Jeśli Warszawianka wzbudza we mnie tak dużo skrajnych emocji, że aż zasługuje to na oddzielny wpis – nie mogę zapomnieć, że jest coś, co pod tym względem wychodzi poza skalę. Chciałam najpierw pisać o trenażerze, ale o przygodach z tym urządzeniem napiszę kolejnym razem. Bo dzisiaj o tym, co w tym trenażerze przez dwa sezony siedziało..
Specialized Myka HT Sport 2011.
Gdy ją kupowalismy, byłam święcie przekonana że to sprzęt najwyższej klasy. Za 1800 złotych mogłabym przecież kupić sześć rowerów, jakie przychodziło mi mieć wcześniej. Zresztą rzeczywiście jeździła sześć razy lepiej niż tamte. Nówka sztuka, z salonu rowerowego, z takim ładnym napisem na ramie. Nie miałam wtedy pojęcia o bikefittingu, doborze siodełka, o rodzajach opon – właściwie o niczym. Wiedziałam tylko, że za takie pieniądze mogę spodziewać się dwukołowego geparda.
(W ciągu kilku lat perspektywa potrafi niesamowicie się zmienić. Przecież teraz tyle kosztuje jedno koło w moim rowerze. Gdyby trzy lata temu ktoś mi to zapowiedział, wyśmiałabym go tak, że echo niosłoby się na Białołękę. I warto zauważyć, że wcale nie mam teraz więcej forsy niż wtedy).
Wojtek, Author i Myka na Starym Mieście. Nie było wówczas szybszych rowerów na tym świecie!
Rzeczywiście przeskok między Myką a moimi poprzednimi rowerami był niesamowity. Wreszcie mój dwukołowy rumak chciał jechać i nie musiałam z nim o to walczyć. Hamował, skręcał, nie skrzypiał (jak czerwony Kilimanjaro, którego 11 listopada 2011 roku ktoś zwinął z korytarza przy windzie), nie odpadał mu pedał (jak poczciwemu Grandowi, który Wojtek oddał mi po stracie Kilimanjaro, żebym miała czym jeździć na uniwerek). Wykorzystywałam więc te luksusy jak tylko mogłam. Jeszcze przez długi czas miałam opory, żeby tak piękny i dostojny rower zostawiać przypięty gdzieś na mieście, ale do wycieczek służył jak znalazł.
Najpierw po prostu wsiadałam i jeździłam. Tak jak w dzieciństwie. Tylko że wtedy, kilkanaście lat temu, najpierw zawsze dzwonił domofon: „Dzień dobry, wyjdzie Asia na rower?”. Potem godzinami jeździłam z kolegami i koleżankami po osiedlu. Tutaj, w Warszawie, nie miałam już z kim wyjść na rower, zresztą to już nie te czasy. A więc, gdy tylko miałam wolne dwie godziny czasu, wkładałam słuchawki w uszy, telefon do kieszeni i wybierałam się z Myką na eksplorowanie miasta. Tak po prostu, między ludźmi, po chodnikach, ścieżkach i trawnikach. Po parkach i po ścisłym centrum. Bardzo brakowało mi tej wolności, która była przez lata wyrywana przez miejski zgiełk, konieczność poruszania się po mieście autobusami, przez nadejście nieuniknionej dorosłości, wymagającej ogarnięcia się. Patrzyłam sobie z dystansu, jak ludzie spieszą się do domów, jak stoją w korkach, jak wychodzą na spacery i randki. Obserwowałam to wszystko i cieszyłam się, że nie muszę nigdzie pędzić – że równie dobrze mogę teraz skręcić w lewo, w znajome rejony, albo pojechać w drugim kierunku i sprawdzić, co tam właściwie jest. Jak kilkuletnie dziecko, któremu rodzice po raz pierwszy pozwolili wyjść z podwórka i pozwiedzać okolicę.
A więc: było cudownie. Szybko spłynęło na mnie poczucie wszechmocy. Poznałam nieznane dotąd zakątki Warszawy, mogłam dojechać wszędzie i zawsze kiedy chciałam. Od tej pory rower towarzyszył mi niemal bez przerwy. Dojazd po mieście – nie potrzebowałam już komunikacji miejskiej. Spacer z psem – najlepiej na rowerze. Na uczelnię, do lekarza, na spotkanie – wszędzie z Myką. Wręcz żałowałam, że wszędzie mam tak blisko – chciałam sobie pojeździć! A więc z domu na Uniwersytet (najkrótszą drogą to niecałe 6 kilometrów) jeździłam przez Most Siekierkowski i Most Grota-Roweckiego (a później przez Most Skłodowskiej), żeby z sześciu kilometrów zrobiło się dwadzieścia.
Wakacje i luźniejsze dni, zwłaszcza letnie, spędzałam całe na rowerze. Przełom nastąpił, kiedy w końcu odkryłam pętlę habdzińską, czyli drogę z Powsina przez Ciszycę i Habdzin. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy po raz pierwszy zorientowałam się, że bezpośrednio obok Warszawy rozpościerają się puste szosy wśród pól i łąk. Prawdziwa, regularna wieś, z kurami wybiegającymi na asfalt, z przygarbionymi babuleńkami zbierającymi kapustę, z traktorami na środku drogi. To było to, czego szukałam. Ucieczka od miejskiego zgiełku trwała więc niecałe pół godziny, a przecież mieszkałam w jednym z najbardziej ruchliwych i głośnych części miasta. Spędzałam tam więc coraz więcej czasu. Czasem jechałam na Habdzin prosto z uczelni, mając na plecach torbę z laptopem i innymi szpargałami. Byle tylko jeździć – tam było tak cudownie.
Zimą, żeby wytrzymać na rowerze dłużej niż godzinę, musiałam ubierać się w najcięższe buciory, dwie pary spodni i rękawiczek, kominiarkę i zimową kurtkę. Wyglądałam jak bałwan i tak też się czułam, zwłaszcza gdy mijali mnie szosowcy w profesjonalnych kolarskich ubraniach. Przy nich zawsze wyglądałam jak zagubiona w świecie dziewczynka, która jedzie ze sklepu do domu. Ale oni po jednej lub dwóch pętlach znikali, a ja kręciłam, kręciłam, kręciłam..
Moją największą habdzińską frustracją byli właśnie oni – kolarze szosowi, którzy mijali mnie jakbym stała w miejscu. Udawało mi się czasem utrzymać z grupą szosowych starszych panów, ale z młodymi nie miałam najmniejszej szansy. To był kombos rozczarowania i złości. Nie dość że jechali jakby z wiatrem w plecy, to jeszcze mieli te straszne buty spd, w których na pewno nie jest łatwo się utrzymać. W ogóle wydawało mi się, że na rowerze szosowym musi być bardzo trudno trzymać równowagę – te cienkie oponki, ta nienaturalna pozycja.. Nie przyjmowałam natomiast do wiadomości, że zarówno geometria szosówki, jak i użycie butów spd to elementy, które dają naprawdę duże przyspieszenie. W swojej głowie byłam leszczem i już.
Ale zadowolonym leszczem. Kręciłam po Habdzinie zazwyczaj po 50-70 kilometrów, ale zdarzało się dokręcać i do stówki. Po stu kilometrach zazwyczaj wracałam stojąc jedną nogą w innym świecie- przemarznięta do szpiku kości, z kręgosłupem wołającym o pomoc lub pogrzeb i z dołem hipoglikemicznym jak stąd do Jowisza i z powrotem – ale nadal zadowolona.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym w jakąś z ukochanych aktywności nie wplotła odrobiny masochizmu. Wielogodzinne jazdy na przymałym rowerze mtb, często z ciężkim plecakiem, prawie zawsze na bardzo ciężkich przełożeniach (nie wiedziałam wtedy co to jest kadencja) nie mogły skończyć się inaczej. Czasem tak bolały mnie plecy, że po zatrzymaniu się pod domem i pierwszej próbie wyprostowania się, z bólu płakałam rzewnymi łzami. Jazda przez 40 km pod wiatr z kadencją około 60 obrotów na minutę bywała tak okropna, że obiecywałam sobie szczerze, że przez następny tydzień nie wsiądę na rower. Rzecz jasna wsiadałam już następnego dnia, a czasem nawet już kilka godzin po powrocie. Doskonale wiedziałam jak to się skończy, ale uwielbienie do roweru było silniejsze.
W końcu z plecami zaczęło być tak źle, że fizjoterapeuta skierował mnie na pilny rezonans kręgosłupa. Spodziewałam się, że może nie być dobrze. Odebrałam wynik badania, nogi się pode mną ugięły.. i pięć minut później pedałowałam już rozpaczliwie w stronę Habdzina, będąc przekonana, że to mój ostatni legalny rower na długi czas. I wcale się nie myliłam.
Czasem robiłam z tą Myką różne dziwne rzeczy: jechałam na bardzo długi dystans w rejony, których kompletnie nie znałam. Zazwyczaj kończyło się na tym, że wylatywałam prosto na drogę szybkiego ruchu, na której średnio co osiem sekund mijał mnie rozpędzony tir. To było trochę przerażające, ale też w jakiś sposób pozytywnie pobudzające. Dla dodania sobie otuchy podśpiewywałam sobie pod nosem. Innym razem jechałam długo przed siebie po zupełnie pustych, nużących dróżkach, przez wiele kilometrów nie widząc na horyzoncie żywej duszy. Pół biedy, jeśli poprzedniej nocy zażyłam więcej niż czterech godzin snu. W przeciwnym razie bywało różnie – od gwałtownych napadów rozpaczy in the middle of nowhere, aż do regularnego zasypiania w trakcie jazdy.
Tak czy inaczej, nie wiem jak mogłam żyć bez Myki. A potem pojawił się szosowy Giant TCR i namieszał jeszcze mocniej. Kompletnie zrewolucjonizował moje podejście do wszystkiego, ostatecznie namówił na triathlon i bez reszty w sobie zadurzył. Rower to zdecydowanie najlepszy wynalazek świata.
Fot. Jacek Nowakowski
P.S. Myka nie jest nie tylko przymała na moje 176 centymetrów wzrostu, lecz także strasznie ciężka. Ponad czternaście kilo roweru. Czasem myślę sobie, że lepiej byłoby jeździć po mieście jakimś lekkim, zwinnym single speedem. Oglądam oferty sprzedaży singli, przygotowuję ogłoszenie o rowerze Specialized na sprzedaż.. i się rozmyślam. Po prostu nie mogę. Jestem tak okropnie przywiązana do tego roweru! Pomijając zresztą kwestię czysto sentymentalną, to naprawdę wdzięczna maszyna. Używam jej już czwarty sezon – nigdy nic się w niej nie popsuło, serwisuję ją tylko wtedy, kiedy akurat mam na to ochotę, a ona śmiga jak ta lala. Chyba po prostu się lubimy..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.