Dzisiejszy wpis będzie małym pamiętnikowym raportem treningowym, bo oficjalnie nic szczególnego się nie wydarzyło. Nieoficjalnie zaś same szczególne rzeczy – jak co dzień w sporcie.
Po pierwsze dziękuję pogodzie, że wysłuchała moich narzekań dotyczących braku powietrza i niemożności myślenia w upale. Zasadniczo nie mam nic do wysokich temperatur, ale w tym roku wyjątkowo nie mam ani dnia normalnych wakacji, a zamiast nich mam (pardon – miałam) urlop na pisanie magisterki. Sama konieczność siedzenia przy komputerze latem jest bolesna, a co dopiero w takich plażowo-wycieczkowych warunkach. Swoją drogą – gdybyśmy tak wczoraj albo przedwczoraj wybrali się na takie wakacje do Grzybna, na jakie co roku się wybieraliśmy, to chyba bym uznała, że świat się przeciwko mnie sprzysiągł. A więc – nie ma tego złego, przynajmniej na razie.
Na wyjazdach trenuje się znakomicie; nie wiem jak jest na obozach treningowych, bo nigdy jeszcze na takim nie byłam, ale wystarczy że wyjadę do Rodziny Wojtka na Śląsk i od razu mi się inaczej trenuje. Zupełnie nie rozumiem na czym polega ten fenomen, ale działa. W każdym razie – w Warszawie jest naprawdę nieźle, zwłaszcza w tym miejscu w którym mieszkamy. Nie brakuje mi tutaj niczego – ścieżek biegowych, dobrych wylotówek na rower, górki z podjazdami i podbiegami, wody otwartej i dogodnego dojazdu na baseny/siłki. Czego chcieć więcej? Wszystko mam i ze wszystkiego korzystam.
W poprzednim wpisie wspomniałam o urwanej szyi. Nie mam pojęcia jak to sobie zrobiłam, ale w swój jubileuszowy dzień naprawdę się nacierpiałam, choć robiłam dobrą minę do złej gry (w końcu głupio by było przeleżeć urodziny z workiem lodu na szyi). Szczęśliwie już następnego dnia była wyraźna poprawa; jednak nie tak wyraźna, żeby zrealizować „wyczekiwany” punkt planu treningowego, czyli test biegowy na 8 km.
Nie wiem które połączenia w mózgu za to odpowiadają, ale na słowo „test” i jego synonimy („sprawdzian”, „pobiegnij sobie szybciej” itp.) zaczynają mnie nękać najróżniejsze dolegliwości. Testów biegowych dotyczy to jeszcze bardziej niż pływackich, które także ciężko znoszę. A więc całkiem możliwe, że to moja podświadomość kazała mi naciągnąć sobie mięsień szyi w ramach wymyślenia czegokolwiek, co spowoduje że nie będę mogła pobiec tego treningu. I to wcale nie jest takie śmieszne jak się wydaje 🙂
Po niedzieli, w którą udało mi się uskutecznić jedynie króciutkie rozbieganie i dwie godziny MTBowania w Kampinosie (wycieczki do Kampinosu w naszym wydaniu to Jedna Wielka Zguba Trip) przyszedł poniedziałek, ale w poniedziałek też jakieś tajemne siły sprzysięgły się przeciw mojemu szybkiemu bieganiu (a jakże). Nie sprzysięgły się na tyle mocno, żebym nie mogła tego dnia trenować przez 4 godziny, ale testu pobiec nie mogłam (a jakże!!!).
W poniedziałek wieczorem czułam zaś, że towarzyszy mi moja największa nieprzyjaciółka kolka, więc na wtorek również nie nastawiałam się na realizację planu. Rano Wojtek powiedział mi żebym poszła w takim razie na luźne 8 km rozbiegania, a jeśli będzie mi się dobrze biegło to mogę sobie lekko przyspieszyć. A więc po niespełna 10 minutach po wstaniu z łóżka wyszłam z domu – ze słuchawkami w uszach i w zwykłych „kapciach” treningowych. Pierwszy kilometr był dosyć szybki.. na tyle szybki, że zdążyłam pomyśleć sobie tylko: „A może by tak..” i już nie było odwrotu. Kolejne siedem było zdecydowanie szybsze. Słodko – wzięłam samą siebie podstępem i ni z tego ni z owego pobiegłam ten nieszczęsny test. Niestety przez dwa ostatnie kilometry kłuło mnie już dość potężnie, ale apogeum kolkowego bólu łaskawie poczekało aż zwolnię. Chociaż tyle dobrego..
Wynik testu mógłby być lepszy, ale biorąc pod uwagę różne czynniki (przekłamany zapis pierwszego kilometra – infrastruktura ZUSu zakłóca sygnał gpsa :-), „wolne” buty, bieganie na czczo, kolka) jestem naprawdę zadowolna, bo środkowe kilometry biegałam w tempie, w którym niedawno robiłam powtórzenia 1000-metrowe „w trupa”. Nie jestem już w takiej dupie jak myślałam.
Bardzo było mi to potrzebne. Bardzo, bo w końcu sobie przypomniałam jak się znosi takie wysiłki (choć może nie był on jeszcze tak morderczy) i że nadal umiem biegać trochę szybciej niż dorodny ślimak. Niestety do tej pory nie potrafię pozbyć się z tyłu głowy tego wspomnienia, że bezpośrednio przed kontuzją i przerwą w treningu biegałam po 18 kilometrów w tempie o niespełna pół minuty wolniejszym niż ten 8-kilometrowy test, a było to żwawsze rozbieganie.. Obiektywnie więc wiem, że nie ma się z czego cieszyć, ale najważniejsze że idę do przodu, a nie stoję wciąż w miejscu. Oby zdrowie było, to będzie dobrze.
Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że w końcu czuję, że jak nie trenuję mocno, to wyraźnie czegoś mi brakuje. Długie tlenowe treningi są super fajne, ale zaczynam sama się rozglądać w poszukiwaniu tyrania i sprawia mi to super radochę i daje dużo satysfakcji. Czekałam na to dobre półtora roku i wreszcie powoli zaczyna mi się to trafiać na wyciągnięcie ręki, choć jest jeszcze kruche i ulotne. Głównie ze względu na ten głupi problem zdrowotny, biorący się nie wiadomo skąd, atakujący nie wiadomo kiedy, a potrafiący zamienić nawet najlepszy dzień w potworną porażkę. Środkiem zaradczym jest eksperymentowanie, nic innego mi nie pozostaje – wierzę że w końcu uda się to przeforsować. Jeśli wszystko jest OK, dostaję wielką nagrodę w postaci naprawdę swobodnego i miłego biegania. I biegam wtedy rozbiegania o pół minuty szybciej niż biegałam na ostatnich etapach triathlonów w tym sezonie.. Jak na razie żadne zawody tri w tym sezonie nie były pod tym względem udane.
Jeśli chodzi o rower, Wojtek ostatnio regularnie zabiera mnie na Kopiec Powstania Warszawskiego, na którym jest pełno hopek i przeszkód dla downhillowców. Zjazdy, podjazdy o różnym nachyleniu, piasek, kamienie, błoto, schody – do wyboru, do koloru. Raj do katowania takich lebiod jak ja. W porównaniu do mojego skilla sprzed dwóch lat jestem teraz mistrzem mtb, ale obiektywnie dalej nie jest dobrze. Achillesem jest siła ex aequo ze zrytą psychą. Generalnie jednak bardzo mi się ta zabawa podoba, mimo że czasem wpadam razem z rowerem w krzaki i załatwiam sobie dziesiątki siniaków.
No i ostatnia rzecz.. pływanie. Kocham swoją aXenę, to najlepsza pianka jaką mogłam sobie wymarzyć, a jej zalety mogłabym wymieniać długo, ale jednak zdecydowanie wolę pływać bez neoprenu. Najlepiej bez neoprenu i w jeziorze, bo stwierdzam już prawie z całą pewnością, że muszę być uczulona na chlor lub inny odkażacz wody (najgorzej jest po pływaniu na Warszawiance). Tak czy inaczej, choć obecnie nie trenuję w pełnym znaczeniu tego słowa, to wyskakuję sobie w miarę często na basen i robię dokładnie to na co mam ochotę. Czasem jest to 4,5 kilometra z 2-kilometrowym zadaniem, czasem – zdecydowanie częściej – około 2,5 kilometra luźnego pływania z ćwiczeniami technicznymi. Skupiam się bardzo mocno na dwóch wybranych elementach i.. coś się dzieje, bo (to uwłaczające!) mam zakwasy po pływaniu. Prawy bark, łopatki, a ostatnio nawet tricepsy dostały najwyraźniej jakiś ekstra bodziec. Mam nadzieję że to oznacza, że w przyszłym sezonie będzie mi się pływać nie inaczej, jak właśnie ekstra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.