Dwa tygodnie temu miałam tak zwany „luźniejszy tydzień”. W wodzie głównie dlatego, że jeszcze do środy nastawiałam się na to, że pojadę na Mistrzostwa Polski w pływaniu Masters do Gliwic. Nie wyszło. W pozostałych dyscyplinach też było mniej i spokojniej, gdyż mnie nieco zmasakrowało.
Oj, jak bardzo potrzebowałam tej chwili oddechu. Miałam jakiś koszmarny kryzys wszystkiego i ledwo przezipiałam przez te kilka dni. Wychodziłam na trening głównie dlatego, że wiedziałam że i tak nie pozwolę sobie nie wyjść, a jeśli będę to odraczać, to poczuję się tylko gorzej. Robiłam swoje, wracałam i było minimalnie lepiej, ale bez szału. Oj bez szału.

Szczęśliwie chyba najgorsza faza jesiennego przesilenia już za mną. Zaczęłam znowu suplementować witaminę D w wielkich dawkach, weszłam w dobry ciąg treningowy i udało się tę ścianę rozmontować.
Odpoczęłam zatem. Zatęskniłam za mocnym bodźcem.

W poniedziałek i wtorek było jeszcze łagodnie, za to w środę zaczęło być ciekawie. O 5:30 pierwsze wejście na płytę basenu, półtorej godziny pływania, dobitka na gumach oporowych i o 7:40 z powrotem do szatni. O 10 wskok na rower przed telewizorem i godzina kręcenia. Luźnego, ale z wysoką kadencją. O 16:45 znowu do wody i drugie 4200m od ściany do ściany, tym razem nieco żwawiej. Ekhm, nieco. Kiedy usłyszałam plan na zadanie główne, szybko policzyłam ilu nas jest na torze i stwierdziłam: okej, to jest do zrobienia, o ile będziemy lecieć gęsiego. Ale życie jest pełne niespodzianek, a pływanie z dzieciakami to już w ogóle. Więc dwie serie rzeczywiście odbyły się w taki sposób, ale na trzeciej nagle okazało się, że płynę pierwsza. Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu tempo w ogóle nie spadło. Myślę sobie: fiu-fiu, jest dobrze! Aż tu nagle przyszła czwarta seria, a wraz z nią bomba tygodnia, miesiąca, a może nawet tysiąclecia. Do tego stopnia, że aż straciłam rachubę, w którym miejscu zadania w ogóle jesteśmy. Setkę „na maksa” popłynęłam w czasie takim, jak poprzednie żwawe, ale luźne setki ze startem w 1:30. Machając łapami pewnie o jakieś 300% więcej niż było to wskazane.



Mój stan po tym dniu dobrze oddaje poniższe zdjęcie, które wcale nie było pozowane. Po prostu pomiędzy zejściem z kanapy a założeniem butów, aby wyjść z psami na dwór, nastąpił jeszcze czterokrotny atak wątpliwości wraz z zasypianiem. Jeden pod stołem.

Czwartek, czwarteczek, czwartunio to dla mnie zawsze wyzwanie logistyczne. Do południa mam krótki bieg i wyjątkowo lekkie pływanie – typowo techniczny trening. Haczyk polega na tym, że z nieznanych mi przyczyn zawsze, ale to zawsze bombię po tych ćwiczeniach tak strasznie, że jeśli nie położę się spać na pół godziny, to nie wiem gdzie jestem. Co gorsza gdy się obudzę, to nie dość że też nie wiem gdzie jestem, to jeszcze jedyne co wiem, to że bardzo pragnę spać dalej. Więc gdy już nadchodzi ta godzina szesnasta z kawałkiem i nie udaje mi się znaleźć sensownego argumentu przeciwko wyjściu na drugi trening – ten o zombiaczym samopoczuciu jest zwodniczy – to zbieram się i idę na siłkę. Za późno iść też nie mogę, bo następnego dnia trzeba się zerwać o 4:30. Tam najpierw biegam – 50 minut treningu lekko pod górę z narastającą intensywnością. Zazwyczaj na dwóch pierwszych stopniach mam po siedem kryzysów, bo jest jednocześnie nudno i ciężko, a nade wszystko koszmarnie gorąco. Modlę się, żeby pani z recepcji przyszła uchylić choć jedno okno. To co mnie trzyma na tej siłce to jej lokalizacja – kilkaset metrów od mojego domu – i przyjazna atmosfera. Tylko raz poszłam do dużego klubu fitness w centrum handlowym w nadziei że będzie klimatyzacja, wentylator na bieżni i więcej miejsca, ale oprócz tego był także tłum bananowych ludzi i – moje ulubione – instruktor, który podbił do mnie w drugiej minucie ćwiczeń, żeby mi powiedzieć, że palce bardziej do góry i większy kąt ruchu w powtórzeniu.
Gdy już wchodzę na przedostatni poziom, włącza mi się tryb rambo, rozkręcam Fokusa w słuchawkach i wszystko robi się łatwiejsze. Zaczyna trochę boleć, więc mózg produkuje już pyszne opioidy i jak już zejdę z bieżni, to trolluje mnie że była super zabawa i koniecznie trzeba to niedługo powtórzyć.
Po bieganiu bawię się w pakera i cisnę na siłowni. Zaczęłam niewinnie z maszynami, ale wreszcie rzuciłam je w kąt i robię to, co upodla mnie najbardziej, czyli przysiady na tysiąc sposobów. Po pierwszym tego typu treningu, czyli w ubiegły czwartek, zajechałam się tak straszliwie że wychodziłam do domu z telepiącymi się mięśniami, a zakwasy miałam do niedzieli włącznie. W sobotę miałam jeszcze kinazę 320 we krwi, więc nie chcę wiedzieć, jaką miałam w piątek rano.

A propos piątku rano, to wtedy właśnie zdarzyło się ostateczne uderzenie.

Zadanie, które dostałam wtedy do przepłynięcia, było do zrobienia w miarę na luzie, gdybym nie płynęła go jako pierwsza i/lub nie czułabym się jak zesztywniałe drewno. Niestety wystąpiły obydwa z powyższych warunków i okazało się, że pływam dwusetki prawie na maksa w przeżałosnym czasie, a mam przed sobą jeszcze między innymi czterysetkę w pałę. Jakimś bożym cudem udało mi się przyspieszyć, ale zaliczam to do tych treningów na złamanie człowieka 🙂 Pierwszy raz naprawdę ledwo wytoczyłam się z basenu.

Sobota mi zupełnie nie wyszła. Nie miałam rano treningu, więc pojechałam na odkładane od kilku tygodni badania krwi. W tym jedno trochę bardziej skomplikowane, odkładane od miesięcy. Efekt: prawie dwie i pół godziny spędzone w laboratorium i umarcie na 3/4 dnia. Nie polecam, ale cieszę się że w końcu to zrobiłam. Trochę mniej się cieszę z wyników, ale nie jestem nimi zaskoczona. W każdym razie tego luźnego dnia (ZAKWASY UBER HARD) miałam wyjść pobiegać, potem stwierdziłam, że jednak nie mogę się ruszyć i lepiej pokręcę na rowerze, a potem przegrałam wszystko i poszłam spać. Tak zrypany dzień nie zdarza mi się często, ale tyle godzin bez trenowania to już nie jest na moje nerwy, więc w niedzielę rano mimo wciąż obrzydliwie obolałych nóg wyleciałam na rozbieganie. Gdybym miała się zatrzymać na jeszcze jednych światłach po drodze, to chyba bym już nie ruszyła, tak bardzo moje mięśniory wołały o litość. Dobiegłam jednak pomyślnie, a widoki w Orłowie zrekompensowały wszelką niewygodę.

I tak oto wkraczam w kolejny tydzień treningów, tym razem modyfikowany ze względu na weekendowe zawody w Warszawie. Co ja tam napływam – nie wiem. Jeszcze ze trzy tygodnie temu powiedziałabym, że życiówki to pewniak, ale znowu pływa mi się niekoniecznie cudownie. No trudno, robię co mogę, nawet jeśli mogę mniej niż bym chciała. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że nawet jeśli pójdzie mi słabo, to Ziemia nie zacznie się kręcić w drugą stronę.

Więc z tą oto refleksją robię dalej swoje. Cierpliwie, choć sporo mi brakuje do bycia cierpliwym człowiekiem. Odważnie, choć składam się z samych wątpliwości.

Dodaj komentarz