Absolutnie uwielbiam Kozienickie Centrum Rekreacji i Sportu. Byłam tam w 2009 roku na zawodach agility – Międzynarodowym Pucharze Ras – i już wtedy uznałam ośrodek za jeden z najfajniejszych, jakie miałam okazję odwiedzić. W 2013 roku wróciłam tam na tę samą imprezę z wielką rozkoszą – tym razem nie z jednym, a z czterema psami. Wczoraj byłam tam po raz trzeci i na pewno nie ostatni, a jednocześnie pierwszy raz nie na zawody psie, lecz własne.
Nieźle mi się ostatnio trenuje i jest w tym duży paradoks, bo życiowo wcale nie czuję się dobrze. A ściślej, nieustannie jestem myślami o tysiące kilometrów dalej niż tam, gdzie jestem ciałem…
Wyjątek sportowy jest jeden: pływanie. Mój ostatni – czwartkowy – trening pływacki był epicki, i to wcale nie z takich względów, jakie bym chciała. Jeśli zastanawiacie się, jak się czuje zdechła flądra, to śmiało możecie mnie o to zapytać, bo ja już to dokładnie wiem. Tak właśnie można opisać moje samopoczucie w wodzie. Tylko przyspieszałam i natychmiast zżerał mnie wodór i zatrzymywała niewidzialna siła. Wyszłam z tego treningu w wisielczym nastroju, zwłaszcza w kontekście zbliżających się zawodów. Fart chciał, że Wojtek patrzył na mnie akurat z widowni i mierzył czasy odcinków stoperem, a potem uraczył mnie informacją, że owszem, pershingiem to ja aktualnie nie jestem, ale pływałam szybciej niż na niedawno przeprowadzonym teście na 200 metrów. Czyli nie jest gorzej niż było.
Na domiar złego, dobrego lub dziwnego w piątek zrobiłam jeszcze krótką zakładkę 40 km roweru i 3 km biegu, w tym dwa kilometry mocno. Nie wiem dlaczego ubzdurało mi się, że robiłam taki sam trening nieco ponad tydzień temu, więc muszę pobiec mocny odcinek co najmniej tak samo mocno jak ostatnio, bo inaczej klęska i po co w ogóle jechać na zawody. Warto w tym miejscu podkreślić, że pół poprzedniego dnia, po powrocie z treningów, spędziłam w pozycji wspomnianej już wyżej zdechłej flądry i chyba tylko łyknięty na noc Gripex uratował mi fason w piątek. Trening wyszedł wprost idealnie, ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła jakiegoś „ale”. No więc poszukałam i stwierdziłam, że chyba biegło mi się to nieco ciężej niż ostatnio. Trochę się zdziwiłam, kiedy zorientowałam się, że owszem, robiłam podobny trening, ale w tym tempie pociągnęłam jeden mocny kilometr i wydawało mi się wówczas, że to był absolutny maks i więcej dystansu bym tak nie pobiegła. Siurpryza.
No ale przechodząc do rzeczy…
W sobotę rano nie byłam nastawiona ani dobrze, ani bojowo, ani nawet średnio na jeża. Zmieniło się to dopiero, gdy dwie godziny przed startem pojechałam przetestować koła na trasie zawodów. Szybko stwierdziłam, że jedzie mi się doskonale, a rzeczone koła kręcą się jak wścieklizna. Nabrałam ochoty, żeby już wystartować.
Czasu było jak zwykle w bród, więc byłam w stanie rozplanować wszystko dokładnie i bez pośpiechu. Z niczym nie musiałam się spieszyć, aż do momentu, w którym jakimś dziwnym trafem okazało się, że zostało 15 minut do startu, organizator wyczytuje zawodników, a ja jestem wciąż nieubrana w piankę. Zrobiło się nerwowo, nie zdążyłam popływać przed wystrzałem startera, ale i tak czułam, że w piance jest mi lepiej niż zwykle.
Po starcie bardzo starałam się, żeby trzymać się w nogach zawodniczek startujących obok mnie. Udawało mi się to przez jakieś 200 metrów, a potem zorientowałam się, że nagle odpłynęły mi za horyzont… Nie za bardzo wiedziałam, czy to one są takie mocne, czy ja taka słaba, ale kiedy dogonił mnie gość bez pianki, który przeszedł do żaby, już wiedziałam, co się święci. Nagle uświadomiłam sobie, że przede mną jest masa ludzi, a za mną chyba nie ma nikogo. Czy to możliwe, żebym spośród kobiet i uczestników sztafet była ostatnia? Wszystko na to wskazywało. I co w związku z tym? Moja reakcja na tę myśl jest jednym z miliarda dowodów na to, że sport diametralnie zmienia człowieka. Spodziewałabym się po sobie tupnięcia nogą, zdjęcia pianki i rzucenia jej w krzaki z okrzykiem, że ja się tak nie bawię, a tymczasem… pomyślałam, że to naprawdę zabawne. Serio. I że w sumie dobrze, że mam ochotę przećwiczyć bycie ostatnią z wody przed mistrzostwami Polski, na których wyjdę na lepszej pozycji tylko wtedy, gdy któraś z zawodniczek będzie płynęła tyłem.
Jak się potem okazało, nie byłam wcale ostatnia, tylko dziesiąta. Ale przynajmniej przygotowałam się mentalnie, zwłaszcza że świadomość bycia ostatnią po pływaniu towarzyszyła mi aż do mety.
Chwila po starcie – jeszcze jestem w tej samej linii co reszta zawodniczek. Jeszcze…
Strefa zmian… nie ma nawet o czym mówić. Wojtek się ze mnie śmieje, że chyba tam siadam i piszę wiersze albo układam sobie fryzurę. Dementuję plotki: nie robię ani jednego, ani drugiego, po prostu 1) moje stopy nie chcą wyjść z pianki, 2) mam za dużo kudłów na głowie i muszę je upchnąć pod kask, 3) po pływaniu mam tętno ponad 170 i towarzyszy mi jedno z najobrzydliwszych sportowych uczuć na świecie (przejście z pływania do sprintu jest naprawdę złe), więc mój mózg również nie funkcjonuje tak jakbym tego chciała. Prędzej czy później jestem jednak w stanie pomyślnie wydostać się na trasę rowerową.
Etap rowerowy zasługuje w tym przypadku na oddzielną historię. Wsiadłam na rower i od razu poczułam, że jest doskonale i mogę wszystko. Przyznam szczerze, że aż tak dobrze nie było jeszcze nigdy, co jest o tyle dziwne, że w tym roku prawie nie trenowałam na rowerze – z trenażerem pożegnałam się w styczniu, gdy po zaledwie dwóch tygodniach kręcenia okazało się, że moje złamanie zmęczeniowe nie wyleczyło się do końca i znów muszę zrobić przerwę od prawie wszystkiego; na spinning nie poszłam ani razu, a mocne treningi na rowerze mogę policzyć na palcach dłoni. Co więcej, przedostatni trening rowerowy, który zrobiłam w środę, pozostawił mnie raczej bez nadziei – nie dość że jechałam jak zwłoki, to jeszcze zapłaciłam za to gigantycznym bólem pleców, rozpaczliwie rozmasowywanym potem w piątek.
W każdym razie na trasie czułam się jak struś pędziwiatr, wyprzedziłam cztery dziewczyny i żałowałam, że trasa ma tylko 20 kilometrów, bo z chęcią pojechałabym i ze trzy razy dłużej. Dziwiłam się, gdy na pulsometrze widziałam wartości około 165-170, bo samopoczucie wciąż miałam jak na nieco mocniejszym rozjeździe. Było naprawdę dobrze i do tej pory nie potrafię uzasadnić, skąd to się wzięło, ale… może nie muszę? Szkoda że jechałam bez pomiaru mocy, nie mogę się więc odnieść do poprzednich startów, ale prędkość trzymałam przyzwoitą, niecałe 36 km/h.
No i bieg, czyli chwila grozy – zbombię czy nie zbombię? Niestety doświadczenia z zeszłego roku (gigantyczna kolka przez cały dystans – dusząca, zatrzymująca i masakrująca mnie doszczętnie) zostawiły we mnie taki uraz i strach, że do większego wysiłku doprowadzam się na treningu niż na zawodach… Wiem że mogę biec szybciej, ale boję się, że jeszcze dwa kroki i będzie to, co było rok temu, a wtedy mam pozamiatane, a w bonusie bezsensownie się nacierpię. Wszystko jednak wskazuje na to, że moje wielokierunkowe zabiegi (opiszę je w oddzielnym wpisie) pomogły i w przyszłym roku nie powinnam już mieć problemu mentalnego tej natury. Już w Rawie nie było najgorzej, w Kozienicach było nawet nieźle. Ze względu na specyfikę trasy – krossowa, po leśnej ściółce – nie miałam okazji sprawdzić, ile dam radę poginać na płaskim (i po raz pierwszy musiałam użerać się w strefie zmian ze skarpetkami – piasek i szyszki na mokrych stopach mogłyby spowodować, że w Białym nie byłabym w stanie w ogóle biec), ale ta okazja miała pojawić się już następnego dnia w Białymstoku. Tak czy inaczej – do mety dotarłam w niezłym zdrowiu i samopoczuciu z czasem 1:05:cośtam, zajmując szóste miejsce wśród kobiet (trzecie w kategorii wiekowej). Bardzo dobre doświadczenie.
Jeśli chcecie zapytać mnie, jak to możliwe, aby biec do przodu, biegnąc w istocie w bok, odpowiadam: Nie wiem!
I jeszcze słowo o organizacji. Szerzej na ten temat rozpiszę się na magazynbieganie.pl, ale i tutaj muszę o tym wspomnieć: było doskonale. Trasa pływacka i rowerowa – pierwsza klasa (o biegowej trudno mi się wypowiedzieć – trochę byłam zdziwiona tym, że w triathlonie szosowym zdarza się trasa tego typu, ale na pewno nie mogę wypunktować tego jako wady imprezy!). Liczba sędziów na motorach na trasie rowerowej – większa niż na jakimkolwiek innym triathlonie, w którym startowałam. Atmosfera – wyśmienita. Po więcej zapraszam już jutro na wspomnianą stronę „Biegania”.
To nie koniec wrażeń weekendowych. Wieczorem wróciliśmy do Warszawy i niespełna jedenaście godzin później siedzieliśmy już w samochodzie, jadąc na sprint do Białegostoku. Ale o tym już jutro, bo powieki ciężkie… jak co dzień po dobrym treningu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.