Nie boję się tego powiedzieć tak: to był dla mnie naprawdę cudny sezon.

Fot. Gdańskie Centrum Sportu

Z perspektywy czasu patrzę na minione miesiące głównie w kontekście tego, co mam do poprawki na kolejne lata; co nie wyszło, czego zabrakło, co poszło nie tak. Wynoszę z tego roku ogromną naukę.



O tym wszystkim zaraz napiszę, ale nie mogę też nie napisać, że w gruncie rzeczy to wszystko się pięknie poukładało. Gdyby dwa lata temu ktoś mi powiedział, że tak pomyślnie mi się wszystko poukłada, to chyba bym mu nie uwierzyła (oj nie – link). Boję się nawet pisać takie rzeczy, ale cieszę się i czuję ogromną wdzięczność do świata, że wszystko płynie, że rzeczywistość się zmienia i że problemy, które miewam teraz, są w istocie Najlepszymi Problemami Świata (link).

Ale do rzeczy.
W kontekście minionego sezonu triathlonowego cieszą mnie najbardziej trzy rzeczy.
Pierwsza: że udało mi się przetrwać bez dziwnych chorób i kontuzji. To dość zabawne, że piszę to po tygodniowej przerwie od funkcjonowania, spowodowanej epicko dziwną awarią pleców, a do tego ledwo widzę ekran, bo płaczę i smarkam z powodu przeziębienia. Mój organizm jest jednak bardzo miłą maszyną, bo poczekał z tymi drobnymi błędami systemu aż do końca moich startów. Nie byłoby z pewnością tak dobrze, gdyby nie regularne wizyty u fizjoterapeuty i u masażystki. Maciej i Magda w bardzo dużym stopniu, być może nawet decydującym, przyczyniają się do tego, że moje fizyczne możliwości wciąż rosną. Myślę też że znacząco przesuwają mój próg bólu…

Druga rzecz: nie mam zielonego pojęcia jak to nazwać i sprecyzować, ale moje nastawienie do startów zmieniło się o 180 stopni, zdecydowanie na plus. W pierwszych moich sezonach adrenalina i reakcja „walcz lub uciekaj” przechylała się w stronę uciekania; teraz jest zupełnie inaczej. Nawet jeśli nie ma racjonalnych powodów, żeby ufać swojemu przygotowaniu – czuję się gotowa do działania. Uwielbiam starty, żyję startami. Udział w zawodach kojarzy mi się wyłącznie pozytywnie. Już dzień przed zawodami odchodzą ode mnie wszelkie wątpliwości, działam jak maszyna. Jakbym przeszła jakieś pranie mózgu. Podoba mi się to! Coraz lepiej ogarniam też wszelkiego rodzaju logistykę okołostartową, w tym pakowanie się (kiedyś każdorazowo było to poważne przedsięwzięcie), tipsy&tricksy związane z życiem w hotelach, podróżowaniem (nienawidziłam – uwielbiam), rozstawaniem się z piesełkami (okazało się, że się da i wszyscy sobie świetnie dają radę). Nie jestem w stanie tego wszystkiego wyjaśnić, to się po prostu wszystko powydarzało.

Rzecz numer trzy: przesuwając granice swoich możliwości zdobyłam parę cennych informacji o sobie. Start w Chodzieży (link), który był dla mnie psychofizycznie trudny, przekonał mnie że jestem w stanie biec po bardzo, bardzo mocnym rowerze. Powiedzmy sobie szczerze, chodzi mi o zajebiście mocny rower, taki po którym nie spodziewałam się, że cokolwiek w ogóle potruchtam. Taki, gdzie po przejechaniu 10% dystansu myślałam że zwymiotuję i byłam pewna, że w ogóle nie wyjdę na część biegową, bo po prostu nie dam rady ruszyć już żadną kończyną. Wcześniej tylko raz byłam w stanie doprowadzić się do stanu i było to na Mistrzostwach Polski w Suszu (link), które zakończyłam w karetce z rozoranym kolanem. Tam też jechałam jak wściekły tygrys i powiem całkowicie szczerze, że sama byłam zdziwiona, że potrafię się tak zawziąć, jakby to była walka na śmierć i życie.
Free your mind and your legs will follow.
Podoba mi się to.
Naprawdę uwielbiam ten ból. Jestem już uzależniona od tego uczucia, które pojawia się, kiedy po zawodach wsiadam do samochodu, schodzi ze mnie adrenalina i pojawia się obrzydliwe fizyczne zmasakrowanie. I siedzę cztery godziny albo więcej i w ogóle nie boli mnie to że się nie ruszam (a to jest u mnie niespotykane w żadnej innej sytuacji życiowej), a wręcz boli mnie jeśli się ruszę.
Zatem gdy myślę o Suszu, też wspominam go mimo wszystko pozytywnie. Przekroczyłam tam jakąś mistyczną granicę i to pozwoliło mi potem sięgać wyżej.

I chcę więcej!

Dodaj komentarz