Grzybno to magiczne miejsce. Uwielbiam je od dzieciństwa. Święta, wakacje, weekendy, najróżniejsze okazje- z Grzybnem mam prawie tyle wspomnień, ile z rodzinnego domu w Gdańsku. Czasem głośne i pełne ludzi, czasem na wyłączność dla mojej czarodziejskiej Babci. Dom, w którym zawsze jest pełno tajemnic i niespodzianek.

Każdy kto pozna Grzybno wie, że to miejsce wyjątkowe i z wielkim potencjałem właściwie do każdego rodzaju działań. Do tego tak gościnne, że każdy przyjezdny czuje się jak u siebie w domu. Wojtek również szybko uległ urokowi tego miejsca. Już czwarty rok z rzędu jedziemy do Grzybna i tym razem spędzimy tam cały miesiąc.



Nasze pierwsze wspólne wakacje w tym miejscu, w 2010 roku, były czasem typowo wypoczynkowym. To był okres, w którym dopiero zaczynałam biegać, więc oprócz radosnego truchtania co drugi dzień po 5-7 km nie łapałam się żadnych sportów. Dużo spacerowaliśmy z psami, chodziliśmy po pobliskich miastach.. Słowem- było przemiło, a nawet najmilej na świecie.

Rok 2011 to już zupełnie inna zabawa. Pobyt w Grzybnie był szalenie treningowym okresem, właściwie takim naszym prywatnym obozem biegowym. Biegałam już wtedy dużo objętościowo i dzięki Wojtkowej koncepcji trenerskiej również coraz intensywniej. To był naprawdę dobrze przetrenowany okres. W dwa i pół tygodnia przebiegłam około 230 km, w tym dwa najmocniejsze jak do tamtej pory treningi. Do tego doszło około 430 km na rowerze górskim, poczciwej Myczce (która pierwszy i ostatni raz miała okazję pojeździć po Szwajcarii Kaszubskiej- potem niestety zastąpili ją Państwo Karbonowi.. :)). W międzyczasie zaliczyłam też start na 5 km w Biegu św. Dominika w Gdańsku, uzyskując czas 18 minut 12 sekund. To był mój pierwszy start w biegu ulicznym w godzinach popołudniowych, w strasznym upale i jednocześnie w ciężkim treningu. Biegło mi się umiarkowanie dobrze, pod koniec dystansu raczej kiepsko i bez wielkiej mocy, ale dzięki znajomemu z forum biegowego (dzięki Piotrze!) udało mi się wycisnąć z siebie maxa i absolutnie wypruć się na finiszu. Bardzo cenne doświadczenie.

Rok 2012 niestety nie był dla mnie łaskawy. Po świetnym i perspektywicznym roku ubiegłym, na samym początku nowego roku trafiła mnie długo trwająca kontuzja, która nie tylko wykluczyła mnie z biegania, lecz także pozwoliła mi odkryć, co się dzieje z moją głową, która nie może trenować: otóż dzieje się najgorzej. Zamiast podejść do kontuzji jak do nieuniknionego etapu w sportowym życiu, który trzeba przejść z godnością i rozumem, uznałam że to koniec świata i wszystko jest bez sensu. Potem przez jedną kontuzję przebiła się druga, jeszcze bardziej skomplikowana, a dodatkowo wyszło parę problemów zdrowotnych, które wcześniej sprytnie tuszował reżim treningowy (organizm to ciekawy twór- poddawany dużym obciążeniom treningowym nie pozwala się psuć różnym układom, bo nie ma czasu na chorowanie, gdy trzeba biegać- za to w momencie wyjścia z treningu można się zdziwić, ilu lekarzy trzeba odwiedzić.. ;)). Podczas wakacji w Grzybnie podejmowałam pewne próby biegania, ale biegało mi się bardzo źle i wyjątkowo stresował mnie fakt, że nie mogę osiągnąć tak łatwo tak dobrych prędkości, jakie przychodziły w roku poprzednim. Pod względem treningu biegowego pobyt w Grzybnie w 2012 roku był więc bardzo, bardzo słaby, wykonałam zaledwie kilka jednostek treningowych, w tym głównie powolnego truchtania.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na początku sierpnia zaopatrzyłam się w rower szosowy. Do tej pory jeździłam na Specialized Myka, rekreacyjnym modelu górala na semi-slickach i w gruncie rzeczy było mi z nim bardzo wesoło, nawet na szosie. Jednak zakochałam się w Giant’cie od pierwszego wejrzenia, a każda kolejna jazda utwierdzała mnie w przekonaniu, że to karbonowe cudo da mi nowe możliwości. Wakacje w Grzybnie upłynęły więc pod znakiem długich i bardzo satysfakcjonujących treningów na rowerze. To nie wszystko: niedługo przed wyjazdem do Grzybna udało mi się pożyczyć piankę do pływania w otwartej wodzie, a w sierpniu przyjechali do nas na weekend dobrzy znajomi i miałam okazję porządnie popływać w jeziorze. Znacznie porządniej niż sobie wyobrażałam, bo wówczas półtorej godziny przebywania na środku jeziora (kilometr do każdego brzegu, aaaa) było dla mnie zupełną nowością. Łatwo nie było, ciepło też niespecjalnie, ale przecież, jak to celnie stwierdził Łukasz…

…triathlon nie jest obowiązkowy!! ;-))))

Trening rowerowy i pływanie w jeziorze nie były jedynymi nowościami wakacyjnych pobytów w Grzybnie. W maju 2012 roku przywieźliśmy z Chorwacji małego i bardzo mądrego rozbójnika, a to oznacza, że nasze psie stado powiększyło się do czterech sztuk (jak ja mogłam bez niego wcześniej żyć, no jak?!).

Grzybno to raj dla psów. Rasta może tam wreszcie przestać udawać, że lubi mieszkać w mieście, i pokazuje swoje prawdziwe oblicze wiejskiego burka. Smoczuś też był zachwycony wakacjami, a w tym roku z pewnością będzie jeszcze bardziej szczęśliwy, bo dzięki uprzejmości klubu Na Fali z Ulą Grzegorzewską na czele, pod naszą wiejską kwaterą stanie parę przeszkódek, na których już dorosły (omg, niemożliwe!) Pan Smok będzie szlifował swoje agilitowe umiejętności.
„Ty się mama lepiej szykuj!”
Jedyne, co mnie jak zwykle martwi w kwestii wyjazdu do Grzybna, to każdorazowa konieczność dokonania cudu, jakim jest spakowanie samochodu. W zeszłym roku do Renault Megane Kombi zmieściliśmy (a raczej Wojtek zmieścił, upychając, segregując i przemieszczając bagaże w aucie nieprzerwanie od 4 do 6 rano): nas dwoje i cztery psy, w tym dwa w rozłożonej metalowej klatce; dwa worki z karmą dla psów, po 15 kg każdy; dwa rowery i dodatkowa para kół; duża metalowa klatka dla Esa; milion akcesoriów do rowerów i innych sportów (pompka nożna, opony, dętki, buty, kaski, stroje, lampki, buty i odzież biegowa, pianka do pływania, płetwy…) oraz oczywiście sto walizek z ubraniami i innymi niezbędnymi do życia rzeczami.
W tym roku pojedzie z nami o jeden rower więcej, bo zostawienie w Warszawie roweru górskiego, kiedy wybieramy się do Szwajcarii Kaszubskiej z nieziemskimi leśnymi szlakami byłoby grzechem. Gabaryt tego roweru jest naprawdę imponujący (pieszczotliwie mówię na niego per ‚Kobyła’), do tego jedziemy na dwa tygodnie dłużej niż wtedy, więc bagażu osobistego będzie jeszcze więcej. Na szczęście rowery pojadą na dachu. Gdybyśmy jeszcze mieli przyczepkę i ‚trumnę’ na dachu, byłabym zupełnie spokojna o tę podróż. A tak.. życzcie nam, proszę, powodzenia… :-)))
Jak łatwo się domyślić, planuję intensywnie treningowe wakacje. Zdrowie sprzyja (odpukać!) i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pozwolić aby zafundowano mi wycisk (nawet to, że w tym roku NIESTETY trenuję z ‚ekstra obciążeniem’, co Wojtek- w przeciwieństwie do mnie- uważa za pomyślną okoliczność intensyfikującą efekt treningu, a ja… hmmmmmpfffffghhhh). Szykuje się dla mnie dużo okropnych rzeczy. Myślę, że po kilku miesiącach samego truchtania każdy porządniejszy trening biegowy będzie ogromnie satysfakcjonujący (choć na pewno bardzo trudny). Trener od pływania niestety kazał mi w sierpniu odpocząć po sześciu miesiącach uczciwej pracy treningowej, więc do września mam przerwę z wyciskiem na basenie, aby potem lepiej przyjąć na klatę nową porcję intensywnego pływania.
Mam kilka(naście) celów treningowych, które bardzo chciałabym zrealizować podczas wakacji w Grzybnie. Trener Wojtek jeszcze o nich nie wie, więc dopiero czytając to dowie się, co tam sobie wymyśliłam. Mam nadzieję, że mój plan jest choć trochę zgodny z jego założeniami… 🙂
– Przede wszystkim chciałabym zrobić wreszcie dobre jednostki biegowe. Podbiegi, rytmy, interwały. Bardzo mi tego brakuje, są mi już bardzo odległe i bardzo, ale to bardzo się ich boję. A więc: zrobić, przeżyć, zadowolić tym siebie i Wojtka, chcieć więcej i oczywiście – last but not least! – nie urwać sobie pleców, przyczepów, kolan i innych potrzebnych do treningu części ciała.
– Zwiększyć kilometraż pojedynczych wybiegań. Gdybym zrobiła w Grzybnie jakąś 15-stkę, byłabym w siódmym niebie. Mniej więcej pod koniec lutego po bardzo długiej przerwie przebiegłam pierwsze półtora kilometra i od tej pory powoli zaczął dokonywać się przełom. Obecnie nadal biegam bardzo mało, zrobiłam tylko jedno 10-kilometrowe wybieganie w żałosnym tempie, reszta to 5-6 km truchtania. Aż trudno uwierzyć, że dwa lata temu poranna piętnastka była dla mnie bułką z masłem, a dziesięciokilometrowe wybieganie codzienną (i bardzo rzadko opuszczaną) rozgrzewką.
Cele biegowe są zdecydowanie najważniejsze. Niczego mi tak nie potrzeba, jak powrotu do normalnego trenowania, a do tego jeszcze jakieś 60 km tygodniowo.. Jeśli chodzi o rower: chcę ciskać po szosie coraz więcej i coraz szybciej. Zmasakrować się trochę na żukowskiej pętelce z delikatnymi podjazdami (która jest w istocie pojedynczą ulicą z zawrotką na końcu). Zrobić jakiś cięższy rowerowy trening (intensywności ze spinningu raczej na ulicy nie osiągnę, ale może chociaż tak, żeby widzieć jakieś tam pojedyncze mroczki…?). Podciągnąć wreszcie trochę techniki jazdy- zakręty (!!!), podnoszenie koła, sprawne wypinanie się z obydwu pedałów. Plan „złoty”- dorzucić umiejętność zakładania butów wpiętych w rower podczas jazdy (obecnie postrzegane w kategoriach hardkoru) i zsiadania z roweru przez przerzucenie zewnętrznej nogi tyłem („po babcinemu”- nie śmiejcie się; ciągle widzę babcie i dziadków, którzy właśnie w taki sposób schodzą z roweru. To mi daje jakąś nadzieję, choć wiadomo, że tamto pokolenie jest w ogóle o parę leveli hardkoru wyżej).
MTB: Przestać zachowywać się jak sierota. Nauczyć się pokonywać terenowe przeszkody (OK, nie wymagajmy zbyt wiele- podnieść poziom zaawansowania z 2/10 do 5/10). Jeździć po lesie trochę szybciej. Poprawić skill w jeździe na piasku, zwłaszcza na zjazdach. Nauczyć się podskakiwać z rowerem 🙂
W kwestii pływania: na basenie, zgodnie z radą trenera Endrju, zamierzam się świetnie bawić i robić to, co aktualnie przyjdzie mi do głowy (z wykluczeniem interwałów i mocnych ciągów :)). Jeśli przy okazji poprawię pracę nóg, długość kroku, siłę pociągnięcia, rotację w kraulu- będzie cudownie. Mam zamiar popływać za to dużo w jeziorze (co najmniej 1 km na jedno wejście w dniach mocniej obłożonych innym treningiem; chciałabym też kilka razy popływać dłużej, do 1.5 godziny). W tej kwestii cele też są proste: Nie popsuć (do końca) techniki pływania. Nawigować. Nauczyć się sprawnie zakładać i zdejmować piankę (po stokroć!!!!!!! Będzie ultra wiocha jak w debiucie w triathlonie utknę na zawsze w strefie T1…). Nie dać się zeżreć wodnym potworom. A przede wszystkim nie utonąć i wyleczyć się z poczucia, że pode mną pływają wyżej wspomniane (i że to, co mnie dotknęło, to na pewno jeden z nich).
Nie mogę zapomnieć również o treningu ogólnorozwojowym. WRESZCIE włączyłam go do planu od (chyba) lutego, głównie dzięki wielkiej motywacji od mojej pani fizjoterapeutki, która wyleczyła mi plecy szybciej i skuteczniej, niż próbowały to robić znane i szanowane warszawskie kliniki rehabilitacyjne. Aż trudno uwierzyć, że wcześniej – nawet podczas biegania po 100 km tygodniowo – uchowałam się (choć tylko do czasu.. ;-)) bez rozciągania i ćwiczeń stabilizacyjnych. Jednak niedługo po dołączeniu wyżej wymienionych elementów treningu uświadomiłam sobie, jak wielkie mam w sobie rezerwy. Nie bardzo wiem, jak z tak ogromnymi sprawnościowymi brakami mogłam biegać te niecałe 40 minut na 10 km- wygląda na to, że udawało mi się to wyłącznie dzięki dobrej wydolności. Teraz wydolność buduję nie tylko bieganiem, lecz także pływaniem i rowerem, a sprawność ogólna rośnie z tygodnia na tydzień. Jestem więc dobrej myśli, jeśli chodzi o moje przyszłe sezony sportowe.
A więc tak to wygląda. Chcę wrócić z Grzybna w poczuciu, że wykonałam kawał dobrej pracy treningowej, osiągnęłam postęp (tak fizyczny jak i mentalny), kilka razy obrzydliwie się zmęczyłam, poprawiłam to co podczas wyjazdu z Warszawy było na słabym poziomie. W końcu jestem tak silna jak mój najsłabszy punkt.. i tego się trzymajmy.
Pomiędzy treningami nie będę specjalnie próżnować, bo oprócz psów do wybiegania będę miała sporo pracy przy komputerze do wykonania przez sierpień. Mam nadzieję, że pójdzie sprawnie i zostanie mi trochę czasu na bierny odpoczynek 🙂
Zamierzam również dość szeroko opisywać, co się u nas dzieje w kwestii realizacji treningu. W związku z tym prawdopodobnie na cały miesiąc mój blog zamieni się w dziennik sportowy. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone przez Czytelników, którzy wolą, gdy piszę o otaczającym mnie świecie niż o przebiegniętych kilometrach. Oprócz zdawania relacji z wykonanych i planowanych treningów będą pojawiać się zdjęcia i filmy, nie tylko z moich poczynań. Wybieramy się między innymi na Herbalife Triathlon do Gdyni, gdzie zamierzamy nakręcić trochę ciekawego materiału. W piątek przed zawodami będę również na korekcie bikefittingu u Krystyna z Wertykala. Po ustawieniu pozycji na rowerze szosowym moje plecy mają się tak cudownie, że aż trudno mi prosić o więcej- Krystyn jednak stwierdził, że skoro nie mogę przyzwyczaić się do nowego siodełka i moje cztery litery cierpią, gdy jeżdżą dzień po dniu, to będziemy kombinować z innymi modelami siodeł Adamo. Ach i och, może już niedługo naprawdę dam radę robić bardzo długie rozjazdy na moim ukochanym rumaku Giant’cie.
Myślę, że jeśli nie zdarzą się wyjątkowe przeciwności losu (brak jakiegokolwiek połączenia z Internetem / kompletna śmierć po dobrze wykonanym treningu i pół doby odsypiania / depresja po skontuzjowaniu się, tfutfutfu! / utknięcie w pracy po uszy / brak czasu żeby usiąść do kompa w celach innych niż sprawdzenie maila itp itd…), będę pisać codziennie. To może być niełatwe, ale skoro już obiecałam.. Stay tuned! 🙂
Życzę sobie miłej zabawy, świetnego treningu i przede wszystkim przetrwania w dobrym zdrowiu bez żadnych, nawet najmniejszych kontuzji. Zaczynamy projekt Grzybno 2013. Do usłyszenia 🙂

2 Comments »

  1. to z całą pewnością, ale nie liczy się do triathlonu, więc nie pisałam :)) o tym będzie w oddzielnym wpisie. z kładką i palisadą może być problem, bo poćwiczymy tylko wtedy, kiedy pojedziemy do Falowców na trening, ale slalom i hopeczki będziemy mieć pod domem, a to oznacza, że Smoczek będzie miał łapki pełne roboty :)))))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.