Mówi się, że jeśli wszystko idzie zaskakująco dobrze, to znaczy, że coś w końcu musi się zepsuć, i to hurtowo.
Hmm, mądra głowa musiała to rzec, bo ta zasada się sprawdza.
Kilka ostatnich dni spędziłam w nastroju ogólnie przytłoczonym przez istotę świata. Wszystkie przedsięwzięcia wydawały mi się trudne i odległe, z niemożliwymi włącznie, i nie chodziło wcale o plan przebiegnięcia 80 km, co przyjęłabym z otwartymi ramionami i sercem, lecz raczej o prozaiczne życiowe sprawy.
Nie pomaga mi w tym wszystkim niemożność biegania i – sic! – rowerowania. Co prawda pomyślnie trenowałam w Katowicach, biegając prawie codziennie; przebiegłam nawet swój najdłuższy dystans w tym roku; treningi biegowe wreszcie zaczęły mi wychodzić szybciej niż założenia na papierze; w końcu – w ubiegłą niedzielę brałam udział w sprincie triathlonowym. Niemniej – cały czas bolało. Podczas zawodów akurat bolało najmniej, bo – powiedzmy sobie szczerze – na tym dystansie boli wszystko od startu do mety. Jeszcze na początku tygodnia biegałam, lecz potem lekarz ortopeda, którego bardzo szanuję, trochę mnie postraszył, więc mam szlaban na bieganie i niestety także na rower. Czekam na rezonans, który zawyrokuje, czy mogę biegać za tydzień, czy za dwa miesiące.. Wolę nie myśleć o tej gorszej wersji. Nie zamierzałam jeszcze robić roztrenowania.
Kiedy już różni ludzie zaczynają Ci mówić, że jesteś najdziwniej pechowym człowiekiem jakiego znają, to znaczy że coś się dzieje..
Jeśli nie ma się co się lubi, to się robi co się może, więc obecnie jestem stałą bywalczynią siłowni. Nie ukrywam, że uwielbiam się tam katować, więc chociaż tyle mi pozostało. Przez ostatni tydzień wielki ból sprawia mi machanie rękami w tył, podnoszenie kubka i tym podobne czynności, czyli jest dobrze.
Przez chwilę wydawało mi się, że basenem sobie nie pomagam na kontuzję, ale ostatnie wypady na pływalnie pokazały, że nie jest źle. A więc pływam, choć to trochę za dużo powiedziane. Po  prawie dwumiesięcznej przerwie od regularnych treningów czuję się w tej wodzie fatalnie, jakbym zaczynała od zera. Ciekawe ile czasu zajmie mi powrót do formy z zeszłej zimy.
Na domiar złego ewidentnie się przeziębiłam. Nie wiem jak to zrobiłam, ale chyba pobiłam rekord życiowy w łatwości przeziębienia się, bo nie podejmowałam żadnych ryzykownych czynności, takich jak (moje ulubione) wracanie rowerem przez miasto z basenu przy -5 stopniach na zewnątrz. Dziś jednak cały dzień smarkam, kicham, parskam i.. śpię. To ostatnie jest trochę deprymujące w swojej intensywności. Wyspacerowałam rano psy, wróciłam z siłowni, postanowiłam obejrzeć kawałek Mistrzostw Świata XC i.. zasnęłam na pół godziny. Później zajęłam się pozornie konstruktywnymi czynnościami, poszłam z psami na dwór, wróciłam z zamiarem wybrania się za godzinę na basen i.. położyłam się na chwilę na łóżku z komputerem, co spowodowało sen. I to nie byle jaki, bo kimałam ponad dwie godziny. Shit. Piękna, ciepła, słoneczna sobota, którą przespałam. Śniło mi się że jadę autobusem do Gdańska z Rastą i jakąś przedziwną ilością bagaży, w Gdańsku leży śnieg, chociaż jest lato, myślę intensywnie o tym, żeby umówić się do Uli na trening agility, a Rastuch wyłazi z autobusu i sobie gdzieś idzie. Ekhm. Nieważne. Tak czy inaczej, kiedy wstałam, czułam się jeszcze chorsza niż wcześniej, co nie wróżyło dobrze. Nie umniejszyło to mojej chęci wybrania się na basen, ale musiałam chyba przedstawiać obraz zombie style, bo Wojtek kazał mi iść sprawdzić, czy nie mam gorączki. No cóż – 35.9. „Niedogorączka” przy samopoczuciu gorączkowym nie wróży nic dobrego, więc skapitulowałam. Podły świat.
ALE.
Kiedy już byłam gotowa do popełnienia wpisu depresyjnie narzekającego na trudy i znoje tego łez padołu, zaczęły się sypać dobre wiadomości. Jedna. Druga. A potem jeszcze trzecia. Czekam jeszcze na czwartą (tj. wynik rezonansu), ale naprawdę nie wypada mi już tak otwarcie mędzić.

ORAZ! Przez ostatnie dwa miesiące marzyłam o sałatce – jakiejkolwiek, bo lekarz zabronił mi jeść wszystkie. Podobnie jak chleba, surowych owoców, większości warzyw, makaronu, nabiału i tym podobnych, zostawiając mnie prawie z niczym. Od kilku dni podejmuję mniej i bardziej ryzykowne próby ognia, jak na razie ze stuprocentowym sukcesem. Sałaaaaatka!!! Mój żołądek przystał na tę propozycję i mam nadzieję że tak zostanie, bo długo bym już nie pociągnęła na jałowym, bezwartościowym żarciu, jakie pozostało mi do dyspozycji.

Mówi się także, że kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno. Oby to nie było okno na 10. piętrze. Szykują się wielkie zmiany, których się trochę boję, ale na które w gruncie rzeczy bardzo mocno liczyłam i pokładam w nich wielkie nadzieje. Już od przyszłego miesiąca szykuje się reorganizacja i nowa jakość życia, a ja zamierzam się jej całkowicie poddać..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.