Trzy tygodnie temu podczas treningu rozwaliłam sobie plecy (link). Pocierpiałam parę chwil, pocieszyłam się zdrowiem przez dwa dni i się przeziębiłam. Niebezpiecznie mocno, to znaczy tak, że nie mogłam spać z powodu zatkanego nosa; nie mogłam gadać przez telefon, bo jedyne, w czym brzmiałabym wiarygodnie to „Luke, I am your father”; no i co najgorsze, nie mogłam wyjść na rower na zewnątrz, a to były ostatnie pseudoletnie dni. No ale okej. Wyzdrowiałam, poszłam na rower i – tadam – walnęło mi coś w kolanie.
NO LUDY KOCHANE!!!!



Mogłabym powiedzieć: pech. Ale już wiem, że w znakomitej większości przypadków zwalanie winy na siłę wyższą, na którą nie mamy wpływu, to tylko miganie się od odpowiedzialności (link)
Powiem zatem: coś tu najwyraźniej nie halo, skoro złapała mnie taka czarna seria.

Przypomniała mi się sytuacja sprzed roku (link), kiedy męczyłam się z bólem w okolicy kolana dobre trzy tygodnie. Zdążyłam całkowicie zwątpić w medycynę, kiedy jeden ortopeda powiedział mi, że łąkotka jest okej, więc muszę sobie po prostu odpocząć i odpoczywać tak długo, aż ból odpuści (!!!!), a drugi, że mam kupić homeopatyczną maść ze ślimaka, ale koniecznie od tej pani, do której mi da numer telefonu. Potem trafiłam do swojego fizjoterapeuty, poleżałam godzinę w gabinecie, pogryzłam stół z bólu – wszystkiego, tylko nie kolana, bo łokieć został wciśnięty kolejno w łydkę, ramię, łopatkę – a potem pojechałam do domu z naprawionym kolanem. Od tej pory moje życie jest ogólnie prostsze.

Możecie sobie wyobrazić moją czarną rozpacz, gdy tym razem kolano NIE przestało boleć podczas wizyty u fizjo. Byłam gotowa za wszelką cenę zameldować się z powrotem w gabinecie za 12, 24, 36 i 48 godzin, byleby tylko sprawa została rozwiązana, a pan fizjo mi na to, że mam przyjść dopiero za cztery dni, bo organizm musi to sobie przetrawić.
NNNNNNNNNNIIIIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!
No więc pierwszego dnia histeryzowałam, drugiego stwierdziłam, że jest trochę lepiej, a trzeciego już wszystko było w porzo.
Koniec historii kontuzji.

Tydzień temu byłam na masażu. Magda-masażystka stwierdziła, że chyba pierwszy raz udało się wyrobić z masażem całościowym w godzinę i nigdzie nie znalazła specjalnie wielkiego hardkoru.
Bardzo mnie to zmartwiło, na szczęście w tym tygodniu wszystko wróciło do sadystycznej normy.

Dopiero gdy po tej trzyczęściowej serii fakapów wróciłam do treningów, na nowo zaczęłam sobie uświadamiać, jak bardzo mi tego potrzeba do życia. Z największą ostrożnością wybrałam się na pierwszy rower po awarii kolana. O sobotnim treningu na basenie, podczas którego skaczemy, robimy pompki, przysiady i inne wygibasy, myślałam już od czwartku. Odetchnęłam z ulgą, wychodząc w sobotę rano z pływalni cała i zdrowa.

Naprawdę mam być za co wdzięczna światu. I nie potrzeba mi wiele do szczęścia, wystarczy mnie wrzucić do basenu albo wysłać na rower. Z bieganiem bywa bardzo dobrze albo słabo, ale spodziewam się, że przez najbliższe dziesięć kilo w dół częściej będzie słabo niż akceptowalnie. Na razie wychodzę biegać i jestem jak rozdarta sosna u Żeromskiego, bo nie wiem czy bardziej cieszę się, że mogę robić to co lubię (w głębi serca propsuję bieganie i wiem że jeszcze będzie dobrze) czy bardziej się zastanawiam, jakim sposobem przekupić ITU, żeby wykreśliło bieganie z dyscypliny triathlonu i zamieniło je na cokolwiek innego – jazdę konną, kajaki, szachy, curling.

Za to z rowerem następuje ciekawa sprawa, bo wreszcie coś się we mnie przełamało i ogromnie cieszy mnie jazda zarówno na rowerze górskim jak i na przełajowym. Fragmenty przy których jeszcze niedawno bym się zatrzymywała i schodziła z roweru, teraz pokonuję z rozpędu. Jeszcze sporo pracy przede mną, zanim będę mogła stwierdzić, że mogę bez obaw zapisać się na dowolne jakiekolwiek zawody mtb i nie bać się że kogoś tam niechcąco zabiję, ale pierwsze koty są już za płotem. Wreszcie jestem w stanie jechać na góralu albo na przełajówce w wyższej intensywności i właśnie wtedy dzieje się magia. Łatwiej mi się ryzykuje, lepiej i szybciej reaguję w newralgicznych momentach, zaczynam się tym naprawdę dobrze bawić.

Prawie dokładnie rok temu, a konkretnie rok i dwa dni temu kupiłam rower przełajowy i stwierdzam że to była świetna decyzja. Gdy przesiadam się na górala z przełajówki, dostrzegam jego ogromną przewagę w trudniejszym terenie i korzystam z tego, że można nim dosłownie taranować przeszkody. A kiedy znowu zamieniam mtb na przełaj, jestem bogatsza o te doświadczenia i umiejętności i nie boję się ich przełożyć na ten „chudy” rower. Win-win situation!

To nie jest tak bezkompromisowa jazda jak na szosie – nie wiem czy kiedykolwiek będzie – ale myślę że będzie to szło w dobrą stronę. Nie ma to jak tępe deptanie w pedały i wgapianie się w wartości mocy 🙂 Jednak niewątpliwie „góral” w sobie coś magicznego. Wychodząc na trening nie muszę się martwić, czy na ulicach będzie tłok, czy nie będę musiała przebijać się przez korki. Mam pod domem niezmierzone, niepoznane i chyba niepoznawalne obszary leśne, które ciągle od nowa mnie zachwycają. Tak strasznie marudziłam przed każdym wyjściem na mtb, a teraz świadomie i dobrowolnie zdarza mi się rezygnować z szosy na rzecz lasu.
Co to będzie, co to będzie.

Na koniec jeszcze ogłoszenie parafialne! Od niedawna jestem fanpejdżerką, więc Czytelników, którzy jeszcze nie kliknęli „Lubię to”, serdecznie do tego zachęcam 🙂

Dodaj komentarz