Wczorajszy dzień rozpoczął się dla mnie bardzo wcześnie. Odwołuję to co napisałam przedwczoraj- o piątej wcale nie jest tak ciemno. Po prostu wtedy było wyjątkowo pochmurno; wczoraj pogoda dopisywała od samego rana i biegałam sobie już za jasności. Po powrocie zdążyłam jeszcze porzucać psom frisbee (dwa dni temu pomyślałam sobie, że dobrze będzie zrobić Smokowi chociaż jeden dzień przerwy od treningów. Odpuściłam mu na 3/4 dnia, pojechaliśmy po południu na rowery, zostawiając go samego i.. postanowił rozpruć kołdrę i usłać pierzem cały pokój. Ech. Nie ma odpoczywania!) i pojechaliśmy do Gdyni.



Na miejscu startu byliśmy już o 8:10, co pozwoliło nam dobrze przyjrzeć się gorączce przedstartowej. Przy okazji przypomniałam sobie, jak bardzo nie znoszę startować w zawodach (co jest tematem na co najmniej oddzielną notkę). Z jednej strony zazdrościłam uczestnikom, że zaraz będą płynąć (morze było takie zachęcające!), jechać na rowerze i biec przy dopingu kibiców, z drugiej strony.. no cóż. Co tu dużo mówić- stres przedstartowy to jedno z najgorszych uczuć jakie sobie wyobrażam. Wtedy każdy, najmniejszy nawet drobiazg, urasta do rangi ogromnego problemu życia („czy mam dobrze zawiązane te sznurówki? czy przypięłam numer startowy odpowiednią liczbą agrafek? czy NA PEWNO zdążę na start i ustawię się w odpowiedniej linii?” i tak dalej, i tak dalej). Nie wspomnę już o tym, że za każdym razem na kilka godzin przed wystrzałem startera jestem szczerze przekonana, że ten dzień to jest beznadziejny dzień na zawody. Wszystko mnie boli, nie mam ochoty biegać, w ogóle jestem jakaś senna i zmarźnięta (albo przegrzana). Zawsze wszystko źle. I nieważne, że im gorzej się czuję przed startem, tym lepszy wynik widzę na mecie.. Za każdym razem jest to samo. Mogę mieć tylko nadzieję, że to przejdzie z upływem czasu i w miarę nabierania doświadczenia startowego. Tylko jak zdobywać doświadczenie, jak się tak boi startować? 😉

Zawodnicy w strefie startu

Ale nie o tym chciałam pisać, a jak zwykle wyszła mi dygresja na milion znaków. A więc przed dziewiątą zapoznaliśmy się zza barierek ze strefą zmian, przeszliśmy się po terenie, a potem stanęliśmy przed sektorami startowymi, gotowi do robienia zdjęć i kręcenia filmu. Strefa startu zaczęła zapełniać się zawodnikami w piankach (HUUBy najładniejsze!!!!!). Wreszcie po dwudziestu minutach stania przy barierkach pośród tłumu zaczęło się odliczanie.. pięć, cztery, trzy, dwa – WYBUCH ARMATY i koniec odliczania. Poszli. Czy kiedyś wydarzy się triathlon, w którym zawodnicy wystartują na „start” a nie na którąś z liczb od pięciu do dwóch? 😉

Tysiąc trzystu zawodników wpadających do wody było naprawdę imponującym widokiem. Kilku pływaków bardzo szybko wysunęło się na prowadzenie, utrzymując dużą przewagę nad resztą. Pierwszy z wody wybiegł Węgier, Csaba Kuttor (24:10), a za nim Ukraińcy- Anton Blokhin i Viktor Zemstev (późniejszy zwycięzca).

Część rowerowa była.. długa. Tak, wiem, że to niezbyt odkrywcze, ale w istocie zdążyłam się zmęczyć samym oglądaniem. Jeszcze wiele czasu upłynie, zanim będę psychicznie gotowa na start w połówce IM!

Mieliśmy okazję podziwiać prawdziwą wystawę rowerów. Czasowe ramy, pełne koła (ten dźwięk!), kosmiczne kaski na głowach zawodników. Niektóre zestawy naprawdę robiły wrażenie.

Co do samej trasy rowerowej mam ambiwalentne uczucia. Gdyńska część wyglądała na w miarę płaską i szybką, ale porywisty wiatr dał się zawodnikom we znaki. Nie wiem, jak radzili sobie ‚pełnokołowcy’. Co prawda jechali między budynkami, ale nie wydaje mi się, żeby zabudowania aż tak tłumiły wiatr. W każdym razie moje doświadczenie mówi zupełnie co innego.

Ulice były wąskie, co sprzyjało draftingowi- jednak dwukrotnie na własne oczy widziałam, jak sędziowie na motocyklach ostrzegali wygodnickich. Trzeba jednak przyznać, że na tych drogach czasem nie dało się zachowywać odstępu 10×2 metry między innymi zawodnikami..

Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy zawodników CCC na trasie triathlonu. Wyglądali profesjonalnie, jechali jak na trasie Tour de France (bardzo mocno- trochę tak, jakby nie do końca zdawali sobie sprawę, że przed nimi jeszcze półmaraton ;-)), a do tego przyjechały z nimi wozy teamowe. Wprawili nas w niemałą konsternację- przez chwilę byliśmy przekonani, że kolarze Polsatu Polkowice przyjechali pościgać się w Gdyni w ramach roztrenowania 😉 Wszystko jednak wskazuje na to, że CCC zaczęło inwestować w triathlonistów.. ciekawe!

Na rowerze byli mocni, choć nie tak bardzo jak zwycięzcy wyścigu, w tym nasz polski zawodnik Mikołaj Luft (na Giant’cie!). Mikołaj, który stanął na najniższym stopniu podium, zaprezentował się doskonale i wywoływał wielkie emocje u tłumu kibiców, zwłaszcza kiedy wybiegł ze strefy zmian T2 jako pierwszy! Miło było patrzeć na tak szczęśliwego zawodnika, nieco chyba zaskoczonego aplauzem, jaki spotkał go na początku dystansu biegowego 🙂

Wśród kobiet niepokonana była Maria Cześnik, olimpijka z Pekinu i Londynu:

 

Za nią przybiegły Ewa Komander…

…i Ewa Bugdoł, długo utrzymująca drugą pozycję:

Więcej zdjęć TUTAJ.

Relacja filmowa:

Jeśli chodzi o organizację, słyszałam trochę narzekania ze strony zawodników, jednak okiem kibica wyglądało to bardzo dobrze. Organizacja z wielką pompą i rozmachem- HTG2013 przypominał trochę jeden z tych triathlonów, które ogląda się w telewizji i marzy, żeby kiedyś tam pojechać. Policja i wojsko mogliby się kiedyś ogarnąć i przestać psuć kibicom imprezę, ale to czcze wołania. Niektórzy funkcjonariusze uznali, że w żadnym wypadku nie będą przepuszczać ludzi na drugą stronę ulicy (nawet kiedy na horyzoncie nie było żadnego zawodnika), inni nie pilnowali nawet przechodniów wpadających triathlonistom pod koła i nogi.. Jeden z żandarmów wyrzucił na chodnik organizatora jadącego po trasie na motorze- hit 🙂
Sponsorem tytularnym gdyńskiego triathlonu był Herbalife. Tę firmę widziałam jednak głównie na bidonach, podawanym zawodnikom na trasie, bo wszędzie indziej królował Giant! Cała strefa T1 w biało-niebieskich flagach, na środku expo znajome rowery.. Na trasie też nie brakowało maszyn tej marki, począwszy od najprostszych szosówek starszej daty do najbardziej zaawansowanych technologicznie rowerach czasowych. Na expo i na terenie zawodów firma wystawiła się ze skromnym stoiskiem, które nie rzucało się w oczy i nie przyciągało uwagi mnogością akcesoriów.. mimo to Giant zdecydowanie pokazał swoją wielkość i siłę. Jako posiadaczka karbonowych braci Giantów.. lubię to! 🙂
Cieszę się, że miałam okazję obejrzeć ten największy triathlon w Polsce. Ufam, że w przyszłym roku także go zobaczę, choć nie jestem przekonana, czy już od drugiej strony barierek.. Połowa Ironmana to dystans wzbudzający respekt. Miałam okazję chociaż odrobinę poczuć ten dyskomfort i ból, jaki może zdarzyć się na trasie, bo moje do-tej-pory-zawsze-wygodne buty zafundowały mi ogromny odcisk na małym palcu, który sprawił, że chodziłam jak połamaniec, a dziś mam potworne zakwasy w śródstopiu. Przemierzałam jednak dziarsko trasę biegową, robiąc zdjęcia i filmy, a niosła mnie jedna myśl: oni mają znacznie gorzej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.