Podczas uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego przed trzecią klasą szkoły podstawowej dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć w klasie nową koleżankę. Ola pojawiła się na apelu w słomkowym kapeluszu. Nie miała włosów ani nawet rzęs. Niektórzy przyglądali się jej z ciekawością.
W szkole i na podwórku nigdy nie zdejmowała czapki. Czasem ludzie myśleli, że jest chłopakiem, ale ona zdawała się w ogóle tym nie przejmować. Często pachniało od niej lekarstwami. Szybko się z nią zakumplowałam, bo była miła, mądra, szalenie kontaktowa. Mieszkałyśmy w sąsiednich blokach i miałyśmy wspólne zainteresowania. Ola kochała zwierzęta i chciała zostać weterynarzem, choć o planach na dalszą przyszłość mówiła rzadko i niechętnie.

Ola, zostańmy najlepszymi przyjaciółkami – powiedziałam jej kiedyś, gdy wychodziłyśmy z mojego bloku na dwór – Będziemy sobie mówić o wszystkich tajemnicach i w ogóle.
Wiesz co, wolałabym nie – odpowiedziała. Wtedy nie wiedziałam dlaczego. Może wcale mnie aż tak nie lubi? Może uważa, że nie jestem godna zaufania? Przecież spotykałyśmy się co najmniej kilka razy w tygodniu, a na podwórku świetnie się razem bawiłyśmy.
Kiedy przychodziłam do niej do domu, najczęściej spędzałyśmy czas oglądając zdjęcia razem z jej mamą. Bardzo często przychodziła do pokoju Oli obładowana albumami i z przejęciem opowiadała nam o poprzednich latach. „Widziałaś Asia, Ola miała takie długie, jasne włosy”. „Spokojnie, przecież odrosną” – odpowiadałam. Myślałam, że już wszystko jest dobrze.

Nie zawsze pojawiała się w szkole na lekcjach. Wychowawczyni powiedziała nam tylko, że Ola miewa lekcje w domu, bo choruje na nieciekawą chorobę. Bez szczegółów. „Może kiedyś sama Wam powie”.

Nie zdążyła.
Chodziłam już wtedy do innej szkoły, bo w czwartej klasie rodzice przenieśli mnie do innej podstawówki. Kontakt z koleżankami z poprzedniej klasy miewałam raczej rzadko, więc nie byłam do końca świadoma tego, że Ola nie chodzi do szkoły już od jakiegoś czasu. Czasem spotykałam się z innymi koleżankami na podwórku i wspólnie zastanawiałyśmy się, co się właściwie z nią dzieje. Wypatrywałyśmy ją w oknie, tam gdzie mieszkała. Czasem nawet któraś z nas krzyczała w tamtą stronę: „Ola, chodź do nas! Wiemy że tam jesteś”.

Możliwe, że w tym czasie Oli wcale nie było w domu, a jeśli nawet była, to niekoniecznie już nas słyszała. Nie wiedziałyśmy, że Ola umiera. To było poza wyobrażeniem dziewięciolatek.

Pewnego piątkowego dnia wróciłam do domu ze szkoły, ciesząc się na długi weekend. Zaraz po moim wejściu mama powitała mnie ze smutną miną.
– Asia, był tu Damian, powiedzieć że Ola umarła.







Aha.
Mniej więcej tak właśnie brzmiała moja odpowiedź: aha.

„…klasowo złożyć się po dwadzieścia złotych na wieniec..”
„…pogrzeb akurat wtedy kiedy masz ważne lekcje…”
Słyszałam jednym uchem, ale nie przetwarzałam.

Ola umarła. Umarła. To ja pójdę rozpakować plecak, zrobię sobie kolację, pooglądam telewizję.

A więc mamy piątek. Ola umarła. 
Dobre kanapki. Trochę za dużo rzodkiewki. Umarła.
Serial, no, obejrzę serial. Poczytam coś może. Ola umarła.

Siedziałam przed telewizorem, akurat nadawali serial „Graczykowie”. Nie mam pojęcia co się działo w tym odcinku. Po prostu siedziałam i udawałam że się weń gapię. Mój tata poszedł się kąpać, mama czytała gazetę leżąc na kanapie. Wszystko się działo tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. A jednak przecież Ola umarła, nic już nie było takie samo.

U m a r ł a.
Obracałam to słowo w swoim umyśle, mieliłam je w każdą stronę, pozwalałam mu przedrzeć się przez każdą komórkę mojej świadomości. Słowa piłowały mi w głowie.
Siedziałam więc i się gapiłam. W końcu podeszła do mnie mama, usiadła koło mnie na podłodze i obydwie się rozpłakałyśmy. „Widzisz Asiu, ja dlatego nie wierzę w Boga, bo to niemożliwe, żeby istniał dobry Bóg, który zabiera do siebie dzieci w twoim wieku”.
Nie chciałam tego słuchać. „Ciekawe czy wiedziała że umiera”. No nie. Naprawdę nie chciałam.

Poszłam spać. A raczej leżeć na łóżku i bezgłośnie wyć. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie wiedziałam co robić. Nie mogłam dopuścić do siebie myśli, że nie mogę zrobić absolutnie nic – to się po prostu stało.
Następnego dnia rano czułam się najgorzej na świecie. Jak to możliwe, że wstało słońce, że zaczął się kolejny dzień, że wszystko wygląda tak normalnie? Przecież nic nie jest normalnie, Ola umarła. I co teraz będzie? Próbując udawać że wszystko jest w porządku, przebrałam się z piżamy mokrej od łez, zimną wodą opłukałam zapuchnięte oczy. Czyli trzeba żyć dalej? Tata zabrał mnie na myjnię samochodową. Pierwszy raz w życiu siedziałam w samochodzie podczas gdy wielkie obracające się szczotki szorowały nasze auto. Prawie mnie to bawiło, uśmiechałam się z grzeczności, ale w mojej głowie było tylko jedno:
Umarła.
Ola już tego świata nie zobaczy. I tych głupich szczotek też nie.

Dwa dni później poszłam do kościoła na Mszę za Olę. Na drzwiach wisiał nekrolog oznajmiający, że Oleńka, urodzona 10 maja tego samego roku co ja, zmarła 10 listopada w wieku 10 lat. Ludzie z niedowierzaniem spoglądali na ten komunikat.
Spotkałam wszystkie koleżanki z dawnej klasy. Nie rozmawiałam z nimi wcale. W drodze do swojej ławki minęłam mamę i babcię Oli. Bałam się tego spotkania, myślałam że będą pogrążone w histerycznej rozpaczy, której nie zniesie moje serce. Ale żadna z nich nie płakała. Na ich twarzach malowało się zmęczenie, smutek, jednak dalekie były od rozpaczy.

Wychodząc z kościoła spotkałam babcię Oli. „Jakbyś chciała przyjść na pogrzeb, to będzie pojutrze, autokar was zabierze spod szkoły”.
Nie pojechałam – nie miałam zresztą w tej sprawie nic do powiedzenia. Oficjalnie dlatego, że miałam wtedy lekcje w nowej szkole i rodzice nie chcieli, żebym zaczynała semestr od opuszczania zajęć. Nieoficjalnie – jestem pewna, że po prostu wiedzieli, że pojechanie na pogrzeb koleżanki będzie dla mnie ostatecznym dobiciem.
Żałowałam, trochę miałam wyrzuty sumienia, że nie nalegałam. Jednak w głębi duszy czułam ulgę. Po prostu nie dałabym rady spojrzeć na przyjaciółkę leżącą w trumnie.

Od tej pory nienawidziłam listopada. Każde wspomnienie imienia „Ola” wywoływało u mnie niepokój, jakby każda Ola była skazana na rychłą śmierć. Potem dowiedziałam się, że nasza koleżanka była chora na raka mózgu. Nie potrafiłam sobie w pełni wyobrazić co to znaczy, ale wszędzie zaczęłam widzieć ryzyko zachorowania na tę chorobę. Moi rodzice poszli na plażę i spiekli się słońcem – Boże, umrą na raka. Kaszlnęłam – rak. Odkryłam sobie nawet dziwne zgrubienie na szyi, które obsesyjnie obserwowałam przez długie tygodnie. A kiedy niechcąco podrapałam sobie pieprzyk na nodze, czym wywołałam zaczerwienienie w jego okolicy, bez zbędnego oczekiwania na rozwój wydarzeń zwyczajnie wpadłam w dziką histerię, będąc przekonana, że teraz nie ma dla mnie ratunku.
Czułam też, że w zaistniałej sytuacji po prostu nie wypada mi się cieszyć życiem, cokolwiek by się nie działo. Jeśli coś było w stanie mnie rozbawić, w duchu się za to karciłam. Odmówiłam udziału w przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. „Mamo, bo wiesz, to nie jest tak, że ja się nie cieszę na te święta, ale z drugiej strony sama wiesz.. Ola umarła, nie zobaczy już tych świąt, po prostu nie mogę się z nich cieszyć”.

Dopiero kilka lat później zebrałam w sobie na tyle sił, żeby dać radę pojechać ze swoją dawną klasą na grób Oli w rocznicę jej śmierci. Oni jeździli co roku. Bałam się co to będzie, nie chciałam uczestniczyć w zbiorowym opłakiwaniu, to byłoby dla mnie za trudne. Ku mojemu zaskoczeniu – chyba pozytywnemu, choć miało w sobie gorycz i przedsmak realnego, gorzkniejącego świata – nic takiego się nie działo. Wyjazd klasowy przypominał każdą inną szkolną wycieczkę, zakończył się zresztą w McDonaldzie. Nie grał mi ten sposób obchodzenia rocznicy śmierci, tak samo jak teraz nie gra mi przepychanie się między grobami wśród wystrojonych i kłócących się ze sobą rodzin w Dniu Wszystkich Świętych. Myślami byłam gdzie indziej.

Nie wiem skąd Ola miała w sobie tyle siły. Fizycznej, żeby godzinami biegać ze mną po podwórku. Psychicznej, żeby zwyczajnie się trzymać i nie poddawać aż do końca. Kiedy było z nią naprawdę źle, jej mama i babcia płakały, a ona je pocieszała. Mówiła że będzie dobrze.
Chcę wierzyć, że teraz już na pewno jest.

Do dzisiaj mam jej zeszyt ze „złotymi myślami”, który od niej pożyczyłam. Wiem jaki był jej ulubiony kolor, zespół muzyczny, jak miały na imię jej ukochane zwierzątka.

W tej chorobie, w tej śmierci nie było sensu. Nie chcę w tym znajdować żadnego przesłania, bo chciałabym się uczyć życia inaczej niż poprzez ludzkie cierpienie. Mogłabym zakończyć ten wpis ckliwym wnioskiem w stylu: dzięki tej historii wiem, że codziennie mam za co dziękować światu. Ale to wcale tak nie działa, i każdy z nas doskonale o tym wie, zwłaszcza że czas leczy rany. Staram się jednak pamiętać, że warto znaleźć w sobie trochę siły i warto walczyć o to, żeby zostawić po sobie na tym świecie coś cennego, co zapamiętają inni.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.