Oj nie tak!
Po ciężkim treningu w wodzie – nawet jeśli podczas pływania widzę już potwory, mięśnie telepią mi się od wysiłku, a serce wali jak głupie – czuję się jak nowo narodzona. Im cięższy trening, tym większe pobudzenie. Choć zatoki mam spenetrowane chlorem, do tego zatkany nos, szczypią mnie oczy, a wspomnienie stresu tlenowego, jaki towarzyszy mocnemu pływaniu jeszcze jest żywe. Wychodzę z pływalni naenergetyzowana jak młoda bogini, ale niech tylko spróbuję usiąść w autobusie albo po powrocie do domu popracować przy biurku. Kilka minut i zgon.
W zimowe czwartki miałam dwa treningi pływackie dziennie, rano i wieczorem. Czasem spałam jeszcze w autobusie wiozącym mnie na wieczorny trening. Nie zliczę ile razy siadałam do pracy, a po dwudziestu minutach leżałam już na wznak na łóżku, odpływając nieuchronnie w objęcia Morfeusza. Najgorzej, kiedy potrzeba drzemki łapała mnie znienacka dopiero po południu, kiedy było już ciemno. Budzik dzwonił, a ja tylko zastanawiałam się, czy to się dzieje naprawdę.
Przerąbane.
Bieganie tak nie działa. Nie ma większej armaty endorfinowej niż trudny biegowy trening wykonany bardzo wczesnym rankiem. Jest dopiero siódma rano, a ja jestem władcą świata. Spanie? Nie ma mowy. Wracam do domu, wychodzę z psami, kąpię się, jem śniadanie i natychmiast jestem gotowa do dalszego działania. Rower, basen, spacery, a najlepiej wszystko naraz – byle działać!
Gdy jednak wstaję od rzeczonego śniadania, czuję już „pierwszy wodór”. Czasem ciało chce i robi to co podpowiada mu serce, choć to pierwsze błaga o ogładę. Na zwykłym rowerowym rozjeździe czuję że nogi mam jak z ołowiu, a to co zazwyczaj drażni mnie tylko trochę, w takich sytuacjach kompletnie wyprowadza mnie z równowagi i doprowadza do szewskiej pasji. Pływanie nie powoduje żadnych tego typu sensacji, nawet nie ma po nim zakwasów.
Też przerąbane.
A skoro wspomniałam już przy rowerze.. Rower uwielbiam chyba najbardziej na świecie. Wolność, szybkość, niezależność, nie ma chloru (pływanie) i kolek też nie (bieg). Muszę jednak przyznać, że na razie rower nie jest dla mnie łaskawy. Nie zliczę ile już razy wracałam z treningów tak obolała, że myślałam sobie że to niemożliwe, żebym następnego dnia znowu chciała wsiadać na mojego dwukołowego rumaka. A jednak zawsze wsiadałam i to bez cienia wątpliwości, choć z dnia na dzień powtarzało się to samo i już wychodząc z domu wiedziałam, że będzie bolało dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia.
Przerąbane jeszcze bardziej.
Nie tak to sobie wyobrażałam!
„Sport to zdrowie” mówili, przynajmniej na początku. Taaak, a niech mnie! Z pewnością właśnie dlatego czasem znajomi mnie pytają, dlaczego chodzę jak połamaniec. I dlatego ostatnie kontuzje nie tylko wykluczały mnie z trenowania, lecz także z wychodzenia z psami na spacery i w ogóle jakiegokolwiek normalnego funkcjonowania. Oraz doszczętnie rujnowały mój portfel. Również dlatego czasem potrzeba snu nie znosi sprzeciwu już przed 21:00 i padam do łóżka jeszcze gdy jest jasno za oknem. Albo ucinam sobie drzemkę po południu, czego wystąpienie w normalnym, przedsportowym życiu było oznaką poważnej choroby.
Pomyśleć że zaczęło się od „A, pobiegam sobie czasem, żeby nie być taką fajtłapą”. Nawet nie zauważyłam kiedy te aktywności „dla zdrowia” zamieniły się w świadome i dobrowolne poddawanie się mniej i bardziej wyrafinowanym tortur(k)om. I kiedy uprawianie sportu dla poukładania sobie życia transformowało się w stopniowym i postępującym porządkowaniu życia pod ów sport.
No cóż. Ja chyba naprawdę to kocham. Naprawdę, bez chyba.

1 Comment »

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.