Jeśli kiedykolwiek Wam się wydawało, że jestem emocjonalną ekshibicjonistką i nie mam problemu z publicznymi zwierzeniami, to macie rację, wydawało Wam się.
Wykorzystuję pierwszą okazję, żeby napisać choć parę słów i nie rozbeczeć się przed monitorem. To wciąż bardzo, bardzo mało, ale wciąż wszystko, co tylko jestem w stanie. Nie za wiele.

Moja mama na zawsze będzie miała 50 lat, zawsze będzie piękna, młoda i szczęśliwa. Może kiedyś będziemy rówieśniczkami, może nawet ją wyprzedzę. W niebie na pewno nie ma starości.

Mało jest gorszych rzeczy, które mogą się przydarzyć człowiekowi. Zwłaszcza gdy śmierć przychodzi niespodziewanie. Zabiera matkę i przyjaciółkę w jednej osobie. Nie ma drugiej osoby na świecie, której mogłabym powiedzieć tak bardzo wszystko i zawsze. Złapać za telefon, napisać parę słów i wiedzieć, że po prostu zrozumie, że to co powiem będzie dla niej bardzo ważne. Teraz, po prawie dwóch latach, to już nawet nie jest histeryczna rozpacz – teraz jest ogromna, codzienna tęsknota. Tak bardzo chciałabym jej powiedzieć o różnych sprawach, bo tak często myślała tak jak ja – albo zupełnie różnie i miała rację. Chciałabym się pożalić, poradzić, a jej opinia byłaby decydująca.
Bardzo często doskonale wiem, co by odpowiedziała na to, co do niej mówię. Doskonale pamiętam jej głos, spojrzenie, nawet kształt i fakturę skóry dłoni, każdy paznokieć. Nie ma znaczenia, że dzieliło nas kilka tysięcy kilometrów. Dopiero teraz widzę, ile jej naprawdę jest we mnie, jak bardzo ja jestem nią.

Ostatni raz widziałyśmy się w dniu jej 50 urodzin. Żegnałyśmy się na lotnisku i mówiłam, żeby nie płakała, bo przecież jesteśmy już umówione, że jesienią przyjadę na dłużej, będę tam u nich trenować i będzie tak cudownie fajnie i beztrosko jak było przez te kilka dni. Nie zawsze było między nami aż tak dobrze, a tych parę dni wystarczyło, żeby się bez słów całkowicie rozliczyć.

Przyleciałam, ale na jej pogrzeb.
Najgorszy miesiąc, najgorszy rok, najgorsze życie…

Biegłam przez piękne hiszpańskie uliczki, dosłownie o centymetry mijajac ludzi pijących kawę i piwo w kawiarniach. Był piękny, letni, ciepły dzień. Trzymałam zaskakująco dobre tempo.
Dosłownie trzy godziny wcześniej pochowałam swoją Mamę. Stałam nad trumną i trzęsąc się od płaczu żegnałam najbliższą, jedną z najważniejszych osób w moim życiu.

To wszystko wydaje mi się wciąż tak nierealne. Jakby ktoś jednak robił mnie z tym wszystkim w konia. Przez pierwsze rocznice i święta trzymałam się na krótkiej smyczy, żeby nie zwariować. Bałam się nadmiernie myśleć, bo niewiele mi było trzeba, żeby wpaść w histerię. Rozpacz była ze mną cały czas. Pierwszy rok minął jak miesiąc. Pierwsze urodziny i imieniny, kiedy nie mogłam już nawet złożyć życzeń. Pierwsze moje urodziny, kiedy SMS od mamy nie był tym, co mnie witało rano. Dopiero z perspektywy odrobinę dłuższego czasu widzę, jak strasznie to było ciężkie. Wtedy tego tak nie rozpatrywałam, wtedy to było moje życie.

To jest cierpienie, którego się nie da wyrazić w żadnych słowach. Nigdy nawet nie próbowałam. Zatkało mnie całkowicie.  Wieczna gula w gardle. Wieczne balansowanie na krawędzi. Dźwięk muzyki sprawiał mi fizyczny ból. Straszliwe znieczulenie na jakiekolwiek radości. Wszystko szare i ciche. Nikomu nie życzę, a przecież wszystkich – większość z nas to czeka.

“Gdyby nie te parę pompek i brzuszków które robię wytrwale co dzień wciąż bym leżał w łóżku”. Nigdy chyba nie ujęłam wprost tego, że sport już kilka razy uratował mi życie, wtedy natomiast z całą pewnością uratował mi resztki życia w życiu. Ostatni filar równowagi. Wygrałam wszystko i mówię to bez przesady. Już wtedy wiedziałam jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: nawet jeśli zupełnie nic nie osiągnę w tym sporcie, któremu chcę poświęcić życie, nawet jeśli do końca świata będę wychodzić na zawodach pięć minut za przedostatnią zawodniczką, to i tak sport dał mi więcej, niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać. Kolejny raz.
Nigdy z tego świadomie nie zrezygnuję.

Boję się jednak, że życie prędzej czy później znowu coś może odwalić, a ja nie sądzę, żebym była w stanie znieść cokolwiek więcej. To wszystko jest jak śrut w głowie, który minął cel o milimetr, jak bomba zegarowa, która przy jednym gwałtownym ruchu za dużo może niespodziewanie wystrzelić. To jest rzeczywistość.

2 Comments »

  1. Joanno, rozumiem Cię, bo moja Mama juz na zawsze będzie miała 55 lat. A ja już nigdy nie wyzwole się od tych obrazów walki o Jej życie i poczucia końca świata kiedy widziałam ostatni Jej oddech.jesteś dzielnym człowiekiem.

Dodaj komentarz