Nie ma aktywności, do której mam bardziej ambiwalentne uczucia niż bieganie. Przez wiele lat tak straszliwie nienawidziłam biegać, że mogłabym napisać o tym książkę. Potem, w ramach osobistej akcji „zmień wszystko” spróbowałam i wpadłam po uszy, choć do dziś pamiętam przekleństwa, jakie kołatały mi się po głowie podczas pierwszych prawie-interwałów oraz solidną obietnicę, że na pewno nigdy więcej nie będę robić żadnych mocnych treningów. To było pewnego wieczoru w 2010 roku, ale już kilkanaście minut później zorientowałam się, że umęczony umysł jedno, a mózg zalany endorfinami zupełnie co innego…
No właśnie. Jak powszechnie wiadomo, mózgownica ludzka to leniwa kupa fałd, która fabrycznie jest zaprogramowana tak, żeby chronić organizm przed najmniejszym, nawet urojonym ryzykiem. Wraz ze wzrostem wytrenowania fizycznego zmienia się też próg odczuwania wysiłku jako potencjalnie niebezpiecznego dla zdrowia. Fantastycznie opisał to Kshysiek na łamach magazynbieganie.pl tutaj i tutaj. Obydwa artykuły zrobiły na mnie ogromne wrażenie i dały mi dużo do myślenia. Niestety to nadmierne myślenie wcale nie pomaga w wykonaniu mocnego treningu, a zwłaszcza w przygotowaniu się do takiego. Zauważyłam niejednokrotnie, że najlepsze treningi – najmocniejsze, a zarazem nie fatygujące nadmiernie głowy – udało mi się realizować wtedy, gdy w ogóle o nich nie myślałam w kategoriach trudności, a po prostu robiłam swoje. I tak jak w przypadku pływania zdarzało mi się to nawet często, tak ku mojej rozpaczy niemal każdy mocny trening biegowy to dla mnie mentalna wyprawa na wojnę. Dzieje się tak głównie dlatego, że czasem – na szczęście coraz rzadziej – pomimo wielkich chęci nie jestem w stanie zrealizować tego, co zaplanowałam, a jedynym winowajcą są moje głupie wnętrzności, które ze względu na swoją budowę są zupełnie nie pro-biegowe. Już od kilku lekarzy słyszałam, że będą mi zawsze dokuczać, ale spodziewam się, że znajdę na nie jakiś sprytny sposób. Z każdym kolejnym sezonem szala przeważa się powoli coraz bardziej na moje. Nie zmienia to jednak faktu, że w trakcie bardzo mocnego wysiłku, kiedy przechodzę już do trybu zombie, który godzi się na każdy ból, dodatkowy gwóźdź w tej postaci stawia mnie przed ogromnym dylematem. Tak jestem skonstruowana, że nawet kiedy rozsądek mówi, że to tylko trening i skoro już z bólu myślę, że chyba mam zawał, to może jednak warto się zatrzymać, to zwykle tego nie robię. Trening wychodzi więc w porządku, ale przed kolejnym mam jeszcze większy stres z racji zapodania swojemu organizmowi trochę większej traumy niż się spodziewałam. Ból z wysiłku jest OK, ale taki, który jest bezsensowny, destrukcyjny i trzyma się potem przez parę dni już zabawny nie jest. Spoglądam jednak w bliską przyszłość dość optymistycznie, bo nie sądzę żeby mogło być gorzej niż było dwa lata temu, kiedy duszące kolki zrujnowały mi niemal wszystkie starty w zawodach i co najmniej kilka treningów.
No dobrze, ale koniec tych smętów. Choć jak już łatwo się domyślić, największą motywacją do kontynuowania i ukończenia mocnego biegowego treningu jest dla mnie myśl o tym, że wciąż nic mnie nie kłuje, mam zawsze w świadomości ten fakt, że mózg lubi się opieprzać. Na pewno każdy ma swoje sekretne sposoby na oszukiwanie go i przebrnięcie przez tę męki Tantala. Ja swoje też mam i ciekawa jestem, czy Wy macie podobne.
Zasadniczo im więcej mocnych treningów realizuję, tym lepiej startuje mi się potem w zawodach. Najlepszy start biegowy zanotowałam wtedy, kiedy w związku z supermocnym cyklem treningowym perspektywa zawodów w weekend wydawała mi się czymś w rodzaju aktywnego wypoczynku. Jeśli już jesteśmy przy zawodach, jak na razie najlepszym sposobem na przetrwanie dystansu 5 kilometrów jest myśl, że to tak naprawdę tylko 4 kilometry plus finisz do mety. Zazwyczaj o żadnym realnym finiszu nie ma mowy, bo nie jestem w stanie przyspieszyć choćby o sekundę, a od 3800 metrów znajduję się w strefie nieogaru, ale to naprawdę działa na mózg.
Na treningach muszę się powysilać trochę bardziej. Kończę właśnie drugi tydzień, w którym biegam trzy mocne treningi w tygodniu. Do tej pory były to dwie sesje na stadionie i zawody w weekend, w tym tygodniu to potrójny stadion. W Warszawie robiłabym pewnie część treningów gdzieś na ulicy, ale tutaj to się nie da – nie mam w okolicy choćby kilometra ścieżki po płaskim! Ciągle jest do góry albo w dół, więc wszystkie treningi, które wymagają kontroli tempa, latam w kółko po tartanie. W tym miejscu muszę się na chwilę zatrzymać i dodać, że mam absolutnie przepiękne warunki do mocnego treningu. Stadion Leśny w Sopocie to raj na ziemi. No dobra, rajem się staje po zakończeniu treningu, wcześniej jest czyśćcem, ale jest na nim naprawdę pięknie.
Zawsze najtrudniejszy jest pierwszy mocny trening po jakiejś dłuższej przerwie, i tutaj mam przykład na wyciągnięcie ręki. Po wtorkowym 6×800, łatwiej było sobie wmawiać, że czwartkowe 3×1200 to pikuś. Przecież to tylko trzy razy po trzy kółka! A do tego dłuższy dystans, więc może być odrobinę wolniej niż dwa dni wcześniej (i oczywiście wcale nie było). Biorąc pod uwagę kalkulacje, że dwanaście kółek z wtorku to więcej niż dziewięć kółek z czwartku, mam gotową receptę na przetrwanie treningu, kiedy w trakcie pojawiają się myśli o tym, że jest ciężko. Wyobrażam sobie wtedy, że założenie treningowe było trudniejsze, a realizuję jego łatwiejszą wersję. Nie wiem jakim cudem, ale to zawsze działa. Biegnę trzecie 1200 i myślę intensywnie o tym, że nie muszę robić czwartego! Jakie to szczęście i wspaniałość, że to czwarte mogę sobie już odpuścić! To była też moja recepta na przetrwanie bardzo mocnych zadań pływackich u Andrzeja w WMT. Andrzej mówił nam, co będziemy płynąć, a ja wmawiałam sobie, że na koniec usłyszę: „…a wszystko to razy dwa”. Zupełnie inaczej potem realizuje się zadanie, o którym można pomyśleć, że to „już ostatni blok”, nawet jeśli jest on pierwszym i jedynym.
To zabawne, że mózg da się oszukać w tak głupi sposób, ale jeśli coś jest głupie i działa, to znaczy przecież, że nie jest głupie. Podobnie da się zrobić, dzieląc zadanie na pół i podchodząc do drugiej połowy jak do początku zadania. Niespotykane pokłady siły wstępują wtedy w człowieka nie wiadomo skąd – jestem zmęczona? Jaka tam zmęczona, przecież dopiero zaczynam zadanie! No i oczywiście nieśmiertelna moc przedostatniego i ostatniego powtórzenia. Na ostatnim niech już się dzieje wola nieba, zwłaszcza jeśli wszystkie poprzednie wyszły dobrze. Biorąc to pod uwagę, podobnie jak środa to mały piątek, tak przedostatnie powtórzenie jest już jakby ostatnim…
Trochę trudniej było mi sobie przetłumaczyć trening z ostatniego czwartku, kiedy uświadomiłam sobie, co właściwie mam do zrobienia. Zadanie: 40 minut w tempie okołoprogowym – biorąc pod uwagę wyniki badania wydolnościowego z lutego, nawet trochę szybciej niż na progu. Na szczęście nie moją działką jest myślenie o tym, bo mnie ciężko byłoby to rozkminić. Od lutego do kwietnia nie robiłam praktycznie żadnych mocnych treningów biegowych, chyba że liczyć przebieżki po sto metrów albo podbiegi na bieżni elektrycznej, ale masakrowałam się czasem na trenażerze i mocno pływałam. Kłopot jednak w tym, że były nawet dwa kłopoty. Pierwszy: w tym samym tempie biegałam trening w zeszłym roku, właściwie już pod koniec sezonu, kiedy byłam już w stanie pobiec piątkę w około 20 minut i miałam na koncie trochę bardzo mocnych treningów. Tylko że wtedy ten trening trwał 20 albo 25 minut, prawie na nim wykitowałam, skończyłam z tętnem około 180 i oddechem Lorda Vadera i wracałam do domu tempem siedem minut na kilometr. Kłopot drugi był taki, że także w tym tempie próbowałam zrobić bieg ciągły trzy tygodnie temu, z tym że po lesie, i nastąpiła dupa. Na szczęście Wojtek był ze mną jako patrol rowerowy i z sześciu kilometrów skrócił mi go na cztery. Fakt, że w naszym lesie jest bardzo mocno przełajowo i pagórkowato, więc byłoby dziwne, gdyby wszystko poszło zbyt gładko, ale to był dość okrutny bodziec, przyznaję. Tak więc gdy pakując się na stadion uświadomiłam sobie, że oto cisnę na tartan na 40 minut takiego kieratu, do tego po czterech godzinach od powrotu z basenu, gdzie przemieliłam 4,5 kilometra z 3,5-kilometrowym zadaniem głównym, to zrobiło mi się dość niemrawo. Co mnie uratowało? Tym razem próbowalam wmówić sobie kilka faktów. Pocieszający fakt pierwszy: w szybszym tempie jestem już na pewno w stanie zrobić 5 kilometrów nie wchodząc do strefy straszliwego dyskomfortu. Pocieszający fakt drugi: to w sumie jest tempo o dwadzieścia sekund szybsze niż bardzo żwawe rozbieganie i o dwadzieścia-trzydzieści sekund wolniejsze niż tempo interwałów. Pocieszający fakt trzeci: tydzień wcześniej biegałam 3×10 minut, które miały być realizowane w tylko odrobinę szybszym tempie, niż to co miałam biegać w treningu progowym, a wyszły dużo szybciej z bardzo dobrym samopoczuciem. No więc uzbrojona w te wszystkie niemal pozytywne myśli, ruszyłam na próbę ognia, i przetrwałam bez większych destrukcyjnych myśli, w tempie niemalże w punkt takim jak zakładane (ale o dwie sekundy na kilometr szybszym, więc jest dobrze, he he). Co najśmieszniejsze, najtrudniej było gdzieś w środku, gdy miałam przed sobą jeszcze prawie pół godziny kręcenia w kółko po pustym i wietrznym stadionie w tempie, które mogło spłatać mi figla w każdym momencie.
Mam jeszcze jeden tajny sposób: spojrzeć w przyszłość. Ale nie tę odległą i świetlaną, ale tę powszednią, najbliższą. Zazwyczaj tak koncentruję się na wykonywanym zadaniu, że myśl o tym, co będzie za godzinę albo za trzy jest dla mnie zupełnie obca i odległa. Wbrew pozorom pomyślenie o tym, że za dwadzieścia minut będę już siedzieć w autobusie albo że w domu zrobię sobie dobry obiad i ciepłą kąpiel potrafi zadziałać cuda, gdy wybije umysł z modułu „to jest trening który będzie trwał już zawsze”.
I tak się uczę tego wszystkiego każdego dnia, starając się przy okazji opanować tę trudną sztukę samooszukiwania. W końcu ile razy robiłam trening, podczas którego byłam absolutnie i bez reszty przekonana, że to ostatnie powtórzenie na świecie, które jestem w stanie zrobić, a potem robiłam jeszcze osiem? Czasem trzeba sobie tak po prostu przywalić, ale oszukiwanie też jest dobre. Bo skoro coś jest głupie ale działa, to znaczy że nie jest takie głupie…

1 Comment »

  1. Heh, z sopockiego stadionu mam życiówki na 1500 i 5000m 😉
    Zatem dobrze wspominam. Fajnie, że można tam po prostu wejść i pobiegać.
    Gratuluję decyzji o przeprowadzce. Czuć we wpisach dobrą energię – to ważne!
    Dla mnie Gdynia jednak za daleko od gór, no, ale Warszawa też jeszcze daleko, więc kto wie, może kiedyś w końcu wybiorę Kraków 😉
    Tymczasem pozdrawiam z okolic Lasu Kabackiego i pętli habdzińskiej 🙂
    Beata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.