Udała nam się ta zima. Chyba bym się zapłakała, gdybym wcieliła w życie swój bardzo wstępny plan i zorganizowała fundusze na  „ucieknij potrenować w ludzkich warunkach” parotygodniowy wyjazd do ciepłego kraju. Dobrze że nie miałam hajsu i musiałam porzucić ten pomysł. Tutaj jest czadowo.
Ostatnie dni są już naprawdę fantastycznie ciepłe i czuję się jakby był kwiecień. A to oznacza, że kolejność działań okołosportowych wraca do tradycyjnej normy: najpierw się zmęczę, potem padnę na twarz, odpadną mi wszystkie kończyny, a dopiero później wrócę do domu odpocząć. Bateria słoneczna działa niezawodnie i po prostu nie da się nadmiernie odpoczywać. Nie wiem czy wpływ promieni słonecznych na regenerację jest jakoś udokumentowany, ale coś w tym musi ewidentnie być.
Tak naprawdę ten wpis powinnam zatytułować „Co mnie odwodzi od pomyślnego doprowadzania studiów do końca”. Boże, chyba nigdy nie byłam tak blisko rzucenia tego wszystkiego jak teraz, na najostatniejszym semestrze. Mam wrażenie – może zbyt śmiałe, kto wie – że to czego mogłam się nauczyć na tych studiach, tego się już nauczyłam, a teraz pozostaje kwestia zdobycia papierka, który całkiem prawdopodobnie nie do końca mi się w życiu przyda. Rozpoznałam obszar swoich zainteresowań językoznawczych, wiem czego nie pragnę ruszać nawet długim kijem (diachronia) i mam wrażenie, że tych wszystkich semestrów jest trochę za dużo. O dziwo, zeszłotygodniowe zajęcia trochę odwiodły mnie od przekonania, że wszystko jest bez sensu. Na obydwojgu zajęciach (bo mam ich, zaiste, aż dwoje – wykładów oczywiście nie liczę) siedzę w małych grupach liczących od siedmiu do jedenastu osób, co oznacza, że będzie trzeba zachować na nich stosowną atencję (atencja =/= fejsbuk). Niestety pierwsze dotyczą literatury – na szczęście najnowszej, więc jest szansa to przeżyć.
Uwaga, dygresja:
O bogowie, jak ja się wynudziłam na tym wydziale na zajęciach z literatury! Paradoksalnie, na każdym roku omawiane pozycje były dosyć ciekawe. Pierwszoroczna literatura sowizdrzalska albo inne Bogurodzice – lubię to. Kochanowski – wiadomix. Romantyzm – love Dziady. Pozytywizm i Młoda Polska – ciężka sprawa, choć Prus, Wyspiański, Leśmian i Tetmajer naprawdę dają radę. Literatura okresu okołowojennego – perła. ALE – no właśnie, ale. Czytanie opracowań autorstwa najróżniejszych badaczy literatury jest tragiczne, a rozmawianie/słuchanie o tym przez półtorej godziny to już mordęga. W liceum miałam dokładnie to samo wrażenie: że całą rozwlekłą dyskusję wraz z końcowymi wnioskami można by pomyślnie skompresować i poświęcić na to przynajmniej o połowę mniej czasu. Z tym że szkolna lekcja trwała 45 minut, a studenckie ćwiczenia dwa razy tyle.
Zupełnie co innego sądzę na temat zajęć językoznawczych, których – ku mojej rozpaczy – jest na Wydziale Polonistyki znacznie mniej. OK, nie liczę wprawdzie gramatyki historycznej i historii języka polskiego, których nie znoszę – ale moich ulubionych zajęć o języku, jakim posługujemy się na codzień, jest tyle co kot napłakał. Na szczęście w ostatnim semestrze trafiłam na takowe, a właściwie udało mi się cudem na nie wbić. Środa na Wydziale uratowana.
No dobra, a więc: co mnie odwodzi od pomyślnego doprowadzania studiów do końca?
Po pierwsze: pogoda. Tego chyba nie muszę już szerzej tłumaczyć. A jako że pogoda jest zawsze, tym bardziej nie wróżę sobie sukcesu. Tyle tylko, że wiosną coraz częściej zamieniam salę do spinningu na plener, spacery z psami magicznie się wydłużają oraz tracę możliwość czytania czegoś w autobusie. No co za peszek.
Po drugie: pieski oseski.
Gnębią mnie wyrzuty sumienia w związku ze Smoczym nieagilitowaniem. Kupiłam sobie fantastycznego bordera ze sportowych linii, mieszkam w mieście w którym jest najwięcej klubów agility w Polsce, samo agility jara mnie niemiłosiernie i.. na tę chwilę nie mam z nim jak trenować. Ufam że sytuacja zmieni się na lepsze, a jeśli już nie będzie szansy na regularne agilitowanie, to najwyżej przerzucimy się na inną dyscyplinę sportu. Smośkowi jest wszystko jedno co robi, bo on po prostu lubi robić i daje z siebie sto dziesięć procent. Faktem jednak jest, że od wielu lat najbardziej kręci mnie – zresztą jego chyba też – hopkowanie. Trudna sprawa, bo z drugiej strony wiem, że kluczem do sukcesu jest regularność, a poświęcenie na to tylko ułamka czasu, który chciałabym na to poświęcić „w idealnych warunkach” mija się z celem, bo zawsze będziemy trenować i startować poniżej naszych możliwości. Przykładu nie muszę szukać daleko: gdy w sierpniu przez prawie cały miesiąc miałam dostęp do czterech hopek, dwóch tuneli i slalomu, to dzięki codziennym sesjom zrobiłam ze Smokiem tyle, ile bym nie zrobiła przez kilka miesięcy treningów dwa razy w tygodniu. Ech, gdybym tylko miała takie warunki jak tam.. i gdybym mogła zatrzymać czas, żeby Smosiek za młodu zdążył się w takich warunkach rozwijać..
W każdym razie z racji zniknięcia śniegu pieski mają obóz sportowy. Co prawda nie odważę się już zabierać Rastki na 10-15 kilometrowe przebieżki przy rowerze, ale moja siedmioipółlatka wiedzie radosne życie wiejskiego burasa, który ściga się ze Smokiem do piłki i dzięki sprytnej taktyce nawet całkiem często wygrywa. Smoczek poza spacerami i aportowaniem ma jeszcze trochę frisbee i trochę Smokbedience – naszej własnej odmiany obedience. Wymyślamy autorskie odmiany wykonywania różnych komend i wprowadzamy je w życie. Na razie na tapecie są zmiany pozycji z wysokiem – jeszcze rzadko odrywa wszystkie cztery łapy, ale jeśli zacznie skakać do góry jak królik to będzie już totalny czad.
I biada nam, jeśli kiedyś zechcemy wystartować w obi 🙂
Po trzecie: Empik.
No nie mogę. Zostały mi jeszcze ostatnie rozdziały autobiografii mojego najulubieńszego sportowca Iana Thorpe’a (nie wiem jak mogę dopuszczać do tego, żeby tak długo nie skończyć czytania tej fantastycznej książki.. co za życie..), a już miliony kolejnych walczą o moją uwagę. Weszłam do Empiku po nowy Magazyn Bieganie, wyszłam z magazynem, biografią Rafaela Nadala i książką „Paradoks szympansa”, która podobno jest świetnym poradnikiem w kwestii umysłu sportowca (as I know I am doing it wrong). Żadnej z nich jeszcze nie otworzyłam, a już ustawiam się w blokach startowych na kolejną wizytę w księgarni, aby nabyć drugą z biografii Phelpsa. Zginę, zbankrutuję i nie zdam.
Po czwarte: Soczi.
Soczi, aaaaach Soczi. Płaczę razem z misiem gaszącym znicz. Przecudowne igrzyska, które oglądałam z zapartym tchem. OK, curling bez zapartego. I hokej też mnie nie urzeka. Ale cała reszta – szał.. W pewnym momencie – było to chyba przy skokach akrobatycznych mężczyzn – doszłam do wniosku, że triathlon jest banalnie prosty. Jazda po muldach (wtf?!), halfpipe, slopestyle – to dopiero hardkory. Przede wszystkim jednak przepadłam na temat panczenów. I to nie tylko dzięki fantastycznym występom naszych polskich sportowców. Przeszukałam już cały Internet w poszukiwaniu nagrania z ćwierćfinału drużyn Korea vs Rosja – to było coś pięknego, a Koreańczycy jechali jakby byli jednym organizmem. O występie Polski w ogóle się nie wypowiadam, bo podczas oglądania ich półfinału zabrakło mi słów. Mogę to oglądać w kółko, a i tak za każdym razem nie chce mi się wierzyć, że oni to mogli w ten sposób wygrać.
Podobne odczucia miałam podczas biegu na 10 km Justyny Kowalczyk („zdziwię się, jeśli to się uda”). Jestem człowiekiem który nie wzrusza się szybko (no dobrze, przy ceremonii otwarcia IO uroniłam łzę, „bo oni tak wchodzą”), ale podczas biegu Justyny wyłam, ryczałam rzewnymi łzami i Bogu dzięki że byłam wtedy sama w domu, bo byłby wstyd na maksa. Emocje jak stąd na księżyc.
Piękna była ta olimpiada, szkoda że tak szybko się skończyła. Nie ma chyba na świecie nic piękniejszego niż igrzyska olimpijskie.
Po piąte: sporty sporty sporty.
Wiadomka, jak zwykle.
Mój ostatni wpis był nieco kracząco-proroczy, bo kolejny tydzień nie był już tak dobry treningowo jak poprzedni. Ledwo co napisałam, że jest mocno i stabilnie dobrze, wszystko według planu, bez kontuzji i bez beznadziejności, a wszystko po kolei zaczęło mi się przytrafiać. Niby nic strasznego, po prostu trochę za mocno wczułam się w umiejętność efektywnego używania butów spd i powyrywałam sobie kostki z korzeniami, co trochę uprzykrzyło mi funkcjonowanie piesze i biegowe. Musiałam z tego powodu odpuścić sobie spinning w tym tygodniu, przez co liczba godzin treningowych drastycznie spadła. A jak liczba godzin treningowych drastycznie spada, to wszystko inne też się odbywa drastycznie, łącznie z moim (anty)pomaganiem sobie, aby było jeszcze bardziej wszystko beznadziejnie. Mimo wszystko jakimś cudem bożym udało mi się zakończyć ten tydzień naprawdę dobrze, a to co mi wyszło najlepiej to – szok – kilometraż biegowy.
Nieskończenie wpisu na zdaniu powyżej to proszenie się o powrót depresyjnego nastroju, gdyż oto nadchodzi to co wychodzi mi najlepiej: samobiczowanie!
Nadal bowiem leczę się z uczulenia na bieganie.
Ostatni raz dziesięć kilometrów pobiegłam w Katowicach w Boże Narodzenie, gdy wydłużyłam sobie trochę „rozbieganie 5-6 km”. Ostatni raz piętnaście – w Grzybnie w sierpniu. Hell yeah, pół roku temu. Potem: dupa, zamiennie z ultradupą.
Jestem w takiej biegowej mogile, że nie mam pojęcia jak mam za trzy miesiące (JEZU!) wystartować w triathlonie, który jak wiadomo kończy się dychą biegu. I to bynajmniej nie truchtu. A ostatni trening nie-truchtu (nie licząc krótkich rytmów) robiłam.. ee.. no, ani nie w tym roku, ani w zeszłym. Słabo, bardzo słabo. I w gruncie rzeczy nie wiem co uznawać za „naturalny stan rzeczy” – krótki, bo niespełna półtoraroczny epizod zabawy w biegacza czy to-co-było-przedtem oraz to co jest od naprawdę długiego już czasu, czyli totalna niemożność powrotu do tego co było.
Kiedysizm – to moja zmora i największy hamulec. Bardzo zazdroszczę ludziom, którzy potrafią ze spokojem przyjąć myśl, że ich sportowa forma jest daleka od wcześniej prezentowanej, a z-jakichś-powodów-utraconej, i po prostu robić swoje. Ja jestem tego zaprzeczeniem. Spinam się, stresuję, nie mogę się z tym pogodzić. Mimo że doskonale wiem, że to głównie dzięki temu jest ciągle źle.
Bo kiedyś mi się tak dobrze biegało. Bo kiedyś tym tempem, którym biegam teraz, nie przekroczyłabym nawet tętna spokojnego spaceru. Bo kiedyś to taką dyszkę biegałam codziennie na dzień dobry. Bo kiedyś mój kilometraż dzienny wynosił tyle ile czasem teraz tygodniowy (sic!).
Z wielu takich resentymentów kilka odzywa się najmocniej. Jeden z nich to wspomnienie o interwałowych biegach wokół stawu w rezerwacie. Kiedyś stały punkt każdego tygodnia, teraz.. no właśnie – wspomnienie. Drugi to piętnastokilometrowe rozbiegania typu „patrol po Warszawie”. Uwielbiałam to. Bladym świtem albo jeszcze w ciemnościach wybiegałam z domu i leciałam wzdłuż głównej ulicy. Mijałam przystanki autobusowe, pełne zmarźniętych i niewyspanych ludzi, którzy patrzyli z niedowierzaniem, że jakaś czarna smuga przemyka przed nimi i chyba wcale nie jest jej zimno. Mijałam długie wstęgi samochodów pełznących naprzód w korku, od których poruszałam się znacznie szybciej. Dwa razy przecinałam Wisłę, która niezależnie od warunków atmosferycznych była zawsze piękna. I takie tam.
Moje patrolowe piętnastki wielbiłam zwłaszcza w poranki dni roboczych – właśnie dlatego, że poruszałam się jakby wbrew ogólnemu poruszeniu. Wszyscy pędzili, spieszyli się do pracy, a ja obserwowałam ich z równoległej rzeczywistości. Ale te weekendowe też były świetne, bo wtedy wielu z tych spieszących się stawało się właśnie biegową bracią i nie nadążałam z powitalnym machaniem do innych biegaczy.
Tak to właśnie wyglądało. Podobnie żywe, choć czasowo równie odległe wspomnienia mam z mocnymi, samotnymi treningami na Agrykoli o poranku. Regularnie biegałam na stadion o szóstej czy siódmej rano, żeby trzaskać tam interwały albo rytmy. Tylko ja i mój Garmin, a wcześniej Polar. Albo treningi po 15-17 kilometrów, z którymi trzeba było zdążyć przed zajęciami na uczelni, co dzięki skomplikowanym wyliczeniom na temat wyrabialności się wychodziło mi zawsze na tip-top, jakbym była zaprogramowana.
No a potem.. wiadomo co. Z dawnej radości pozostało wielkie nic w porywach do pogodnej rezygnacji – wszystko przez ten wstrętny kiedysizm. Jest pływanie, jest rower – jeden ratunek lepszy od drugiego. Ale to nadal ratunek, a nie docelowe TO, co chciałabym mieć. Obydwie dyscypliny są świetne i z żadnej nie byłabym już w stanie zrezygnować, ale tylko w połączeniu z bieganiem dają to, czego chcę.
Mojej wczorajszej dyszce towarzyszyły myśli rezygnacyjne, lecz bynajmniej nie pogodne. Dominująca myśl oscylowała wokół tego, że bardzo nienawidzę biegania i bardzo z wzajemnością. Cieszyłam się że dzisiaj w planie mam rower. Ale – niespodzianka – plan na rower odpadł. A wszelkie okoliczności aż się prosiły, aby zrobić trening – i to taki na zewnątrz. Poszłam więc zrobić kolejną biegową dziesiątkę. Po dwóch kilometrach już wiedziałam że dziesiątka zamieni się w piętnastkę, bo muszę w końcu sprawdzić, co słychać na moście Świętokrzyskim. I byłam tym zamiarem wielce zdumiona. Jako że – patrz wyżej, kiedy ostatnio robiłam dychy i piętnachy – nie jest ze mną dobrze, byłam przekonana że najpóźniej w połowie stwierdzę, że ten pomysł był idiotyczny i tylko pogłębię swoją biegową awersję. O dziwo nic podobnego się nie stało.
Nigdy tego nie zrozumiem. Wczoraj moje samopoczucie biegowe było fatalne, dziś – natychmiast po stwierdzeniu, że w sumie to mam to w d..nosie – ekstra. Dżizas, czy nie może być po prostu stabilnie dobrze?
Niemniej – tempo wybiegania woła o pomstę do nieba i chce mi się wyć do księżyca jak na to patrzę. Nigdy w życiu nie było w moim treningowym dzienniku tak żółwio-ślimaczej piętnachy. Kiedyś biegałam to po minutę na kilometr szybciej, podejrzewam że przy podobnym tętnie. I znowu ten kiedysizm… Wykończy mnie.
Tak sobie myślę, że absolutnie najważniejszy cel na ten rok to wcale nie jest powrót do biegowej życiówki na dychę, satysfakcjonujący (mnie – a więc najwyższa z możłiwych poprzeczek) start w triathlonie na dwóch dystansach, zejście o ileśtam na 400m stylem dowolnym ani nic z tych rzeczy, ale poukładanie sobie pewnych rzeczy w głowie, bo tylko dzięki temu odpowiem sobie na pytanie czy be, czy not to be.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.