Jak dobrze być studentem. Do października mam labę, a potem.. taką samą labę plus usystematyzowane przerwy odpoczynkowe pomiędzy treningami, czyli zajęcia na uczelni. Mam na myśli ćwiczenia i seminarium. Nie mogę narzekać na uczelniane życie.
Żeby jednak wyjaśnić, o co mi właściwie chodzi i dlaczego chwalę się paskudnym leserstwem :), należy cofnąć się kilka, a nawet kilkanaście już (o Boże, starość) lat wstecz.



W szkole podstawowej – jak większość moich koleżanek z klasy – miałam same piątki i szóstki. Jednak im mniej czasu zostało nam wówczas do zakończenia pierwszego etapu edukacji, tym bardziej nerwowi stawali się nauczyciele. Coraz surowiej nas oceniali i tym samym natarczywie przypominali o zbliżającym się końcu świata. Nadchodziła Apokalipsa, ostateczny Sąd i chwila prawdy. Drżyjcie, szóstaki, bo oto już za miesiąc to, czego najbardziej się obawiacie. O nieboraczki, nie wiecie, co Was czeka – takich koszmarów nie mieliście nawet w najokrutniejszych snach. Oto nadchodzi….. test po szkole podstawowej!!!!
Oooo tak. Nasze matematyczki i polonistki zachowywały się tak, jakby od wyniku tego testu miało zależeć całe nasze przyszłe życie. No i przede wszystkim – w gimnazjum miały skończyć się żarty! Tam będziemy tęsknie spoglądać w ubiegłe lata ukochanej podstawówki, marzyć o wyrozumiałości i swobodzie, jaka spływała do nas hektolitrami w poprzedniej szkole. Przed nami trzy lata coraz cięższej pracy nad rozwijaniem szarych komórek.
 Biedne szóstaki tydzień przed godziną zero nie mogliśmy już myśleć o niczym innym. Co tam koniec świata – niepowodzenie na teście jawiło nam się jako coś znacznie gorszego. Wreszcie nadszedł ten dzień; koledzy przyszli do szkoły zieleni na twarzach, dziewczyny prawie mdlały ze stresu. Udało nam się jednak stawić czoła i zwyciężyć rogatego potwora, wyciągającego do nas ostre pazury z cyfer, gryzącego datami historycznych bitew, wyjącego czytaniem ze zrozumieniem. Inna sprawa, że ów potwór okazał się ledwo wróbelkiem, ćwierkającym do nas czule i z sympatią.
Ufff.
Chcąc czy nie chcąc dobiliśmy do przystani, niepewnie zarzucając kotwicę w porcie o nazwie gimnazjum. Koniec beztroskiego dzieciństwa – oto dorosłość, trudne zadania, rosnące wymagania nauczycieli. Będzie bolało.
Oj, będzie bolało…
Oj, bę…. zaraz, zaraz. To już trzecia klasa? Nawet nie zauważyłam, kiedy to minęło. Gdzie ten płacz i zgrzytanie zębami, które miały towarzyszyć mi przed każdym sprawdzianem, gdzie to napięcie przed trudnymi do opanowania lekcjami???? Czy coś przegapiłam?
Także ten etap był niczym w porównaniu z widmem matury w oczach profesorów ze szkoły średniej.
Maturą gnębiono nas na różne wyrafinowane sposoby. Byliśmy jej więźniami. Etap życia po maturze przedstawiano nam jak upragniony, lecz odległy moment; niczym chwila, w której Syzyf cieszy się z wtoczenia głazu na wielką górę. Matura wyłaniała się zza każdego winkla, wystawiała głowę ze szkolnych umywalek, grała z nami na wuefie w palanta.
Nauczyciele też grali z nami w palanta. Nie uczyli nas życiowo przydatnej wiedzy, ale zdawania egzaminu. Bo co z tego, drogi maturzysto-biologu, że obudzony w środku nocy potrafisz pięknie opowiedzieć o mechanizmie fotosyntezy. Co z tego, historyku, że przebieg bitew nie ma dla Ciebie tajemnic. Nic ci, polonisto, po swobodzie i polocie; porzucaj nadzieje! Zamknij swoją wiedzę na klucz… i celuj w klucz. Szablonowy, zabijający umysł schemat odpowiedzi, wymyślony przez którąś z mądrych głów i nie znoszący sprzeciwu. To twoje jedyne zadanie.
Wisława Szymborska (niech spoczywa w pokoju, a Anieli w niebie śpiewają dla Niej hymny pochwalne) wypełniła kiedyś anonimowo arkusz odpowiedzi z części wypracowania na egzaminie maturalnym. Pisała wypracowanie na temat swojego wiersza.
Nie zdałaby.
Rezolutna poetka! Myślała, że wie lepiej niż pomysłodawca arkusza, o czym jest fragment wiersza! Nic z tego, poetko; dwója! Nie jesteś godna dostąpienia zaszczytu nazwania się uczniem z wykształceniem średnim.
Śmieję się, ale jest to niejako śmiech przez łzy.
Obecny system szkolnictwa zawiązuje młodym orłom skrzydła na supełek. Otwiera drzwi oświaty stadom kur. Szereg drobiu maszeruje ku wrotom uczelni wyższych. Pół biedy, jeśli zapukają do państwowych uniwersytetów – jest duża szansa, że odpadną nie ukończywszy nawet pierwszego roku. Jednak grzędy małych, nie-wiadomo-skąd-powstałych prywatnych szkół zapełniają się szybko… Tam sprytne lisy witają zastępy z otwartymi rudymi ramionami. W zamian za płaconą przez parę lat górę złotówek dają kurczakom w dzióbek papierek. I czasem niewiele więcej.
Każdy półgłówek przy odrobinie (!) dobrych chęci, ewentualnie przy odpowiednio hojnie dawkowanym stękaniu osób trzecich, najczęściej rodzicielskim, może mianować się magistrem. O tempora, o mores!
Tak nam, uczniom, wciąż wtłaczano, że będzie ciężko, trudno i męcząco. Pytam: po co? Czy nauczyciele odnajdują satysfakcję w straszeniu uczniów egzaminami? Czy – tak przecież nieodległe! – pokolenie naszych fizyków i historyków naprawdę przechodziło taką gehennę w zdobywaniu wykształcenia? A jeśli tak, to dlaczego my jej nie doświadczyliśmy, skoro uczyli nas właśnie oni…? Coś tu jest nie tak.
Moje liceum, kochana gdańska dziewiątka, naprawdę bardzo starała się spędzać uczniom sen z powiek. Dziwię się, że w celu zademonstrowania starań o jak najwyższy poziom nie zarządzono ustawienia drabiny na dachu szkoły. Niektórym nauczycielom pozostało na tyle dużo energii, żeby co lekcję uświadamiać nam, że  jego przedmiot jest przedmiotem absolutnie najważniejszym, bez którego nasze życie nie będzie miało sensu, bez którego wylądujemy pod mostem, a nasze mózgi, pozbawione pożywki, obumrą.
Na początku nauki w LO przeżyłam ciekawe doświadczenie. Wybrałam się do klasy biologiczno-chemiczno-(no właśnie)fizycznej. Przez dwa miesiące pierwszej klasy załapałam trochę łatwych piątek z biologii, zdobytych w pocie czoła trójek z chemii i cały rządek wesołych jedyneczek z fizyki (za nic w świecie nie umiem zrozumieć tego ostatniego przedmiotu i nauczyć się rozwiązywania zadań z dynamiki i innych magicznych dziedzin. Nadal łatwiej mi uwierzyć w to, że pomiędzy rozmówcami telefonicznymi biega krasnoludek, który przekazuje odbiorcy nadany komunikat niż w zawikłane teorie na temat impulsów i niewidzialnych fal). Jedyneczki uśmiechały się do mnie i machały serdecznie daszkami, a ja na ich widok dostawałam palpitacji. Długie godziny spędzałam nad zbiorem zadań – tych chemicznych, bo na fizyczne nie miałam siły nawet patrzeć.
Wraz ze sto trzydziestą dziewiątą pałką z mechaniki powędrowałam do klasy politologiczno-historycznej i w niej szczęśliwie dotrwałam do matury. Tam czułam się zdecydowanie lepiej – to znaczy wreszcie nie czułam się osłem. Co prawda historii nigdy nie lubiłam, a mój mózg skutecznie opierał się wkuwaniu mniej lub bardziej ważnych dat koronacji, detronizacji, insurekcji, wojen i uchwał. Podobnie zresztą jak chemicznych wzorów, nazw cieśnin i krain geograficznych i innych rzeczy, które w przedbiegach klasyfikował jako ‚niepotrzebne do szczęścia’ i wyrzucał poza orbitę. Albo poza płaty.
Nie to żebym była jakimś wyjątkowym pacanem. Ufam, że tak nie jest (fhewuofhuwgufiiufehd?). Od zawsze mam jednak świetnie wykształcony system trzech zet – szybko zakuwam, bezzwłocznie zaliczam i od razu zapominam. Bo materiał, który serwują nam w szkole, choćby nawet podany na najładniejszym talerzu – to jednak puste kalorie.
Rozumiem, że w podstawówce warto uczyć się czegokolwiek; nazwy stolic krajów świata i właściwości pierwiastków chemicznych dobrze zasilają rozwijający się umysł. Jednak na dalszych szczeblach edukacji… hmm.  Ale co z tego. Mój kolega, gdy na lekcji chemii w liceum subtelnie poddał w wątpliwość sens rozmyślania o aldehydach, zwracając uwagę na fakt, iż jako uczniowie klasy historycznej zwiążemy swoją przyszłość raczej z przedmiotami humanistycznymi, skierował na siebie wrzaski rozjuszonej nauczycielki i minutę potem wyleciał z sali.
Ale w końcu przyszły upragnione studia. Etap oczekiwany z nadzieją, ale i ze strachem – a jakże! Przecież według licealnych wykładowców na studiach będziemy zarywać noce, tygodniami ślęczeć nad książkami.. Nie będziemy potrafili powiedzieć, jaki jest dzień tygodnia, bo całym naszym życiem będzie podręcznik; nasza skóra od niedoboru promieni słonecznych przybierze ziemistej barwy…
Boże, kocham swoje studia. Zarwane noce zdarzają się tylko dobę przed egzaminami i tylko wtedy, kiedy przedtem nie raczę zainteresować się materiałem do opanowania. Na codzień mam jednak intelektualną wyżerkę. Językową ucztę. Na śniadanie polski z semantycznym musli, na obiad pierogi gramatyczne, na podwieczorek poetycka drożdżówka. Polski, polski, polski. Żadnej matmy, nic z fizyki! Wreszcie czuję, że nie grają ze mną w palanta.
Nigdy nie lubiłam gier zespołowych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.