A więc udało mi się dotrwać do soboty bez uszkodzeń ciała i duszy mogących wykluczyć mnie ze startu. W sobotę zadebiutowałam w triathlonie na dystansie sprinterskim, który – jak zresztą przypuszczałam – bolał od startu do mety, ale wcale nie o wiele bardziej niż dwa razy dłuższy dystans. Nie był to fantastyczny występ w moim wykonaniu, ale zdecydowanie nie żałuję, bo było to naprawdę cenne doświadczenie. Ale po kolei.
Zacznę od tego, że po raz kolejny zadziwił mnie mój poziom przedstartowego stresu, który był na zaskakująco niskim poziomie. Od rana cieszyłam się na zbliżające się wyzwanie. Denerwowałam się sprawami technicznymi, takimi jak to, czy ktoś nie uszkodzi mojego roweru w wyjątkowo ciasnej strefie zmian, ale tym, że będzie ostra jazda – właściwie niewiele. Bałam się trochę debiutu w zawodach z draftingiem – nie byłam przekonana, czy sobie z tym poradzę, bałam się mojej nieodłącznej towarzyszki kolki, ale poza tym.. „nerwy do konserwy”. Doskonale, bo jeszcze nie tak dawno szał przedstartowy nie dawał mi normalnie myśleć i funkcjonować.
Przygotowania do startu stały się nerwowe, gdy okazało się, że w strefie zmian nie ma koszyków ani niczego innego, w czym można zostawić swoje rzeczy po zmianach. Niemiła niespodzianka. Na samą myśl o dwustu osobach przebiegających po mojej ślicznej aXence robiło mi się słabo. Byłam już gotowa płynąć bez pianki, ale pomocny organizator uratował mnie kartonem, w którym mogłam zostawić swoje graty.
Woda w stawie była na tyle zimna, że gdy tylko do niej weszłam, natychmiast ucieszyłam się, że nie zdecydowałam się na porzucenie pianki. Trasa była łatwa, boje doskonale widoczne, a do tego po raz pierwszy miałam tak dobrą widoczność w wodzie. Nowe okularki, przezroczyste Speedo, spisały się na medal – nie zaparowały, nie przeciekły, a do tego są na tyle duże i na tyle dobrze trzymają się na twarzy, że nie miałam wreszcie fobii na temat dostawania kopniaków w twarz. Do tego wszystkiego, mimo że ustawiłam się w pierwszej linii i miałam za sobą hordę rozjuszonych mężczyzn, wcale nie odczułam wielkiej przykrości z powodu postartowej pralki.
Biorąc pod uwagę te wszystkie przychylne okoliczności, nie do końca rozumiem, dlaczego pływanie poszło mi tak fatalnie. Co prawda czas tego etapu liczył się razem z dobiegiem do strefy zmian (a ten element nie jest, bynajmniej, moją mocną stroną), ale i tak ostro dałam ciała. Po pierwsze – stwierdzam, że chyba nie umiem płynąć w trupa, będąc odziana w piankę. Po drugie – na ostatniej prostej płynęłam jak nawigacyjna sierota. Po trzecie – wydawało mi się że ostatnio pływa mi się całkiem przyjemnie, ale dystans 450m na zawodach nie może być przyjemny, a ostatni trening szybkościowy zrobiłam.. już nie pamiętam kiedy.
W strefie zmian również zachowywałam się jak lebioda. Spędziłam w niej przynajmniej o pół minuty za długo. Nie było konkretnej przyczyny tego stanu, po prostu jakoś nie mogłam się ogarnąć. Za długo zakładałam numer startowy, za długo męczyłam się z kaskiem i jakoś to zeszło.
Część rowerowa zasługuje na oddzielny akapit. Przede wszystkim była mordercza, zaliczyłam na niej naprawdę trudne chwile, zwłaszcza w drugiej części dystansu, gdy potwornie bolały mnie plecy. Pierwszy raz jechałam na zawodach z nowymi aero kołami, które – kiedy się je rozpędzi – zasuwają jak sam diabeł. Ponadto nigdy wcześniej nie jechałam w triathlonie z draftingiem i byłam bardzo ciekawa, jak to się rozegra. Pod kątem miejsca na trasie i bezpieczeństwa wszystko było w stu procentach w porządku. Jeśli chodzi o jazdę na kole, to niestety niewiele skorzystałam z tej możliwości. Przez kawał drogi sama prowadziłam spory peleton, znowu nie mogąc się nadziwić, że faceci siadają na kole dziewczynie. Machałam do nich, żeby wychodzili na zmiany, ale bezskutecznie, więc jak zwykle wyszłam na największego frajera zawodów. Zdarzył mi się jeden całkiem sensowny peleton – jeden z zawodników niedaleko zawrotki przed strefą zmian wyszedł na prowadzenie. Za zakrętem zaczął zwalniać, więc wyprzedzając go zaproponowałam mu – i jeszcze jednej osobie – wspólną jazdę po szybkich zmianach. Pojechałam „swoje” 500m na czele, zjechałam na tył grupy i.. tyle ich widziałam. Chłopaki tak pociągnęli, że mogłam im co najwyżej pomachać. Przez resztę okrążenia wypruwałam sobie flaki, żeby ich dogonić, a gdy przed kolejnym nawrotem już prawie ich miałam.. musiałam zwolnić prawie do zera, bo przede mną snuły się dwa rowery trekkingowe. Fail. Jakimś cudem udało mi się dogonić swoją grupę kilka kilometrów dalej.. z tym że grupa zdążyła się w międzyczasie rozpaść. Koniec końców wyprzedziłam prawie wszystkich, a tych których nie zdołałam dogonić, nie zobaczyłam nawet w strefie zmian.

 

 

Po raz kolejny wykręciłam najszybszy czas roweru wśród wszystkich startujących kobiet, do tego 17. wynik wśród wszystkich zawodników, łącznie z mężczyznami. Trochę mnie to zdziwiło, bo dziewczyny które wyszły przede mną z wody (a zrobiły nade mną naprawdę dużą przewagę) jechały u chłopaków na kole, a ja (durna) przez większą część dystansu zrobiłam sobie indywidualną jazdę na czas. Technicznie pojechałam beznadziejnie; traciłam wiele cennych sekund na nawrotach, zgubiłam gdzieś kadencję. Średnia prędkość wyszła mi niższa niż na zawodach 1/4 Ironmana! No ale nic, człowiek uczy się na błędach, zwłaszcza jak srogo za nie zapłaci. A ja zapłaciłam. Rozpoczynając bieg myślałam że umrę. Pierwsze okrążenie (1.7 km) przetrwałam tylko dzięki myśli, że to wiocha schodzić z biegu na dystansie 5 km, skoro doczołgiwałam się nawet na dystansie dwa razy dłuższym. Kolka oczywiście zaatakowała na samym początku biegu, do tego dyszałam jak sam Lord Vader, niepokojąc biegaczy których wyprzedzałam na trasie. Ale – właśnie – niektórych wyprzedzałam!, a to sytuacja niemal bez precedensu. Szczęśliwie (i też bez precedensu) na drugim okrążeniu kolka powoli zaczęła odpuszczać, co wyraźnie mnie uspokoiło i dało przez chwilę pocieszyć się biegiem. Później znowu dała do wiwatu i trzymała prawie do mety, ale w ogólnym rozrachunku i tak mogę powiedzieć, że było o wiele lepiej niż ostatnio. Niestety na rowerze potwornie się umęczyłam i zakwasiłam, co spowodowało, że bieg leciałam resztkami sił. Bardzo frustruje mnie fakt, że na treningach biegam obiecująco szybko (obiektywnie wolno, ale dobrze jak na ten etap treningu), a na zawodach jest tragedia – kolka mnie tak przydusza, że nawet gdy lekko puszcza, boję się lecieć na maksa. Do tego, nie ukrywam, wczoraj po rowerze byłam po prostu umordowana. W pierwszym triathlonie startowałam z myślą o pojechaniu roweru na maksa i zrobieniu sobie rozbiegania na koniec.. i chyba ta tendencja została mi gdzieś z tyłu głowy. Nie wiem kiedy się nauczę, że powinnam zostawić sobie trochę siły na bieg. Tak czy inaczej, pobiegłam ten dystans poniżej 5 minut na kilometr, więc o pół minuty szybciej niż na ostatnich zawodach (jednak – znowu – trasa była dwa razy dłuższa). To cieszy, ale..
Trochę mnie boli fakt, że to prawdopodobnie moje ostatnie zawody triathlonowe w tym roku, chyba że uda mi się wystartować jeszcze w Triathlonie Warszawskim. Nawet jeśli tak, nie będzie to to samo, bo tak naprawdę są to zawody pływackie plus crossduathlon z kilkugodzinnym interwałem. Jest jeszcze kilka interesujących imprez na krajowym podwórku, ale w portfelu tylko muchy i trochę żółtych monet.. Nie tak miał wyglądać mój pierwszy sezon, nie wszystko poszło tak jak sobie to zaplanowałam, ale nie pozostaje mi nic innego jak dalej uczciwie i ciężko (ciężej) pracować.
Jak mi się podoba triathlon po zakończeniu pierwszego sezonu? W ogóle mi się nie podoba. Z wody wciąż wychodzę poniżej oczekiwań, część rowerową okupuję ogromnym bólem pleców, na biegu nie biegnę, bo kolka zgniata mi wnętrzności, łącznie z płucami, a wszystko to boli mnie nawet do kilku dni po zawodach, uniemożliwiając mocne treningi*. Czyli jest super. Nie zmienia to faktu, że z niecierpliwością wyczekuję kolejnego sezonu i z wielką rozkoszą stanę na starcie kolejnej imprezy. W przyszłym roku będzie lepiej. Chyba nie ma wyjścia?
*dziś na przykład miałam zrobić pięć kilometrówek na bieżni katowickiego AWFu. A figa. Wstałam rano, wyszłam z Rastą na dwór i już wiedziałam, że nie ma opcji. Po trzech krokach przekręcają mi się flaki.
fot. Łukasz Dymuś

1 Comment »

  1. Na pudle stanęła i jeszcze marudzi? Olaboga… 😉 Z tymi plecami to ja długo borykałem się z tym problemem dopóki nie znalazłem jego źródła, a było nim… napinanie się całym przy mocnej jeździe. Jak chciałem mocniej depnąć, to spinałem się caluteńki, łącznie z ramionami. Odkąd pilnuję tego, by mieć górę w czasie jazdy luźną, problem praktycznie nie istnieje. Może i Tobie pomoże?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.