Oglądaliście „Dzień Świra”?
To nie jest komedia. Mimo przewijającego się tam komizmu ten film jest daleki od odmiany komediowej. To jeden z najlepszych filmów jakie widziałam. Chyba żaden polski film tak bardzo mnie nie poruszył. Arcydzieło. Oglądając to jednocześnie wyję ze śmiechu, śmieję się przez łzy i cierpię razem z Adasiem.
W każdym z nas jest trochę tytułowego Świra. Być może w każdym coś innego. A może wcale nie?
Pisałam dzisiaj o psach, więc i tym razem uczynię je punktem wyjścia. Zasadniczo psy lubią rytuały. Stałe godziny posiłków, stałe godziny wyjścia na spacer, te same ścieżki, powtarzające się czynności. Moje psy są wyjątkiem, elastycznie dostosowują się do każdej oferowanej sytuacji. Ale ja nadrabiam za nas wszystkich.
Dużo we mnie Miauczyńskiego. Oboje jesteśmy polonistami, a to dopiero początek.
Zajmując się sportem dość łatwo realizować na sobie autoterroryzm. Były takie czasy, kiedy sama układałam sobie trening biegowy i siłowniany. Jeśli coś sobie rozpiszę – choćby nie wiem jak bardzo to było nierzeczywiste i nierozsądne – padnę na glebę bez tchu, ale zrobię co mam zrobić. Jeśli zakładałam sobie kiedyś przy dwudziestej długości basenu, że zrobię tych długości pięćdziesiąt, to mogłam zrobić siedemdziesiąt, ale nie czterdzieści dziewięć. Choćby dozorca gasił już światło na pływalni, choćbym widziała mroczki przed oczami, choćby – słowem – nie wiem co. Kiedy realizowałam biegowy plan treningowy na bieżni mechanicznej i weszłam na inną bieżnię niż zwykle, okazało się, że ustawiane do tej pory prędkości zupełnie nie przystają do temp na innym egzemplarzu machiny. Prawie wyzionęłam ducha, intensywność odebrała mi zdolność myślenia, a z bieżni zeszłam z kontuzją, którą leczyłam potem dość długo. Ale trening zrobiłam. Kilka miesięcy wcześniej, podczas tego samego cyklu treningowego, poleciałam z rana wykonać zaplanowany trening, który wykonałam w stu procentach, ale prosto z bieżni pobiegłam do toalety, aby stać się główną bohaterką tak zwanych dantejskich scen. Wróciłam do domu i szybko się zorientowałam, że mam wysoką gorączkę i wszystkie pozostałe objawy grypy żołądkowej. Przez kolejne trzy dni leżałam plackiem na kanapie, wychodząc tylko do miejsca, gdzie król chodzi piechotą.
Mogę się zarzekać, że nie będę się traktować w ten sposób, ale deklaracje to jedno, a rzeczywistość to drugie. Podobną masakrę zarzuciłam sobie przecież kilka miesięcy temu, kiedy za wszelką cenę chciałam dokończyć przerwany przez burzę i ulewny deszcz trening interwałowy na rowerze. Skąd mogłam wiedzieć, że waty na trenażerze nie równają się watom w terenie? Jedno jest pewne: kiedy tylko przekroczę bramę piekieł, już się nie cofnę. Ostatnie przyspieszenie zrobiłam na niższych watach tylko dlatego, że przerażony moim stanem Wojtek zagroził, że jeśli go nie posłucham, to przez tydzień mam szlaban na jakiekolwiek trenowanie. Chwilę przedtem zatkał uszy i stanął twarzą do okna, próbując wytrzymać to, co się działo – podobno – obok niego. „Podobno”, bo ja byłam już wtedy w równoległej rzeczywistości.
Bardzo nie lubię nadmiernego komfortu. Powiedzmy to sobie szczerze: gdybym urodziła się kilka epok temu, pewnie byłabym jednym z tych mnichów, którzy w imię idei wybrali życie w jaskini i codzienne biczowanie się włosienicą. Największą karą jest dla mnie zapewnienie sobie większego komfortu, niż w danej chwili wydaje mi się, że powinnam sobie zapewnić. Lekki trening w dzień, w który nastawiałam się na mocne uderzenie. Zaproszenie (próba zaproszenia) do restauracji bez okazji. Albo choćby skończenie treningu dziesięć minut wcześniej, kiedy wiem, że mam jeszcze trochę czasu..
Cierpienie uzależnia co najmniej tak jak endorfiny. Ile razy zimą wracałam do domu z rowerem, mając całkiem zamarznięte dłonie i stopy, i wyłam wniebogłosy, obiecując sobie że następnym razem przy takiej temperaturze pojadę autobusem? Ile razy trenowałam na szosówce z łzami lecącymi ciurkiem po policzkach, bo ledwo wytrzymywałam siedzenie na skrajnie niewygodnym siodle, a miałam przed sobą jeszcze kilkadziesiąt kilometrów jazdy? Wchodziłam do domu i myślałam: nigdy więcej. I zawsze następnego dnia wsiadałam znowu, choć doskonale wiedziałam, jak to się skończy.
Czasem kończę trening na siłowni i czuję, że nadchodzi wielki cukrowy spadek. Ten kto wie o czym mówię, zna też dobrze emocje i nastroje, jakie pojawiają się w głowie w tym czasie. Co chce wtedy zrobić rozsądek? Skrócić trening. Wrócić do domu najkrótszą drogą. Kupić sobie po drodze coś, co zapewni szybki strzał glukozy. Co robi wtedy mój nie-rozsądek? Wszystko dokładnie na odwrót. Nagle świta w głowie myśl, że przecież jest jeszcze jedno ćwiczenie, które dobrze by było zrobić przed wyjściem. Z jednego arcyważnego ćwiczenia robią się trzy albo osiem. Po drodze z siłowni do domu przypominam sobie, że muszę jeszcze zrobić zakupy. W bardziej hardkorowych przypadkach okazuje się, że po drodze mam do załatwienia co najmniej trzy sprawy, wśród których jedna wymaga długiego oczekiwania w kolejce. Ze sklepu do domu wracam obładowana jak juczny wielbłąd, a do wpakowania się do windy muszę użyć wszystkich głęboko skrywanych pokładów eksplozywności i dynamiki, żeby jednym ruchem wstawić do niej rower, trzymając jednocześnie w dłoniach dwie ciężkie torby z zakupami. Potem wjeżdżam na dziesiąte piętro niczym Quasimodo, bo staram się nie powciskać przeładowanym plecakiem wszystkich przycisków w windzie.
Szczytem wszystkiego jest, jeśli winda akurat nie działa. Przecież nie będę wchodzić na dziesiąte piętro na dwa razy, nie?
Kiedy przekraczam próg mieszkania, przez chwilę wydaje mi się, że oto przygoda dobiega końca. Zaraz usiądę sobie przy komputerku z herbatką i drugim śniadankiem. JEDNAKOWOŻ. Szybko okazuje się, że do tego wydarzenia jest jeszcze bardzo długa droga. Nie będę przecież jadła w syfie, więc po rozpakowaniu plecaka, rozwieszeniu ręcznika, wrzuceniu rzeczy do pralki (…) przecieram jeszcze starannie szmatką biurko. Jeśli w międzyczasie okazuje się, że pralka dopiero co skończyła pracę i czeka aż rozwieszę łachy – rozwieszam je niezwłocznie. W tym momencie słyszę pikanie zmywarki, oznajmiające radosną nowinę: to nie koniec porządków! Idę więc do kuchni, wypakowuję naczynia, a skoro już wypakowałam, to wpakuję też brudy ze zlewu. Jedzenie z szafek już do mnie mówi, lecz przecież – na miłość boską – nieposprzątany blat wymaga niezwłocznej interwencji. Gdy wreszcie w czajniku gotuje się woda, jedną ręką wrzucam porozrzucane po przedpokoju buty do szafki, drugą zbieram psie miski z podłogi. Od pierwszej myśli „Jezu, chcę do domu” minęła godzina.
Biada temu, kto podczas wielkiego rytuału przeddrugośniadaniowego poczuje potrzebę, żeby mnie o coś zagadnąć – bez kija nie podchodź. Zwyzywam, rozpłaczę się i obrażę- czasem jednocześnie.
I bardzo często mam w treningowym plecaku jakiś ratunkowy cukier. Przez ostatnie dwa lata użyłam czegoś takiego może raz, choć w stanie „jeszcze minuta i moje mięśnie ulegną samostrawieniu, żołądek przekręci się na drugą stronę, a ja zamorduję panią która stoi przede mną w kolejce” znajdowałam się niezliczoną ilość razy.
Śmieję się z siebie codziennie. I opowiadam o tych wszystkich sytuacjach ze wstydem, bo chwalebniej byłoby mieć w sobie cechy konstruktywne. Ale, jak już wspominałam, próbuję ze wszystkiego wyciągnąć coś dla siebie na przyszłość.
Tak zawsze mnie koił szum odwiecznych fal.
Wciąż jednak odpoczywam.
 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.