Narkomani, alkoholicy, hazardziści – oni wszyscy mieli pecha, że nie poznali darmowej, odnawialnej możliwości wejścia w równoległą rzeczywistość, będącą źródłem życiowej satysfakcji.
To nawet nie jest tak, że ja lubię się zmęczyć. Ja potrzebuję się zmęczyć. Wszystko wtedy smakuje inaczej. Jak mi dobrze, gdy jest mi źle!
Kiedy jest się endorfinowym ćpunem, trudno nagle funkcjonować bez sportu. To zaskakujące, ile zapasu energii fizycznej zostaje wtedy w człowieku. Jak zwykłe i mało wymagające znowu wydają się zwyczajne czynności. Kiedy jest się w regularnym treningu, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Niekiedy konieczność pościelenia łóżka, przebrania się w piżamę i umycia zębów urasta do rangi życiowego przedsięwzięcia.
Sport redefiniuje takie pojęcia jak głód i zmęczenie. Oczywiście przed erą uprawiania sportu bywałam zarówno zmęczona, jak i głodna, ale to, co czuje się w trakcie długiego treningu, kiedy na kilkadziesiąt kilometrów do domu dopada na rowerze bomba hipoglikemiczna, jest nie do porównania z czymkolwiek. Nie do porównania jest wykonywanie kolejnych intensywnych powtórzeń czegoś, co zdążyło już ostro złomotać.
Po mocnym treningu zwyczajna owsianka smakuje jak danie z restauracji odznaczonej gwiazdką Michelin. Kawałek czekoladowego wafelka przywraca trzeźwość myślenia i siły, przynajmniej na tyle, żeby zdołać zrzucić z siebie ubranie treningowe i trochę się ogarnąć bez ryzyka kompletnego padnięcia na glebę. Życie nabiera barw, kiedy w połowie długiego treningu na basenie przypominam sobie, że w szatni czeka na mnie pyszne, słodziutkie, soczyste JABŁKO. Z pewnością staje się wtedy jednym z najbardziej pożądanych jabłek świata.
To aż zabawne (choć tylko z perspektywy co najmniej dłuższej chwili), w jaki zombie mode potrafię wejść, kiedy bezpośrednio po długim, mocnym treningu mam coś do załatwienia „na mieście”. Planując cokolwiek muszę wziąć pod uwagę, że to co życiowego i służbowego uda mi się zrobić jest w dużej mierze zależne od dyspozycji dnia. Zaskakujące jest to, że zdarza mi się niekiedy leżeć plackiem na łóżku, odliczając minuty dzielące mnie od konieczności wstania na kolejny trening. Sama myśl o tym boli – zastanawiam się czy to niespodziewany atak grypy czy wyjątkowo podłe zmęczenie – więc tym bardziej dziwne jest, gdy okazuje się, że na treningu jestem w stanie przenosić góry.
Endorfinowy haj w połączeniu ze zwyczajnym fizycznym podmęczeniem naprawdę zmienia postrzeganie wielu rzeczy. Odkąd zajmuję się tym trochę poważniej, do wszystkiego podchodzę inaczej. Mniej się denerwuję, a rzeczy, które kiedyś poważnie by mnie zestresowały, dzisiaj spływają po mnie jak po kaczce. To działa jak silny środek znieczulający, zresztą pod względem chemicznym jest nim w istocie…
Nawet „martwy sezon” potrafi dać wielką satysfakcję, gdy widzę że to, co kilka tygodni temu było dla mnie arcytrudne, teraz jest pestką i zostawia po sobie wielki niedosyt. A to, co rok temu było ekstremum, dzisiaj jest codziennością. Co to będzie, co to będzie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.