Czasem się boję napisać tak wprost, że wszystko idzie NAPRAWDĘ DOBRZE. Ale co mam innego napisać, skoro tak jest?

Z tego co pamiętam i co wnioskuję na podstawie zeszłorocznych wpisów (na przykład tego i tego), to w ubiegłym roku mniej więcej w tym samym okresie zaczęła się moja dobra treningowa passa. Wtedy jednak potrwała mniej więcej do połowy kwietnia. Dlaczego? Najprawdopodobniej dlatego, że za mocno się podpaliłam. Wszystko szło TAK SUPER DOBRZE, że po pewnym czasie zamiast po prostu się tym cieszyć i spokojnie pracować, przycisnęłam jeszcze mocniej. W efekcie tak naprawdę przez cały sezon startów – najlepszy z dotychczasowych zresztą, który oceniam jako bardzo przyzwoity – borykałam się z mniejszymi i większymi bombami, które pojawiały się znienacka i przychodziły razem z dziwnymi parametrami w morfologii. Na przykład z kinazą kreatynową na poziomie 600.

Dzięki temu wiem, czego unikać w tym roku i staram się hamować. Co to oznacza w praktyce: przede wszystkim nie przyspieszam treningów biegowych. To bywa dla mnie bardzo trudne, bo jeśli idzie, to każdy trening potrafię zamienić w survival, walkę o przeżycie i sesję do odmowy. W tym roku jednak śnieżna paćka bardzo ułatwia to, aby się nadmiernie nie spalać. Po prostu nie da się za szybko biegać – w każdym razie ja nie umiem. Przebieżki po 40-60 sekund wychodzą mi w tempie, w którym w sezonie biegam wyścigi. Nie dość że się zakopuję w śniegu, gardło mi się pali od mrozu, to jeszcze przy co którymś kroku mam intensywne ćwiczenia core stability, bo trudno precyzyjnie określić, gdzie pod śniegiem znajdzie się lód.



Moje podejście do treningów naprawdę ewoluuje z roku na rok – na szczęście we właściwym kierunku. Dzięki nowym doświadczeniom – pozytywnym i negatywnym – ciągle uczę się czegoś o sobie i swoim organizmie. Na przykład ostatnio, gdy załapałam półpaśca i przez parę dni byłam wykluczona z trenowania, chyba po raz pierwszy w życiu nie rozkminiałam nad tym, ile stracę przez tę chorobę i jak długo będę musiała budować to z powrotem. Stwierdziłam że po pierwsze półpasiec to taka choroba, że jeśli się pojawia, jest chyba najwyraźniejszym z możliwych sygnałów od ciała, że życzy sobie chwili odpoczynku (ergo: że dociskanie i tak nie miałoby sensu). Po drugie: pomyślałam sobie, że nawet jeśli będzie mi się po powrocie trenować beznadziejnie, no to przecież nie będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy mi będzie tak źle. Ale co z tego? Chcę to robić, a jednocześnie nie mam wpływu na to że pierwszy trening po chorobie będzie ślamazarnym toczeniem się do przodu. Nie ma więc się nad czym rozwodzić, trzeba po prostu zdrowieć, przetrwać i robić dalej swoje.
Co ciekawe, rzeczywiście pierwsze bieganie po chorobie było słabe i okropne, ale kolejne już zupełnie OK. Za to kiedy wskoczyłam do basenu po pięciu dniach bez pływania, czułam się jak ryba i supernudne zadanie wydawało mi się arcyatrakcyjnym. O rowerze nie wspominam, bo jak już wielokrotnie pisałam, z rowerem dzieje się magia i wydaje się, że jeśli raz coś sobie wytrenuję, to już tego nie tracę. Nie wiem jak to działa i chyba fizjologicznie jest to mało możliwe, no ale co ja zrobię, przecież narzekać na to nie będę 😉

Pływacko to był w ogóle fantastycznie udany tydzień. Zrobiłam kawałek dobrej, satysfakcjonującej roboty i nawet parę ciekawych zadań, takich jak 40×100 ze startem w 1:45. Najtrudniej było mi przeżyć czwartek, gdy zadanie główne zabiło mnie już w połowie. Jakimś bożym cudem udało mi się jednak dociągnąć je do końca, pływając coraz szybciej. 10 serii po 50m „bardzo mocno” ze startem w minutę i 200m ze startem w 3:20 staje się epickie, gdy uświadomisz sobie, że to 200m raczej nie może być popłynięte tak zupełnie na luzaczku, jeśli chcesz odpocząć przy ścianie choć z 15 sekund 🙂
W tym tygodniu przepłynęłam 31 kilometrów (poniedziałek-piątek), w zeszłym 17 (środa-piątek). Mam nadzieję że Trener mnie nie udusi (ręcznie lub zadaniem) jak się dowie, że „trochę” sobie wydłużałam rozpisane treningi. Ale biorę to na klatę, bo gdy się pływa tak miło i w tak dobrych warunkach (co najmniej pół toru do mojej dyspozycji), to niewybaczalnym grzechem byłoby niewykorzystanie tego.
Po czwartkowym łomocie dostałam na piątek bardzo, ale to bardzo spokojne zadanie, ale dłużyło mi się niemiłosiernie. Tak sobie zajechałam łapy w środę (zad. główne 12, 10, 8 setek w łapach, pływane od luźnych do supermocnych) i dojechałam w czwartek, że w piątek czułam plecak z kamieniami na plecach. Na szczęście już po czwartkowym treningu wiedziałam że będzie krytycznie źle, więc jadąc samochodem do Gdańska wydzwaniałam do masażystów, aby umówić się ASAP. Udało mi się i w piątek po pływaniu i bieganiu wreszcie wylądowałam na stole do masażu. Niestety nie mam już tego luksusu, żeby móc poddawać się temu brutalnemu, lecz skutecznemu sposobowi na regenerację co tydzień. Po prawie dwóch miesiącach przerwy zadziałało to na moje mięśnie mniej więcej tak, jakby wyjąć z lodówki masło i położyć je na rozgrzanej patelni. Miodzio.

Ale! Nie na długo, bo w sobotę już dowaliłam hardkorem. To dość ciekawe, że jedyny trening w całym tygodniu, który traktuję jako kompletnie fakultatywny, pójdę-albo-nie-pójdę-zobaczymy, jest tym, po którym ledwo łażę. Mój stosunek do crossfitu wciąż jest bardzo ostrożny. Na szczęście trafiłam na zajęcia dla kompletnie początkujących, prowadzone przez sensownego instruktora zwracającego uwagę na technikę ćwiczeń. Godzinne zajęcia to głównie warsztaty omawiające poszczególne ćwiczenia i uważne trenowanie ich – dopiero na koniec mamy do wykonania 12-15-minutowy workout. Za każdym razem powtarzam sobie: pamiętaj Joanno, że nie może cię tu porwać melanż. Rób to tak, jakby ci się nie chciało. Stosowanie się do tej autowskazówki wychodzi mi tak średnio, bo na przykład wtedy, gdy robiłam 70 wskoków na box (myślałam że jestem w stanie zrobić <7), to rozorałam sobie tym boxem kolano. Sprytnie trafiłam centralnie w bliznę-pamiątkę po Suszu, więc właściwie trysnęło mi ono krwią, ale jedyne, czym się zmartwiłam to to, że może zauważyć to instruktor i jeszcze mi każe na tym skończyć te wskoki, a co to to nie.

Tydzień temu po skakanych wykrokach miałam EPICKIE zakwasy. Następnego dnia ledwo wytoczyłam się do lasu na wybieganie 16 km. Zawsze robię te niedzielne biegi po asfalcie, ale wiedziałam że nie przeżyję rytmicznego łupania o twarde podłoże. No i na chodnikach trzeba się czasem zatrzymać na światłach, a gdybym się zatrzymała podczas tego biegu, to już bym raczej nie ruszyła. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzisiaj, bez zakwasów, 22 km przeleciałam praktycznie nie zauważając tego dystansu. Dziś dla odmiany mam straszne zakwasy w ramionach, klatce i brzuchu po pompkach i plankach. Podejrzewam że świetnie mi się będzie jutro pływać 😉

No więc się kręci. Training Peaks w łącznej liczbie godzin treningowych pokazuje mi dwójkę z przodu, a przez ostatnie siedem dni nie skalałam się ani minutą treningu ogólnorozwojowego (nie licząc crossfitu), więc jest to wyłącznie bieganie, pływanie i kręcenie na rowerze. Tydzień poukładał mi się właściwie idealnie i mam nadzieję, że to dopiero początek dobrej zabawy. Ze względu na plany dotyczące startu w połówce zaczęłam robić więcej długich treningów i skłamałabym, mówiąc że mi to nie odpowiada. Wybitnie mi to odpowiada. Kompletną nowością jest dla mnie robienie zakładki typu godzina na rowerze i półtorej godziny biegu albo dwie godziny na rowerze i pół godziny biegu. Sprawia mi to ogromną przyjemność i nawet jakoś podejrzanie dobrze biega mi się po rowerze. Podejrzewam że po zejściu z roweru czasowego będzie jeszcze lepiej, ale tego nie sprawdzę, póki nie mam czasówki.

Na koniec jeszcze pochwalę się, że w tym tygodniu się przeprowadzamy. Na razie zupełnie tego nie odczuwam. Może dlatego, że przenosimy się tylko o parę kilometrów, a może dlatego, że będziemy mieli ponad tydzień na spokojne przewiezienie gratów na nowe miejsce. Mam chytry plan, żeby rozplanować sobie pakowanie i przewożenie rzeczy tak, aby nie odczuć tego jako masakrującego treningu siłowego, ale na razie nic w tym kierunku nie uczyniłam, więc różnie może być. To be continued 😉

 

Dodaj komentarz