No dobrze, skończyłam 23 lata. To chyba znaczy, że szansa na zostanie profesjonalnym pływakiem oddaliła się za horyzont i minęła bezpowrotnie. Jakieś dziesięć lat temu, hłe hłe. Na szczęście nie był to nigdy szczyt moich marzeń. Wystarczy mi, że będę pływać tak dobrze jak dobra triathlonistka. Dojście do tego też nie będzie łatwe. Lata lecą i zaczyna mnie niepokoić moja starość :-), która zostawia mi coraz mniej czasu na to, żeby ciężko tyrać i mieć z tego satysfakcjonujący progres.

Ale ale.. nie ma się co użalać.



Dzisiejszy dzień rozpoczęłam o 5:30 krótkim, 5-kilometrowym bieganiem. Noga jakoś lepiej, choć na zbiegach zaczyna mnie ciągnąć. Cały czas się wkurzam na swoją biegową formę, a raczej na jej brak. Wojtek zapowiada mi jakieś ciężkie treningi, a ja umieram na samą myśl, bo czuję że będzie z tego depresja.

Po bieganiu pieski zaliczyły krótki trening z jedną hopką i slalomem. Smok zrzuca tyczki jak dziki, w ogóle nie uznaje ich jako przeszkodę. Obawiam się, że po podwyższeniu tyczek na docelową wysokość będzie masakra. Dobrze, że mam tu okazję poćwiczyć z nim trochę techniki skoku- wczoraj zanim nie zaczął kombinować wyglądało to naprawdę obiecująco. Dzisiejszy slalom też był OK, dużo lepsza sesja niż poprzednia. Ma duży problem z wejściem w slalom, jeśli nie jest ustawiony na wprost- trzeba ogarnąć bramkę. Przestał mi jednak wychodzić przed ostatnią tyczką i pięknie leci naprzód, całkiem dobrze się wysyłając. Jestem dobrej myśli, bo nawet jeśli robi błędy, to praca z nim jest szalenie satysfakcjonująca.
Przy okazji zauważyłam, że chyba znowu zaliczył jakiś skok wzrostowy, bo ponownie zrobił się chudy jak przecinek. Dzisiaj Wojtek wrzucił w niego taką porcję jedzenia, że pewnie zamieni się na całą noc w trawiącą kobrę.
Rasta zwariowała już ostatecznie 🙂 trochę sobie agilitujemy, frisbujemy, aportujemy.. a wieczorami Rasta przegląda Pudelka razem z Kamową ;-)))))

O 9:30 wyruszyliśmy do Gdyni na expo Herbalife Triathlonu, a konkretnie na korektę bikefittingu u Krystyna z Wertykal.com. Naszym głównym celem było wypróbowanie innych modeli siodeł Adamo, bo choć zaprzyjaźniłam się ze swoim Attackiem, to niestety jazda dzień po dniu to nadal spore cierpienie- na tym siodełku siedzi się jak na kamieniu, a wjazd na wertepy to jak zderzenie wnętrzności ze ścianą. Niemniej wcale nie byłam przekonana, że chcę je wymienić na inne, bo wydaje mi się idealnie skrojone pod względem szerokości i długości, a co najważniejsze siedzę bardzo stabilnie, łatwo przyspieszam i wchodzę na wysokie tętna (nie do osiągnięcia przy poprzednim ustawieniu) i NIE BOLĄ MNIE PLECY. Dzisiaj, korzystając z okazji, wypróbowałam modele Breakaway i Peleton, ale na żadnym nie siedziało mi się tak dobrze jak na Attacku. Wróciliśmy więc do mojego siodła, ścisnęliśmy je zipami (trytytkami), żeby było węższe (chyba tak jest lepiej), odrobinę je podnieśliśmy i na tym zakończyła się korekta fittingu. Jestem pełna nadziei, a nawet jeśli czekają mnie jeszcze długie tygodnie i miesiące siedzenia na kamieniu, to jestem zadowolona z efektów fittingu, a moje plecy podpowiadają mi, że to była najlepsza możliwa inwestycja w zdrowie.

 

Gianty, Gianty, dużo Giantów, a w tle pomykam dziarsko na swojej Różowej Petardzie 🙂
fot. Dawid Linkowski, źródło www.facebook.com/HSWGdynia
fot. Dawid Linkowski, źródło www.facebook.com/HSWGdynia

Po powrocie do Grzybna, wygłodniali i senni rzuciliśmy się najpierw do spiżarni, a potem na sjestę. Kamowa poszła spać u siebie w pokoju, Wojtek oglądał film na ganku domu, a ja.. no cóż.. ja zaliczyłam kimę w stylu „robię pompki tylko chwilę odpoczywam” na kocu w ogrodzie. Do przetestowania na siłce!! 😉 Niestety Kamowej udało się uwiecznić ten spektakularny zgon na zdjęciu. W sumie to aż dziwne, że udało mi się na chwilę zasnąć- stało się to dopiero wtedy, kiedy Wojtek zabrał do domu moje psy, bo wcześniej Rasta biegała po dworze i pomiaukiwała (wystarczy że Wojtek na nią spojrzy, ona już myśli że zaraz będzie jej coś rzucał albo każe jej zrobić kółko, więc zaczyna śpiewać), a Smok w dwie minuty znalazł trzy piłki, postanowił mi je wszystkie przynieść i po kolei mi je podawać. A raczej podawać je mojej głowie.

Przy okazji można podziwiać mój prezent urodzinowy w postaci kompresyjnych skarpet, przed którymi tak długo udało mi się wzbraniać.. 😉

Trzeba przyznać, że mam najromantyczniejszego chłopaka na świecie. Wręczenie prezentu odbyło się w drodze z hali do samochodu, gdy musiał znaleźć klucz do samochodu w kieszeni, a miał rękę zajętą pudełkiem z Compressportami. Treść życzeń, cytuję: „Trzymaj.”
Uznaliśmy jednak wspólnie, że ma inne zalety, między innymi potrafi bardzo szybko i przy użyciu zaledwie jednego noża rozmontować klips przy odzieży, który przeoczyła pani w sklepie. Ostatnio zrobiłam duże zakupy w lumpeksie i nakupowałam sobie tyle fajnych ciuchów, że sprzedawczyni nawet nie chciało się tego wszystkiego oglądać pod kątem klipsów.. no i sprzedała mi tunikę z czipem. Dzisiaj próbowałam rozwalić to młotkiem, Kamowa w tym czasie pytała wujka Google i przekopywała portale typu Zapytaj i Samosia, a Wojtek przyszedł i spokojnie rozkręcił klips nożem. Tunika uratowana!
Kiedy powstałam z koca, zaczęliśmy powoli zbierać się na rowery. Dzisiaj zaliczyliśmy krótką, około 18-kilometrową przejażdżkę po okolicznych lasach. Pogoda niestety gwałtownie się zmienia, więc moja meteopatia podarowała mi na urodziny narastający ból głowy i poczucie ogólnej niemocy, które skutecznie uprzykrzyło mi dzisiejszą jazdę. Stwierdziłam jednak, że od bólu głowy się nie umiera (tak szybko), więc lepiej pojeździć chociaż trochę, niż nie pojechać w ogóle.
A wieczór znowu przyniósł nam odrobinę adrenaliny :)))
Parę dni temu pisałam o tym, jak zacięły nam się drzwi od komputerowni i przez godzinę rozkręcaliśmy je na wszystkie sposoby, modląc się, żeby nie odkryć w środku jakiegoś intruza. Dziś zaś siedzieliśmy sobie spokojnie w kuchni, a tu nagle z sąsiedniego pokoju zagrała melodyjka. Typowy dźwięk dziecięcej zabawki (czyli klasyczna muza z horroru :)). Pograło przez chwilę, po minucie znowu i przestało. Ruszyliśmy na zwiady, ale w zasięgu wzroku ani widu ani słychu potencjalnego grajka. Uzbrojona w noże do ewentualnej obrony własnej ruszyłam zaglądać za zasłony, pod łóżko i pod stół. Nikogo nie widać, ale telefonów, zegarków z budzikiem ani zabawek też nie. Wojtek najpierw twierdził, że pewnie siedzi tam złodziej i zadzwoniła mu komórka. Złodzieja nie stwierdzono, więc zaczęły się straszne historie- „Asia, czy w tym domu kiedyś kogoś zamordowano? Może jakieś dziecko w beczce? Albo ktoś z zaświatów chce przejąć ten dom?”. Wszystko fajnie i śmiesznie brzmi, ale jak już się siedzi w wielkim domu, otoczonym egipskimi ciemnościami i staje się przed takim pytaniem, to przestaje być aż tak zabawnie! 😀 Poszliśmy jeszcze raz (uzbrojeni w jeszcze więcej noży) na poszukiwania intruza. Po chwili zauważyłam, że na szafie siedzi duży świerszcz. Stanęłam na krześle, zajrzałam na szafę, a na drugim jej końcu dojrzałam dziecięcą gitarkę. Wojtek złapał je w swoje macki, nacisnął guzik, a tam melodyjka- ale zupełnie inna niż ta, która nas zaniepokoiła. Nie stracił jednak fasonu i naciskał dalej.. i wtedy gitarka zagrała „naszą” muzyczkę. Uffff… Wszystko wskazuje na to, że wielki świerszcz wylazł zza komody i postanowił zagrać mi po swojemu „Sto lat”. Dzięki, świerszczu… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.