Z pewnością każdy triathlonista wie, że 2018 rok przyniósł daleko idące zmiany w systemie rejestracji na większość dużych imprez w Polsce. Od tego roku każdy startujący, także amator, musi posiadać licencję zawodniczą. A najważniejszym etapem finalizowania tejże licencji jest pomyślne przejście badań lekarskich.

Jak udowodniły dyskusje na grupach triathlonowych, długo można rozwodzić się nad tym, czy wprowadzenie licencji dla age grouperów jest dobrym czy złym pomysłem, czy są one za drogie czy może w odpowiedniej cenie oraz co z tymi pieniędzmi realnie zrobi związek. Można mieć na ten temat skrajne opinie, ale nie oszukujmy się, statystyczny polski triathlonista-amator nie odczuje w swoim portfelu braku tej stówki, którą zapłaci na konto PZTri. Największym kosztem związanym z wyrobieniem licencji są badania lekarskie, które… tak czy owak wypadałoby sobie zrobić. Wbrew pozorom dobrze przeprowadzona profilaktyka potrafi w porę wychwycić mniejsze i większe problemy zdrowotne.



Do tej pory tylko my, zawodnicy tak zwanej elity, zasuwaliśmy na regularne „przeglądy techniczne”. Teraz wszyscy jesteśmy pacjentami lekarzy medycyny sportowej, a większość z nas – bo amatorzy to zdecydowana większość – może nie wiedzieć, czego się spodziewać na takich badaniach i jak się do nich przygotować. Spieszę więc z wyjaśnieniami i szczegółową instrukcją.

W tym roku przeprowadzałam badania w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej w GdyniJest też ich filia w Warszawie (a czego tam nie ma). Łączny koszt procedury otrzymania zaświadczenia od lekarza wyniósł mnie 160 złotych i zajął może 45 minut netto – tyle że rozłożone na dwa dni.

Zanim przyjdziemy na badania, musimy zarejestrować się telefonicznie. Pani w rejestracji wyznaczyła mi całkiem nieodległe terminy wizyt i powiadomiła mnie, jakie badania zostaną przeprowadzone.

Rano w dniu badań należy pobrać próbkę moczu i przyjść z nią do gabinetu zabiegowego, wcześniej zahaczając o recepcję. Tam trzeba wypełnić ankietę – całkiem długą i skomplikowaną ankietę informacyjną dla lekarza. Zarezerwujmy sobie na jej wypełnienie więcej niż 5 minut, bo będzie wymagała od nas między innymi przypomnienia sobie, czy w ostatnich miesiącach mieliśmy jakieś kontuzje i choroby.

W gabinecie zabiegowym powitała mnie przesympatyczna pani, która do złudzenia przypominała mi siostrę Martę z „Na dobre i na złe” 😉 Odebrała ode mnie próbkę moczu, zważyła mnie i zmierzyła i zaczęła się część właściwa badań, czyli:

  • badanie krwi – wykonywana jest morfologia i oznaczane OB. Tego typu badania oczywiście najlepiej jest wykonywać rano, na czczo. Według zaleceń COMS powinno się pozostawać bez jedzenia co najmniej trzy godziny. Ja jako „wzorowy pacjent” pojechałam niecałe dwie godziny po obiedzie, no bo co, doba nie jest z gumy 😉 Na szczęście wszystko wyszło OK. Ciekawostka: morfologię robię sobie średnio co dwa miesiące, więc jestem na bieżąco i widzę, że ta na czczo praktycznie nie różni się od takiej poobiedniej.
  • pomiar ciśnienia spoczynkowego – po dwóch treningach tego dnia miałam nawet całkiem życiowe ciśnienie, co jest w gruncie rzeczy niespodzianką, bo zwykle mam trupie;
  • ekg spoczynkowe;
  • próba wysiłkowa na rowerze stacjonarnym z pomiarem ciśnienia – około 10 minut kręcenia na niezobowiązującym obciążeniu, zwiększanym stopniowo co parę minut. Co jakiś czas nadmuchuje nam się ciśnieniomierz, który mamy założony na ramieniu, a pani pielęgniarka podchodzi i spisuje z niego wartości.

Potem możemy iść do domu i czekamy na wizytę u lekarza sportowego – co najmniej kolejnego dnia.

Ja miałam wizytę kilka dni po badaniach i – jako że doba nie jest z gumy 😉 – pojechałam na nią prosto z treningu biegowego, a konkretnie z sesji progowej z przebieżkami. Zdecydowanie i tym razem nie zasługiwałam na naklejkę wzorowego pacjenta. Polecam „branie prysznica” w umywalce w przychodni 😉 Lekarz osłuchał mnie, omówił ze mną wyniki badań, wypytał o to i owo i wystawił zaświadczenie o zdolności do uprawiania sportu.

Na sam koniec przypomniałam sobie o ankiecie badania przedlekarskiego, której wymaga Polski Związek Triathlonu. Ankieta jest trochę kontrowersyjna i bardzo koślawo przetłumaczona, no ale jak trzeba to trzeba. Pan doktor obejrzał, wypełnił parę pól, podpisał i na tym cały proces się zakończył.

I mam spokój na pół roku, bo po takim czasie badania należy powtórzyć.

Na koniec jeszcze tylko formalności z Polskim Związkiem Triathlonu. Amatorzy mogą szybko i sprawnie wyrobić licencję przez aplikację mobilną. Za stówkę dostaniecie licencję roczną wraz z ubezpieczeniem OC/NNW. W aplikacji wgrywacie zdjęcie badań lekarskich i swojej twarzyczki, klikacie tu i tam i załatwione. Zawodnicy PRO płacą tylko dyszkę, ale ubezpieczenie muszą zapewnić sobie we własnym zakresie. Większość z nas ma zapewne ubezpieczenie klubowe, pozostali (hasztag foreveralone) kupują je sobie sami. Ja kupiłam w TU Europa za niecałe 50 złotych. Czy polecam – nie wiem i mam nadzieję że się nie dowiem.

Potem należy tylko zajrzeć do skrzynki pocztowej i sprawdzić czy PZTri przysłał nam już plasticzek. Można już startować i starać się o tytuł mistrza kraju 😉

1 Comment »

Dodaj komentarz