji hard 🙂
Gdy zaczynam mieć kompleksy z powodu swojego nieogaru, oglądam sobie taki filmik i od razu poprawia mi się nastrój:
Jednakże! Nie sądziłam, że nastąpi w końcu taka chwila, że wsiądę sobie i pojadę gdzieś w miasto, a taką chwilę też mam już na swoim koncie. Co prawda na razie wszystkie skrzyżowania, którymi będę jechać, oglądam sobie najpierw na Google Mapsach, ale co tam – przezorny zawsze ubezpieczony. Odkąd jednak nie mam wrażenia, że inni użytkownicy drogi są tam po to, żeby mnie uszkodzić, oraz wiem już, że nawet gdy już ruszę, to łatwo mogę się zatrzymać (tak, to też było przełomowe odkrycie), wszystko jest łatwiejsze. A dzięki mojemu samochodzikowi mogę wstawać o luksusowej 4:25 zamiast o 4:00 i wychodzić sobie spokojnie z domu zamiast lecieć pędem na odjeżdżający wcześniej autobus. Wyprawa na basen staje się o półtorej godziny krótsza.
W korkach jest może mniej fajnie, ale w swoim fureksie nadal nienajgorzej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.