..bo nie ma szans, żebym się teraz tym zajęła. Jak nie trenuję, to pracuję, a wczoraj nawet pracowałam zamiast iść na basen. A to znak, że deadline naprawdę zaczyna mnie gonić.

Staram się wysupłać także trochę czasu na trening z psem. Wczoraj Smok miał pierwszą próbę ognia na przeszkodach innych niż Falowe w Grzybnie. Miałam ogromne wątpliwości, jak poradzi sobie z trudnymi wyzwaniami, jakie stanęły przed nim podczas wakacji. Ale był dzielny:
– hopki (ćwiczenia na 60 cm) – nie zrzucał więcej niż w Grzybnie, ale skakał mniej ładnie. Wyżej, tylne łapy częściej podwijał pod siebie. Być może to kwestia ustawionej odległości, bo z tym to różnie bywa. Ogólnie mniej podobało mi się jego skakanie niż to, co pokazywał w Grzybnie, ale nie było tragedii.
– slalom – korytarz rozsunięty na ~5 cm robił wyśmienicie. Po kilku próbach zsunęłam tyczki całkowicie i zaczął mieć kłopot z czterema ostatnimi tyczkami. Rozsunęłam je na parę centymetrów i było ok. Potem wymyślił, że trzeba ominąć drugą tyczkę. Obydwa problemy wyszły po raz pierwszy w karierze, więc podejrzewam, że to kwestia przejścia na inny slalom. Po przepracowaniu było dobrze i robił z powrotem zsunięty, ale to na pewno nie jest jeszcze koniec zabawy.



– strefa na kładce – jesteśmy na tym samym etapie co zimą, czyli na początku części zejściowej (no dobra, wczoraj już puszczałam go z kawałka środkowej). Z tego jak biegnie do zabawki jestem bardzo zadowolona. Doskonale rozumie o co chodzi i leci do końca kładki. Kiedy aport jest w mojej dłoni, zaczynają się problemy, a zwalnianie go zanim zacznie na mnie patrzeć nie jest raczej dobrym sposobem na wytłumaczenie mu zadania.
Podsumowując: obiektywnie nie jestem jakoś super zadowolona z wczorajszych dokonań, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności (ponad dwa miesiące bez trenowania strefy, nowy slalom zaledwie kilka sesji po zsunięciu poprzedniego) muszę stwierdzić, że Smoczuś jak zwykle stanął na wysokości zadania.

Jeśli zaś chodzi o mnie, to nie jestem raczej taka dzielna jak pan Smok. Nie potrafię zrozumieć co się właściwie stało, ale kompletnie przestawił mi się zegar biologiczny. Siedzę do późnej nocy, zachowując rześkość i kładąc się tylko z przyzwoitości, a rano- jak łatwo się domyślić- śpię. Dzisiaj wstałam o wpół do dziewiątej, więc jestem tym zdruzgotana- jakbym miała pół dnia w łeb. Trzeba coś z tym zrobić, bo dłużej tak być nie może.
Z bieganiem czuję się, jakbym cofnęła się o parę poziomów, bo po pierwsze umieram na zakwasy (trening siłowy we wtorek), a po drugie piszczele i łydki po powrocie na beton cierpią katusze.

Byłam wczoraj u pani fizjoterapeutki. Miałam nadzieję, że zaradzi coś na moje głupie kolano, a raczej na jego głupie okolice, które nie przestają mi doskwierać. Niestety, już drugi raz noga przestała mnie boleć dzień przed wizytą. Nie muszę chyba dodawać, że dzisiaj boli znowu..
Pani fizjoterapeutka, choć nie mogła postawić mi jednoznacznej diagnozy, bo nic tak naprawdę nie dzieje się w tym kolanie, znalazła jednak tysiąc różnych powodów, z których może ten ból wychodzić. Jak zwykle podczas wizyty dowiedziałam się o swoich miejscach newralgicznych, wymagających dużych poprawek. Jezu, czasem mam wrażenie, że jak się chce uprawiać sport, to pół życia trzeba poświęcić na rehabilitację i profilaktykę kontuzji. I jeszcze kawałek wysupłać na odnowę biologiczną. Trudna sprawa w przypadku osoby, która lubi trenować, a nie znosi odpoczywać.
Zostałam wczoraj także ‚zatejpowana’. Pani fizjo wytłumaczyła mi przekonująco, na czym polega taping, ale i tak do mojego umysłu nie dochodzi to, że naklejenie plastra może coś zmienić w działaniu organizmu. Niestety nie będę miała okazji się o tym przekonać, bo mój piękny niebiesko-różowy plaster wytrzymał na mnie jakieś dwanaście godzin. Porażka, podobno zazwyczaj z takim czymś ludzie chodzą tydzień. Nie wiem jak to możliwe, i nie wiem wobec tego, dlaczego ja jestem taka nieudana, skoro nawet niespecjalnie się pocę, więc teoretycznie powinien przykleić się na dobre.

Giantino stoi biedny nieużyty, bo albo nie mam czasu na nim jeździć, albo – jak miało to miejsce przedwczoraj – wywieszam białą flagę zanim jeszcze wyjdę. We wtorek Warszawę odwiedził chyba huragan Sandy. Trudno było iść, a z Myką mnie zwiewało, więc szybko porzuciłam nadzieję na miłą szosową przejażdżkę. Wczoraj za to jechałam przez całą Warszawę Gi(g)antem i cóż.. Obawiam się, że mój ogromny ‚góral’ awansuje na pierwsze miejsce na liście moich ulubionych rowerów. Szybki, wygodny i czuję się na nim ze wszech miar komfortowo. Pierwszy raz jechałam nim „dojazdowo”; wcześniej tę funkcję spełniała jedynie Myka, bo raz, że Giantów nie spuszczam z oka, a dwa: bałam się wycieczek po ulicach z SPD. Wczoraj nie tylko pojechałam na Gi(g)an(t)cie kompletnie spokojnie, lecz także przy okazji złapałam się na tym, że próbuję odebrać telefon, dojeżdżając (bezpośrednio przed autobusem, wpięta w pedały) do czerwonego światła. Znaczy jest dobrze. Od pierwszego dnia używania górskich spd wiedziałam, że będzie z nimi dużo łatwiej niż z szosowymi, ale teraz jest już naprawdę fantastycznie.

Nic więcej ciekawego nie mam niestety do napisania. Plan na dzisiaj jest prosty: powyginać się trochę na dywanie (nawet trochę dużo, jeśli dodać nowe wyzwania od pani fizjo..), pojechać ze Smokiem na trening, opisywać maratony, pójść na basen (tak po prostu). Nie w tej kolejności, ale co tam. Jak sami widzicie, nie mam przed sobą super aktywnego dnia, więc pewnie znowu się nie zmęczę i nie będę mogła spać. A potem wstać. Boże, trzeba wreszcie przestać zamulać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.