Przedwczoraj stwierdziłam że życie sportowca to jedna wielka impreza. Tylko że raczej w stylu pidżama party. W czwartek wstałam luksusowo o siódmej. O 13:30 po pierwszym treningu byłam już po półgodzinnej drzemce, a potem po drugim treningu poszłam spać o 21.

Spanie jest, niestety, ważne. Najchętniej codziennie wstawałabym z kurami, bo najzwyczajniej w świecie to lubię. To jeden z najfajniejszych darów losu, jakie otrzymałam. Podczas gdy wiele osób ma, jak twierdzi, krytyczny problem ze wczesnym wstawaniem, ja budzę się o 4:30 na basen świeża, rześka i gotowa do akcji. Inna sprawa, że nie ma na mnie mocnych, żebym była w stanie zarwać noc, i to cokolwiek by się nie działo. Nawet kiedy na studiach musiałam nauczyć się czegoś na egzamin na następny dzień, i tak w pewnym momencie okazywało się, że mój mózg już dawno zamienił się w kucyka pony i śmiga po różowych obłokach, więc jedynym sensownym wyjściem było położenie się spać. I ewentualnie wstanie rano – bardzo rano, na przykład o 3:30.



We wtorek bardzo boleśnie przekonałam się co robi ze mną już niewielki deficyt snu. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się aż takiej reakcji. Albo jestem strasznie delikutaśna, albo bodźcuję swój organizm mocniej niż mi się to wydaje. W zeszłym tygodniu po prostu spałam nieco krócej, bo kładłam się później spać i w ogóle nie spałam w ciągu dnia. Efekt – we wtorek obudziłam się z półgrypą, tylko że bez żadnych typowych objawów ogólnoustrojowej choroby. Co było dalej, opisałam szeroko na fejsie (link). Streszczając całą historię: od 6:30 do 9:00 kładłam się spać jeszcze dwa razy, ledwo wywlokłam się z psami pod blok i byłam przekonana, że coś mnie ostro sieknęło i nie będzie mowy o trenowaniu tego dnia. Następnie wywlokłam się na basen, po drodze powodując same fakapy. Zrobiłam akceptowalny, ale dość słaby trening w wodzie, czując się o dziwo bardzo dobrze. Z drugiego treningu zrezygnowałam, poszłam wieczorem na masaż. Czy to już starość? W środę za to czułam się, pardon my friends, zajebiście.

Kilka drobnych zmian okołotreningowych i ustrukturyzowanie treningu pływackiego pode mnie spowodowały kolejny potężny krok do przodu. Nigdy w tym okresie przygotowań nie pływałam tak szybko i tak swobodnie. Czuję się w wodzie jak w swoim naturalnym środowisku. Kiedy sobie przypomnę, jak walczyłam o przetrwanie na początku mojego pływania z grupą młodych pływaków, uświadamiam sobie, że sprawy idą w naprawdę dobrym kierunku. Pamiętam że wtedy co drugi trening myślałam, że trener sobie z nas żartuje, że mamy pływać takie odcinki w takich limitach czasu. Dubli nie dostawałam chyba tylko podczas schłodzenia. Teraz coraz częściej dzieciaki na torze zaczynają mnie przepuszczać do przodu. Nie boję się chyba żadnego zadania. Ufam trenerowi i wiem, że nie chce mi zrobić krzywdy.

Jeśli chodzi o pozostałe treningi, to na temat biegania wolę się profilaktycznie nie wypowiadać, żeby nie psuć sobie humoru. Udało mi się w tym tygodniu porwać Emondzię na patrol szosowej pętli po Kaszubach. Jak Boga kocham, przez dwie godziny jechałam susząc zęby w patologicznie szerokim uśmiechu, śpiewając sobie na głos. Było dwadzieścia stopni na plusie!!! Mogłabym to robić codziennie, a robię… dwa razy w tygodniu. Znowu. Chlip, chlip. Mój związek z rowerem jest jednak dość specyficzny, ponieważ – co chyba jest wbrew wszelkim zasadom i książkom – co sobie wypracuję, tego już nie tracę, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Mogę nie jeździć tydzień, wsiadam i jadę jakbym nie miała żadnej przerwy. W ogóle się nie boję nie trenowania na rowerze. Mogę jeździć w środku nocy, chora, zmęczona, zaspana, nieważne. Działa i już.

No i ta przełajka. Nie wiem czy wspominałam o tym, że gdy tylko zaczęło mi się dobrze jeździć na góralu, Wojtek zarządził koniec sezonu mtb i początek przełajowego. Kiedy jadę na tym rowerze, dwanaście razy na godzinę czuję że tym razem to już na pewno nastąpiło wieloodłamkowe złamanie nadgarstków, ale tak czy owak: przełajka to jest fun. Wystarczyło mi że pewnego pamiętnego dnia wjechałam góralem na podjazdy, z którymi bezskutecznie męczyłam się od tygodni i jakieś granice kompletnie puściły w mojej głowie. Jaram się na myśl o jeżdżeniu po lesie, eksplorowaniu nowych tras, konieczności szybkiego reagowania na sytuację, deptaniu na pedały w odpowiednim momencie, ratowania się z poślizgów i tak dalej i tak dalej. Może to też dlatego, że zaczęłam więcej jeździć samochodem z napędem hybrydowym, w którym nie da się nawet ruszyć z piskiem opon, hue hue 🙂

No i tak to właśnie wygląda. Codziennie robię fantastyczne rzeczy w fantastycznym miejscu. Może jeszcze wróci te dwadzieścia stopni na plusie? Nawet jeśli nie, to na szczęście mam gigantycznie długą playlistę na trenażer…

1 Comment »

Dodaj komentarz