Skoro świt wybiegam z domu. Czasem, gdy jeszcze nie zacznę biec, czuję, że jest mroźno i wietrznie, ale nie dzisiaj. W przeciwieństwie do wczoraj, nie jest wcale zimno. Jest też jaśniej niż w ostatnich dniach – spadł śnieg.
Cicho, pusto, miasto jeszcze śpi. Słyszę tylko przejeżdżające po ulicy samochody; dźwięk wydaje się zwielokrotniony przez tę śnieżną pokrywę. Biegnę niezbyt szybko, moje buty ślizgają się po podłożu i zapadają w śnieg. Całe stopy mam już mokre; nie jest to przyjemne uczucie, ale najważniejsze, że nie jest mi zimno.



Nie mogę się skupić na niczym innym, niż na biegu. Zazwyczaj, kiedy robię luźne rozbieganie, rozmyślam sobie o przeróżnych sprawach. Ale nie zimą! Teraz myślę tylko o tym, żeby się nie poślizgnąć i nie wyłożyć na zaśnieżonej ścieżce. Mokre spodnie i rękawiczki, smagane wiatrem, mogłyby być uciążliwym dodatkiem.
Dużym susem przeskakuję kałużę przed przejściem dla pieszych i lecę dalej. Dobiegam do zakrętu, zbaczam ze ścieżki i… co za miła niespodzianka! Długi odcinek ziemnej drogi bez śniegu! Przyspieszam znacznie i biegnę jak młoda gazela. Moje tętno jednak wcale nie przyspiesza; po chwili uświadamiam sobie, że nie poruszam się specjalnie szybko. To tylko wrażenie po zejściu z grząskiego podłoża.
Cicho. Pusto. O, a jednak niezupełnie! Zza krzaków obok ścieżki spogląda na mnie lis. Wpatruje się we mnie długo, ale gdy zbliżam się na niebezpieczną – w jego mniemaniu – odległość, daje susa w dół i ucieka pędem.
Kilometry mijają szybko, na horyzoncie zaczynam zauważać pojedynczych biegaczy. W butach już mam jezioro, a drugie wylewa się stopniowo z mojego nosa. Pora zawracać do domu. Chlap, chlap, chlap… Kilka małych poślizgów, które na parę sekund podnoszą mi tętno i sprawiają, że jest mi jeszcze cieplej i już jestem pod blokiem. Powrót do cywilizacji. Ufff. Jak ciepło na tej klatce schodowej…

* * *
Niestety.. to tylko wspomnienia. Żywe, wspaniałe, ale jednak.. przeszłość.

Drugi raz spadł śnieg, drugi raz będę miała okazję spoglądać na białe ścieżki przy stawie w Rezerwacie i myśleć, że ‚kiedyś tu biegałam’. Tylko, że wtedy to ‚kiedyś’ oznaczało ‚miesiąc temu’, a teraz..?
Jeszcze nigdy wiosna i lato nie minęły mi tak szybko. Nie zdążyłam ich nawet zauważyć ani się nimi nacieszyć. I nadchodząca zima tym razem tak bardzo mnie nie denerwuje – bo w sumie co mi za różnica?
Może kiedyś napiszę więcej o swoim raju utraconym, ale na pewno nie będzie to katharsis. Chyba, że nastąpi cud i.. no właśnie. Obawiam się jednak, że limit cudów już w swoim życiu wykorzystałam.

* * *
Dzisiaj odbywa się bieg, w którym brałam udział rok temu. Nigdy wcześniej nie biegło mi się w zawodach tak dobrze, tak bezstresowo i tak szybko jak tam. Wszystko wskazywało, że będzie dobrze.

Dwa tygodnie później oglądałam Bieg Niepodległości w telewizorze, wyginając się na macie w siłowni i rozmyślając o swojej chwilowej niedyspozycji, związanej z urazem kostki. Żałowałam, ale obiecywałam sobie, że za rok pobiegnę.
Cóż.. nie wiem, czy w tym roku będę go chociaż śledzić na odległość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.