fot. Triathlon Lwa / fotomtb.pl

 

Pani w sklepie trochę dziwnie na mnie patrzyła, kiedy kilka dni temu porwałam do przymierzalni tę różową koszulkę – dziecięcą dla wzrostu 152 cm – ale oj tam, oj tam, ważne że ma przesłanie. Bardzo na czasie!

Łuuuuuu, ile ja czasu na to czekałam!
Przykro mi, że muszę to stwierdzić w tak bezkompromisowy sposób, ale wydaje mi się, że udane treningi z zeszłej zimy mogłabym policzyć na palcach. Jeśli nawet trochę dramatyzuję i nie starczyłoby mi na to palców u rąk, to jeśli uwzględnimy te u stóp, sądzę że dalibyśmy radę. I to nawet nie to, żeby jakieś spektakularne kontuzje, bo tych – tfu tfu – już od długiego czasu nie miewam. I nie to, żeby choroby, bo oprócz półpaśca (wtf!) w styczniu i zapalenia zatok w kwietniu trzymam się dobrze. Po prostu najzwyczajniej w świecie było jakoś słabo – fizycznie i mentalnie.

Moneta jednak powoli zaczęła się odwracać, po czym zrobiła wielkie sru i dokończyła dzieła dość niespodziewanie. Wystarczyło mi parę razy wystartować w zawodach, żeby zobaczyć, że naprawdę nie jest aż tak źle jak się spodziewałam. Potem jakoś wszystko stało się łatwiejsze. Tak jak wszystko koncertowo się pitoliło zimą, tak teraz zaczęło się układać. Poszłam wreszcie na wizytę do fizjo, który (nie pierwszy raz) w ciągu godziny rozwiązał mi problemy, które zbierały się miesiącami. Takim łokciom mocy powinno się stawiać pomniki za życia 😉 Oddałam ponadto duże zlecenie, na którym chyba zagięłam czasoprzestrzeń, bo ponad 50.000 znaków w pięć dni staje się trochę hardkorem, jeśli pisze się o czymś zupełnie dla siebie nowym, a w międzyczasie jedzie się na zawody, co praktycznie wyjmuje jeden dzień z roboty. Tak czy inaczej, zadanie było fascynujące i uświadomiło mi po raz kolejny, że uwielbiam swoją robotę i trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej twórczego, rozwijającego, ciekawego, a jednocześnie zostawiającego ogromne pole do samodzielnego manewru niż copywriting. O ile oczywiście nie pisze się precli pod SEO, ale akurat tego unikam jak ognia. Zmierzam jednak do tego, że po tym krótkim, lecz intensywnym maratonie przy komputerze mogłam wreszcie odetchnąć, co uczyniłam z wielką pompą. Na przykład przedwczoraj pomiędzy treningami udało mi się porządnie porolować, poleżeć na macie fakira, wykąpać w soli bocheńskiej i zdrzemnąć. Aż się dziwię, że nie powiedzieli o tym w Faktach o 19:00 – to było prawdziwe wydarzenie. Potem na treningu biegowym, gdy zaczynało się robić ciężkawo, przypominałam sobie, jak się profesjonalnie wybyczyłam w ciągu dnia, co kompletnie odejmowało mi wszelkie możliwe wymówki.

W treningu weszłam zdecydowanie na prostą wznoszącą się. Ostatni raz, kiedy coś mi nie wyszło, był w poprzedni wtorek, kiedy wyszłam biegać kilometrówki i skończyłam na jednej, bo co prawda zrobiłam ją najszybciej w tym roku, ale czułam się tak, jakbym miała grypę albo zapalenie krtani – jakaś dziwnie obolała i nieobecna. Wojtek się ze mnie śmiał przez resztę dnia, bo na pytanie „jak się czujesz?” zadane po pierwszym odcinku odpowiedziałam tak, że naprawdę nie dało się znaleźć na to żadnego argumentu. „Czuję się dziwnie, jakby mnie tu w ogóle nie było” 😀 No sami przyznajcie, czy da się zmotywować do treningu kogoś, kogo na tym treningu nie ma?!?!

Tyle jest marnych zjawisk, zauważalnych ledwo co
O których nic mądrego nie powiesz mi poza tym, że na pewno są
Tyle jest spraw, których istnienia nie podważysz niczym
I tylko nie wiem skąd ta pewność, że to też ciebie dotyczy

Nawet w basenie zaczęło mi być znowu superfajnie, a już zdążyłam porzucić na to wszelką nadzieję. I nawet nie codziennie po tych porannych 5-5.5 kilometrach w basenie mam bombę przez pół dnia, a to już naprawdę coś. Rower to już w ogóle inna historia, bo przy całej mojej miłości do moich dwukołowych rumaków, nie pamiętam ani jednego tegorocznego treningu na trenażerze, na którym udawało mi się przekręcić założone waty na odcinkach typu 20 minut. Minutówki, pięciominutówki – w porządku. Długie lekkie kręcenie – super, poza kilkoma spektakularnymi bombami, kiedy na zwykłym 1,5-godzinnym rozjeździe przed telewizorem po 45 minutach zaczynałam płakać z niemocy i tak w tych smarkach dojeżdżałam do końca (nie pytajcie o sens, nie odnajdzie go nikt). To najprawdziwszy absurd, bo choć w szosówce nie mam teraz pomiaru mocy, to widzę, jak jadę, gdy trenuję z grupą, którą trzeba utrzymać. Ogień, wodór, tętno milion, ręce się trzęsą, płuca szczypią, a mnie się nadal ta zabawa podoba. Na trenażerze w tym roku było lamerstwo. Prawdziwym rekordem życiowym lamerstwa była konieczność przerwania zakładki, która miała obejmować 2.5 godziny roweru z 20-minutowymi odcinkami mocniej (ale nawet nie blisko progu!) i krótki bieg. Przejechałam rozgrzewkę, na pierwszym odcinku 20-minutowym zdążyłam zbombić cztery razy, po czym zdjęłam rower z trenażera i postanowiłam resztę dnia spędzić możliwie jak najbardziej w pozycji horyzontalnej. Wmawiałam sobie oczywiście, że nie należy się przejmować takimi chwilami słabości, ale wiadomo jak to jest, zwłaszcza jeśli na co dzień się takich rzeczy nie robi. To było jakoś w lutym, ale nawet dwa tygodnie temu, parę dni przed startem w Ślesinie, rower zabił mi ćwieka. Miałam kręcić 30 minut na określonych watach, po czym wyjść na krótką zakładkę. Po 15 minutach odcinka lała się ze mnie struga potu jak nigdy wcześniej i nigdy później, a ja byłam w strefie totalnego zombie, mimo że ledwo łapałam się w dolną granicę założonej mocy. Na szczęście albo na nieszczęście Wojtek miał okazję obserwować te moje zmagania z materią i kazał mi skrócić odcinek do 20 minut. Właściwie to kazał do 15, ale byłam akurat w module „do it or die trying”, więc zdążyłam się z nim pokłócić, a kłócenie się podczas przebywania w strefie zombie jest epicko śmieszne i tragiczne jednocześnie, więc po prostu przejdę do sedna i powiem, że dokręciłam do 20. Z zaciśniętymi ze złości i rozpaczy zębami wyszłam, żeby przebiec co trzeba i resztki samopoczucia uratowało mi chyba tylko to, że była 6:30 i biegałam w cudownej pogodzie przy pięknym wschodzącym słońcu, co pozwoliło mi dojść do wniosku, że mimo wszystko to co robię jest wspaniałe i śliczne i pełne dobrych stron. Ech to serce poety 😉

Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się wczoraj, że mogę spokojnie pokręcić 2×20 minut na takich samych watach, a tętno twierdzi, że nie wchodzę nawet w okolice progu. Nastawiałam się na ten trening jak na próbę ognia, ustawiłam sobie wiatrak pół metra przed twarzą, wylałam sobie litr wody na głowę, a w uszy puściłam najbardziej motywującą playlistę, jaką posiadam, a jak się okazało, nie było wcale tak źle. A co jeszcze gorsze, nogi po zejściu z roweru czasowego wcale nie twierdziły, że już są żelbet(on!)owe, umęczone i nie mogą biec. To kolejna część autoterapii pod tytułem „nie bądź lamą na zawodach”. Coś dziwnego mi się ustawiło we łbie, że nie kręcę w triathlonie tak jakbym mogła, bo cały czas mam w świadomości konieczność pobiegnięcia i wszystkie związane z tym trudy i znoje. Mam nadzieję, że to kwestia przetarcia się, jeszcze kilku dobrych treningów i paru startów w dobrym samopoczuciu. No i za 5 kg w dół na pewno życie będzie łatwiejsze.

Swoją drogą trenażer to naprawdę dobre narzędzie. Po ostatniej jeździe w plenerze przekonałam się, że treningi z konkretnym zadaniem fajnie jest zrobić w tak kontrolowanych warunkach, gdzie zupełnie nic ze świata zewnętrznego nie musi mnie obchodzić. W miniony wtorek kierowcy mieli jakiś wyjątkowo zły dzień – chyba paliwo w Wejherowie gwałtownie podrożało, bo zamienili się w bandę frustratów. Bardzo rzadko miewam poważniejsze obiekcje co do kultury jazdy kierowców, bo po pierwsze z roku na rok sytuacja się poprawia, po drugie staram się jeździć poza godzinami szczytu, a w końcu po trzecie – jadę bardzo kulturalnie, nie pakuję się na środek pasa, w przypadku korków staram się zjechać i przepuścić samochody, które nie mogą się zmieścić i tak dalej. We wtorek było naprawdę źle. Już pierwsza sytuacja starczyłaby mi na cały rok: facet w Oplu (GWE) na pustej, szerokiej drodze postanowił wyprzedzić mnie „na gazetę” i jeszcze uruchomić spryskiwacze do szyb. Na rowerze jestem bezkonfliktowa, łagodna i spokojna jak tafla jeziora, ale to mnie naprawdę… zdenerwowało. Kilka kilometrów dalej ciężarówka wioząca drewno wyprzedziła mnie tak, że zarówno ja, jak i auto z naprzeciwka musieliśmy wyhamować prawie do zera. Następnie pan w SUVie, który mijał mnie bardzo bezpiecznie dla mnie, ale z prędkością grubo ponad stówę i na czołówkę. Minęli się chyba na centymetry. I na sam koniec, już prawie pod domem, pani w małym samochodziku jadąca z naprzeciwka czekała do skrętu w lewo, i tak czekała, aż zbliżę się wystarczająco, aby mogła jednak podjąć decyzję o wykonaniu manewru przede mną (jadącą ponad 40 km/h). Emondzia drift. Uff, mam nadzieję że starczy tego na kolejny rok.

Go with the flow. Jestem na dobrej drodze ku temu. Bardzo mnie to cieszy, bo chyba wreszcie czuję się prawie tak dobrze jak wiosną zeszłego roku. Wtedy to było trochę za wcześnie jak na plany na sezon, a teraz już mamy połowę czerwca, więc zapowiada to same dobroci. Co prawda forma jest jeszcze dalekooooooo (wagowo to tak prawie w połowie drogi, wciąż tragicznie), ale wreszcie czuję, że mogę spokojnie sobie w jej stronę płynąć, jechać i biec. Taki stan jest nawet trochę podstępny, bo jak wszystko wychodzi i idzie jak z płatka, to zaczynają pojawiać się pokusy: tu trochę docisnę (w treningu), tu trochę odpuszczę (w regeneracji) i dalej będzie dobrze. Tego typu błąd popełniłam dwa lata temu, kiedy było naprawdę dobrze, a ja tego nie doceniłam, docisnęłam za mocno i było pozamiatane. Rok temu było zresztą podobnie, choć w trochę innym aspekcie. Po prostu tak szło, że przyzwyczaiłam się do dobrego i pewnego pięknego dnia na treningu włączyła mi się ikonka „check engine”, która niestety była początkiem tąpnięcia. To jest właśnie to zagrożenie „stanu idealnego” – wiadomo, że w końcu przyjdzie gorszy dzień, bo nawet człowiek-maszyna to wciąż człowiek, a wtedy superekstraważne jest to, w jaki sposób na to zareaguję i czy nie będzie już na reakcję za późno. Tak więc na tę chwilę obiecuję sobie, w miarę osobniczych możliwości (hehe), być rozsądna i rozważna. Hmm, dobrze że wpis na WordPressie w każdej chwili można edytować 🙂

2 Comments »

  1. Fajny wpis, ale jeśli można edytować to pozwolę sobie na propozycję korekty: Nie żelbeton a żelbet – takie skrzywienie językowe budowlańca 😉

    • Dzięki za komentarz! Napisałam to niejako specjalnie, żeby podkreślić, że nogi po rowerze to ni żel, ni beton, ale coś pomiędzy :-))) Poprawiłam, żeby było bardziej czytelnie. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz