Najpopularniejsze

Configure
- Back To Orginal +

czwartek, 9 lutego 2017

Ramalama bang bang, problem z siodłem to nie problem z siodłem!

Siodełko do roweru szosowego to kwestia, która dostarczyła mi naprawdę wielu wrażeń. O swoich zmaganiach z wyborem odpowiedniego siodła rozpisywałam się na portalu MagazynBieganie.pl - tutaj: "Królestwo za wygodne siodło - doświadczenia własne" i tu: "Gniotący problem, czyli jak dobrać siodło". Jak łatwo zauważyć, w sprawie producentów siodeł, modeli oraz możliwości dopasowania siodełka do zawodnika stałam się już ekspertem poprzez doświadczenie. W artykułach na portalu dość wyczerpująco przedstawiłam ówczesny stan rzeczy, jednak do tej pory nie odpowiedziałam na pytanie, czy problem został rozwiązany. Otóż został, ale zupełnie nie w taki sposób, jakiego się spodziewałam. Pora zatem uzupełnić relację. W tło polecam podkład muzyczny, jakby co to rama to rama, a lama to ja.



Na początek krótkie przedstawienie zagadnienia. Swoją pierwszą szosówkę kupiłam w lipcu 2012 roku i dosyć szybko okazało się, że oprócz tego, że jest naprawdę super, to cierpię na niej katusze związane z tą częścią ciała, która styka się z siodłem. Na pierwszy bikefitting poszłam w lipcu 2013 roku. Fitter przesunął mnie bardzo mocno do przodu, dzięki czemu przestałam wieszać się na kierownicy i spadać do tyłu roweru; zmienił mi też siodełko. Wrażenia z pierwszej jazdy - gigantyczna zmiana na plus: dużo bardziej efektywne pedałowanie, lepsza kontrola nad rowerem, wielka poprawa w kwestii komfortu i samopoczucia na rowerze. No i co najbardziej niesamowite, siedzenie nie bolało. Przez pierwsze 50 km. Potem zaczęło się to co zwykle. Walczyłam ponad dwa miesiące - krótkie i długie jazdy, z dniami przerwy i bez wytchnienia. Niestety - wyszło na to, że siodła anatomiczne nie są dla mnie stworzone. Fitter próbował mi jeszcze pomóc zdalnie, ale gdy nawet to się nie udało, pozwolił mi zwrócić siodełko.



Poszukiwania rozpoczęły się na nowo. Przetestowałam między innymi modele marki Cobb, Selle Italia, Specialized, Fizik... To ostatnie - model Tritone - to moja największa trauma w tym zakresie, a "Sellkę" zamontowałam na 20 metrów i natychmiast je odkręcałam, bo już po tej chwili wiedziałam, że jest bardzo źle.

Ostatecznie zatrzymałam się na modelach Specialized Sitero i Liv Connect Forward, które okazały się najmniejszym złem. W dalszym ciągu jednak odczuwałam na rowerze dramatyczny dyskomfort. Zewsząd słyszałam, że to normalne, że boli - dzięki czemu zaczęłam się już czuć największą lebiodą na świecie, która ma próg bólu godny szczenięcia yorka. Fakt był taki, że zdarzało mi się przez 50 km jechać i płakać z bólu, którego w żaden sposób nie mogłam się pozbyć (niezwykły widok dla mijających mnie kolarzy, choć starałam się wobec nich trzymać fason). Zdejmowałam rękawiczki i skarpetki (tak) i uklepywałam je sobie nad siodełkiem. Zmieniałam pozycję rąk na kierownicy, przesuwałam się ciężarem ciała na jedną ze stron, słowem - kombinowałam jak mogłam. Kolejny fitting u innego specjalisty potwierdził, że tak po prostu musi być i że się kiedyś do tego przyzwyczaję. Byłam w kropce - to niemożliwe, żeby ludzi tak bolała jazda na rowerze. I w końcu po długich rozkminach wpadłam na to: to nie może być wina siodła. W rowerze mtb mam najzwyklejsze, seryjne siodełko, i nigdy nie przeżywam takich katuszy, nigdy też nie bolą mnie na nim plecy. Rower mtb jest trochę przymały. Ergo: to nie jest wina siodła, to jest wina zbyt długiej ramy.

Postanowiłam rozstać się z moim Giantino - moją pierwszą szosówką, na której złapałam absolutnego szosowego zajoba, na której zaliczyłam pierwsze starty i z którą mam same dobre wspomnienia (oprócz tego jak mnie zaorała). Pozbywszy się biało-niebieskiego rumaka, ruszyłam na przymiarki do Krakowa. Bingo! Fitterzy (liczba mnoga, bo miałam szczęście trafić na ten okres, w którym Mateusz z warszawskiego Veloartu odbywał jeszcze praktyki pod okiem Jarka w Krakowie) dobrali mi siodełko w pięć minut i stwierdzili, że będzie spoko. Nie kryłam zaskoczenia, bo jak to możliwe, żeby problem, nad którym spędzałam dni, tygodnie i lata, został podsumowany w taki sposób? Przymierzyłam dwa siodła i już mam wybierać jedno z nich? Ja potrzebuję przymierzyć ze dwieście dwadzieścia dwa! A jednak - bingo. Krótsza rama i prawidłowe ustawienie pozycji najzwyczajniej w świecie rozwiązały problem na dobre. Teraz na długich jazdach, owszem, boli, ale zupełnie gdzie indziej i w inny sposób. W normalny, przewidywalny, oczekiwany sposób - ten rodzaj dyskomfortu jestem w stanie spokojnie znosić i nie przyszłoby mi do głowy żeby marudzić.



Piszę to wszystko, bo jestem niekiedy pytana o sprawy fittingowe (w końcu byłam na trzech różnych) i - zwłaszcza - siodełkowe. Łatwiej tę sprawę opisać raz i porządnie niż za każdym razem opowiadać całą historię :-) Co mnie najbardziej cieszy, to fakt, że udało mi się rozwiązać problem, który wydawał mi się nie do rozwiązania. Z jednej strony przyjęłam do wiadomości to, co mówili mi inni - że tak jest i już - i pogodziłam się z tym, że po godzinie ciągłej jazdy już się do nikogo nie odzywam, bo jak tylko otworzę paszczę, to prawdopodobnie się rozchlipię i obsmarkam. Z drugiej strony cały czas poszukiwałam rozwiązania... i w końcu przyszło z nieoczekiwanej strony. I wiecie co? To nie był ostatni raz, kiedy - w kwestii sportowej - do nieratowalnego nadszedł ratunek, ale to już temat na oddzielny wpis...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz