Dzisiaj będzie o psach 🙂

Rasta wczoraj skończyła sześć lat. Duchem jest nadal co najwyżej nastolatką, ale wyraźnie bierze sobie do serca ten dwa tysiące szósty rok w swojej metryczce i już od jakiegoś czasu nie zachowuje się jak nieokrzesane zwierzę z lasu. Nie zawsze było łatwo z nią żyć – a przez to długo nie mogłam żyć bez niej. Kiedy wreszcie ogarnęła się na tyle, żeby nie bać się jej zostawić z kimś na dwa czy trzy dni, gdy udało nam się ostatecznie zawiązać na supełek magiczną nić porozumienia i praca z nią przestała być pełnym obaw wyzwaniem, stając się czystą przyjemnością… uznałam, że tak dłużej być nie może. Przyszła pora na kolejnego potwora.



Od paru miesięcy jestem posiadaczką (choć jakoś dziwnie i niezręcznie to brzmi, kiedy mówię o zwierzakach) dwóch sztuk borderów. Nie wszyscy sąsiedzi rozpoznają w Raście i Smoku tę samą rasę. Jeden jakby skrzyżowany z golden retrieverem, drugi z dobermanem…
Bordery bowiem pochodzą z zupełnie różnych linii. Rastka ma w swoim rodowodzie sto kilo futra, Smoczek tonę błota. Rasta jest czystym ‚showem’, której rodzice i dziadkowie zdobywali puchary na wystawach; Smok jest stuprocentowym ‚workingiem’. Jego przodkowie agilitują, ratują, pasą owce… i z pewnością straszą sędziów kynologicznych, bo w porównaniu do ‚wystawowców’ wyglądają jak ci ze znanego przysłowia, co ich granatem od pługa oderwano.

Żeby nie być gołosłowną – to jest tatusiek Rastuszka:

(fot. Magdalena Michalska)

a to tata Smoka:

(fot. Croatian Border Collie Database)

Prawda, że niepodobni?

Wielu ludzi zastanawia się i dyskutuje na temat podobieństw i różnic pomiędzy borderami z różnych linii. Miłośnicy ‚plastików’ uważają, że psy z pracującym pochodzeniem są nadpobudliwe i zafiksowane na ciągłą aktywność psychoruchową. Zwolennicy ‚paszkwilów’ z kolei twierdzą, że te, które zwyciężają na wystawach, nie przypominają z temperamentu prawdziwego bordera. ‚Prawdziwego’ to znaczy takiego, który jest chętny i łatwy do szkolenia; aktywny, ale nie przekręcony; nieagresywny, ale nie bojaźliwy; szybki, ale uważny. A ponadto dobrze zbudowany, o wyrazistym, lecz nie ciężkim kośćcu; zwrotny, zwinny i skoczny, ale nie patykowaty….
Cóż – obraz idealnego psa w oczach każdego miłośnika rasy wygląda nieco inaczej. Nawet wzorzec, będący w teorii szkicem doskonałego przedstawiciela border collie, nie jest jednoznaczny.

Istnieje też grupa osób głoszących, że ‚show’ i ‚working’ to dokładnie to samo. Jeden i drugi mają wpisane w rodowodzie, że są borderami, zatem z jakiej racji miałyby być od siebie wyraźnie różne?
Już w pierwszych dniach po odebraniu Smoka z hodowli znajomi zaczęli mnie pytać, czy widzę różnice w zachowaniu moich psów.

Tutaj drobna dygresja. Niejednokrotnie czytałam na blogach, forach i innych fejsbukach sprawozdania nowo upieczonych właścicieli szczeniąt. Dzień po przywiezieniu nowego domownika znajomi już opiewali swoje psy i rozpisywali się na temat ich odwagi, twardości czy skłonności do dominacji (masakra). Nigdy nie mogłam powstrzymać ironicznego uśmiechu, czytając tego typu historie. Sądzę bowiem, że na początku wspólnego życia z dwumiesięcznym szczeniakiem ze stuprocentową pewnością można co najwyżej powiedzieć, że dużo/mało sika w domu i lubi/nie lubi szarpać się skarpetką. Cała reszta to nasze domniemania, przypuszczenia, a przede wszystkim…  obraz oczekiwań. Widzimy w nowym szczeniaczku same plusy i chwalimy się jego zaletami. Choćby był głuchy na nasze wołania i wył wniebogłosy, gdy tylko zostanie sam w pokoju – i tak damy znajomym przeczytać, że jest grzeczny i kocha z nami pracować. Niektórzy jeszcze dodadzą wzmiankę o jego doskonałej technice skoku, zaobserwowanej podczas pokonywania przez szczeniaka krawężnika.

OK, koniec dygresji. Zmierzam do tego, że: owszem, od pierwszych dni widziałam różnice w zachowaniu Smoka w porównaniu z Rastą, gdy była w jego wieku, ale wolałam trochę poczekać z obwieszczaniem światu swoich wniosków.
Obecnie Smoczysko mieszka ze mną od nieco ponad trzech miesięcy, więc moje obserwacje i tak są jeszcze niepełne. Jednocześnie jednak są już na tyle wyraźne, że warto je opisać.

Początek wspólnego życia był w obydwu przypadkach bardzo podobny.
Rasta, odebrana od hodowczyni i wpakowana do samochodu bezzwłocznie rozpoczęła eksplorację terenu. Natychmiast stałam się jej ulubioną interaktywną zabawką, którą można było bezkarnie podgryzać w palce i szarpać za włosy. Za oknem auta przemykały kolorowe światełka, tak absorbujące i ciekawe dla szczeniaka…! Gdy już dojechaliśmy do domu, Rasta poznała swoją nową koleżankę – kocicę. Kotka przybrała pozę wojenną, nawarczała, nafukała i wyprowadziła się na szafę, a Rastusia była zawiedziona, że ta śmieszna piłeczka nie chce z nią rozmawiać. Poza tym jednak wesołość wylewała się jej uszami.

Smok po wrzuceniu do materiałowej klatki w samochodzie poznał – niejako na odległość – nowego brata, Esa. Postanowił nawiązać z nim bezpośredni kontakt, a w tym celu musiał przebić się przez ścianę klatki. Rozpoczął więc dzieło zniszczenia, skacząc na chwiejącą się klatkę i drąc japę wniebogłosy. Es tymczasem udawał, że jest niezwykle zainteresowany krajobrazem za oknem, jego oczy jednak mówiły wyraźnie: „O Boże… nie wierzę.. musimy TO brać…?”. Chcąc odwrócić uwagę małego smoczego potworka, próbowałam odnaleźć w torbie, podarowanej przez hodowczynię, kolorowy sznurek do gryzienia. Niestety moja ręka trafiła prosto na piszczącą gumową kaczkę. Wtedy zaczął się koszmar – najpierw szczeniak usiłował wskoczyć mi na głowę, potem zanurkował w torbie w poszukiwaniu krzyczącej zabawki. Nie udało mu się jej zdobyć, więc rozpoczął koncert. Najwyraźniej przypomniało mu się nagle, że zabraliśmy go od mamusi i rodzeństwa. Mały słodki szczeniak w mgnieniu oka zamienił się we wrzeszczącą papugę. Kilkanaście następnych minut wypełnił nam przeszywający płacz borderowego dziecięcia. Dzielnie to znosiliśmy, choć wrzask zagłuszał nam nasze myśli. Uroczy malec jednak darł się prosto w ucho kierowcy-Wojtka, który od kilkunastu już godzin siedział za kółkiem. Miarka się przebrała. „AAAA CISZAAAAAAAAA!!!!!!!” – przed pyszczkiem zapłakanego Smoczka pojawiła się nagle Zła Twarz Nowego Taty. Nieokrzesane psie wrzaski zamieniły się w cichutkie i pełne wątpliwości „pi… pi…”, a spojrzenie wbite w Wojtka mówiło: „jejku… jak ładnie na mnie nakrzyczałeś… od teraz cię kocham!”.

Wróćmy do listopada 2006 roku. Pierwsze tygodnie i miesiące życia z puchatą Rastuszką były wyzwaniem. Zachwycała mnie swoją ‚miastowością’ – nie bała się jeździć samochodem, tramwajem czy kolejką miejską; chętnie witała się z obcymi ludźmi i psami. Nie straszne jej były żadne miejsca i sytuacje, z którymi miała spotykać się w dorosłym życiu. Ze Smokiem było trochę inaczej. W porównaniu z nią jest trochę… wiejski. Gdy widzi obcego psa, na grzbiecie wyrasta mu irokez wyższy od reszty jego ciała. Na widok samochodu i komendę ‚do auta’ wypuszcza z pyska dwa długie gluty, zwisające i powiewające ‚świeczki’ którymi zaświadcza, że ma okropną chorobę lokomocyjną i wsadzenie go do pojazdu spowoduje zwrócenie zawartości jego żołądka. W stosunku do ludzi jest specyficzny – zdecydowanie nie odpowiada mu, kiedy ktoś leci do niego z otwartymi ramionami i inwazyjnie chce się z nim poznać (zarządza wtedy odwrót). Jednak w tłumie neutralnych ludzi zachowuje się tak, jakby nikogo wokół nie było.
Chociaż kiedy pojechałam z nim na trening agility w celach tylko socjalizacyjnych, zrobił niezłą wiochę. Wyglądał i zachowywał się jak zwierzę wyciągnięte z puszczy. Konsekwentnie odmawiał wzięcia kawałka parówki od kogokolwiek obcego, patrząc na niego jak na potencjalnego zabójcę, z którym należy trzymać się na bezpieczną odległość. Obciach, ale koniec końców i tak byłam z niego zadowolona, bo jak poprosiłam go o siadanie i pacanie, a potem wyciągnęłam piłkę – bawił się w najlepsze, jakby zapomniał, że się bał.

Przejdźmy do sedna, czyli do różnic i podobieństw wynikających z tego, co dostali od swoich przodków.

Rasta jest drobinką. Mierzy około 46 cm w kłębie i waży 14,5 kg. Tym samym już od paru tygodni znowu jest najmniejszym psem w domu. Pięciomiesięczny Smok jest od niej wyższy o około 2 cm i waży już ponad pół kilograma więcej. Ma też znacznie grubsze łapy i jest od niej bardziej związany (!). Rasta długo ruszała się jak prawdziwy szczeniak, do dzisiaj zresztą jest bardzo ‚gumowa’ – za to Smok jako trzymiesięczne szczenię był już miniaturką dorosłego bordera. Nie jest plasteliną, jak Rasta – on jest pociskiem. Kiedy przyspiesza, wygląda jakby miał napęd na tylne koła, jest też zwinniejszy i szybszy od swojej starszej koleżanki.

Rasta nie miała wrodzonej chęci aportowania, ale od kiedy nauczyła się przynosić rzucone zabawki, robi to w stu przypadkach na sto – wraca do mnie z piłką w prostej linii. Smok zaczął aportować dzień po przywiezieniu z hodowli, ale do dzisiaj czerpie dużą przyjemność z tego, że dwie sekundy dłużej poglamie sobie sznurek, zanim go włoży w moją rękę.

W pracy Rastuszek wygląda jak kwiatuszek. Wkłada w zadanie całe swoje futrzaste serduszko. Chodzi przy nodze jak koń fryzyjski na defiladzie, morda jej się uśmiecha od ucha do ucha a patrzenie mi prosto w oczy jest dla niej jak najlepsza nagroda. Sądzę, że byłaby idealnym psem do obedience. Pracuje z wielką pasją i wygląda na wybitnie szczęśliwego zwierzaka.
Można zrobić z nią tysiąc dwadzieścia osiem powtórzeń tego samego ćwiczenia, a ona nadal będzie radosna jak skowronek. Smok się do tego nie nadaje – po czwartym wykonaniu zaczyna węszyć podstęp i zaczyna prezentować całą gamę różnych zachowań, najwyraźniej podejrzewając że coś jest nie tak, skoro cały czas chcę od niego ‚tamtego’.

 (fot. Alicja Matejuk)

Problem z Rastuchą zaczyna się wtedy, kiedy przestaje pracować. Bo ona właściwie NIE przestaje. Na treningach, seminariach i obozach agility wszystkie psy spokojnie szły odpocząć do klatki, a ona zachowywała się jak nieokiełznany wariat. Mogła siedzieć w klatce przykrytej kocem obok rozkręconego na maksymalną głośność radia – i tak wiedziała, że niedaleko biegają psy. W metalowej klatce jęczała jak potępieniec i wydawała różne inne stresujące wszystkich wokół dźwięki – materiałową przestałam zabierać na treningi po tym, jak po raz któryś z kolei po prostu, niczym chomik w plastikowej kuli, przyszła w niej na plac treningowy…
Rasta chciałaby pracować cały czas. Tak mówi jej gorąca głowa – ale ciało nie jest w stanie tego znieść. Na każdym treningu agility, nawet kiedy trenowała regularnie, następował wyraźny spadek jej formy psychicznej i koncentracji, wprost proporcjonalny do czasu spędzonego na treningu. Najgorzej było przy frisbee, bowiem łapanie dysków jest jej największym życiowym celem i bezkompromisową miłością. Rasta zaczynała każdy frisbowy trening z nakręceniem na 140%, a po dwóch minutach łapania ‚dekli’ stawała się wypompowaną dętką.
Dlaczego piszę w czasie przeszłym? Bo wraz z wiekiem trochę się to u niej stabilizuje. Nadal jest sierściastą skrajnością, totalną nerwicą, ale mamy to już bardziej pod kontrolą niż kiedyś. Nie było łatwo, ale udało nam się przekierować niektóre zachowania na inne, akceptowalne – na przykład darcie japy i miotanie się na smyczy (‚bo inne psy biegają po torzeeee a ja nieeeee!!!!! ja już muszę bieeeec!!!!’) na szarpanie się smyczą/piłką.

(fot. Alicja Matejuk)

Smok jest jak z innej bajki. Ma gdzieś ukryty przełącznik on/off, który działa niezawodnie. Nawet kiedy biega po domu, skacze po meblach i odbija się od ścian w pełnym pędzie – po wtrąceniu do klatki i zamknięciu za nim drzwiczek… zwija się w kłębek i odpoczywa. Ani sekundy nie poświęciłam temu, żeby wytłumaczyć mu, że w klatce należy być grzecznym, cichym i statycznym pieskiem – on tak po prostu ma. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić, ale na początku było to dla mnie niemałym szokiem!
Przy pracy daje z siebie wszystko; cały świat zewnętrzny znika, zostajemy tylko my (i zabawka). Na placu w Sopocie zaskoczył mnie swoim zachowaniem – nagle zapomniał, że obawiał się obcych psów, sam leciał na głaskanie do ludzi, a w klatce – choć zgniatany przez wrzeszczącą jak zawsze Rastę! – był spokojny i opanowany. Zaś wychodząc z niej  – natychmiast zwarty i gotowy do działania.
Do tego chłopak jest nie do zdarcia. Wrócił po pierwszym w życiu treningu agility (ponad trzy godziny na placu, tudzież w klatce, i dwie godziny w samochodzie) i biegał dalej.

Rasta przełączając się w tryb pracy całą sobą mówi, że oto spełnia się jej największe marzenie i zrobi wszystko, żeby mnie zadowolić. Smok pracę traktuje jak chleb powszedni, jest prawdziwym poczciwym robolem 😉
Nie przekracza stu procent nakręcenia i pobudzenia (przez co nie przepalają mu się styki), ale też nie spada poniżej tej setki. Bawiąc się i ucząc go różnych rzeczy za każdym razem mam to samo wrażenie – że on to wszystko umie. Moim jedynym zadaniem jest więc dopasowanie komend do danego zachowania i ustalenie z nim tych par. Co mnie bardzo raduje, ma wbudowane zostawanie na starcie ;-)) sam mi je zaoferował i oferuje do tej pory. Jednak w tej kwestii jestem podejrzliwa i nie cieszę się zbyt mocno, żeby nie zapeszyć. Rastuch jest mistrzynią w robieniu głupich min i przybierania rozmaitych pozycji na linii startu – wygląda przy tym jak zwierzę, które dostało pałą po plecach. Ona nie może wytrzymać zostawiona przed pobiegnięciem toru, to jest silniejsze od niej 🙂

(fot. Kasia Jakubczyk)

To zapewne nie wszystko, co obserwuję u moich psów, ale nie chcę się jeszcze bardziej rozpisywać, bo i tak każdy kto dobrnął do tego zdania w notce jest bohaterem i zasługuje na oklaski 😉 Na koniec jeszcze jedna rzecz:
Rastka jako kilkumiesięczny szczeniak bardzo chciała być niezależna i dorosła. Często decydowała o sobie, miała własne zdanie na każdy temat. Czasami nieco mijałyśmy się w poglądach 😉 Długo nie spuszczałam jej ze smyczy, a kiedy już otrzymała upragnioną wolność, to umierałam ze strachu i stresu. Gdybym dzień po przywiezieniu Rasty beztrosko puściła ją na podwórku – poszłaby zwiedzać świat i tyle bym ją widziała. Smok już od pierwszego dnia ze mną jest wpatrzony we mnie i nie opuszcza mnie na krok. Rasta to taka moja dobra kumpelka, Smoczysko jest małym synkiem. Pod pewnymi względami nadal jest bobasem. Rasta w jego wieku ogarniała już masę przeróżnych sztuczek, które łapała w lot. Jego nie mam sumienia dręczyć gamą komend, bo widzę, że całym sercem jest jeszcze niemowlęciem. Jednak kiedy się już czegoś nauczy, jest w tym niezawodny 🙂

Podsumowując – kochane mam te zwierzaki. Pod wieloma względami są do siebie podobne, pod innymi różnią się diametralnie. Cieszę się, że mam je oba i mam nadzieję, że będzie nam się żyło tak dobrze jak teraz i coraz lepiej. Rasta przy tym małym dziecku jest prawdziwym profesorem, dobrą ciocią i przewidywalną przyjaciółką. Choć jeszcze niedawno łapałam się na tym, że chcę ją wnosić po schodach na rękach, jak to robiłam ze szczeniakiem ;-), to jednak na spacerach z nią, także tych ‚pracujących’, czuję się kompletnie inaczej niż podczas wyjścia na dwór ze Smokiem, który ma masę durnowatych pomysłów.

Dziękuję za wytrwałość. W nagrodę uraczę Cię, drogi czytelniku, szczerym (i nieco szczerbatym) Rastkowym uśmiechem, uchwyconym przez Kasię Jakubczyk:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.