Pytacie mnie, dlaczego tak długo nie piszę na blogu. Odpowiedź jest prozaicznie prosta i wcale nie taka standardowa, bo nie jest to zwykłe „nie mam czasu”.

Mam wrażenie, że ostatnio siłę muskuł przeciwstawiam sile mózgu. Tudzież jestem fizolem. Nieważne jak to nazwę, chodzi o to, że w moim przypadku poranne pływanie powoduje jakieś totalne rozkmiękczenie struktur odpowiadających za konstruktywne myślenie.

Niekiedy uczę się też techniki jazdy rowerem przełajowym, a jak to wygląda, widać na załączonym obrazku.

Najśmieszniejsze jest to, że kiedy tylko wychodzę z basenu, to choćbym nie wiem jak była fizycznie przemielona, mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. Mogę recytować z pamięci pełne teksty piosenek, które słyszałam w radiu w ciągu ostatnich trzech dni, myśleć w obcych językach i planować, co ja dzisiaj niesamowicie konstruktywnego uczynię. Kłopot polega na tym, że kiedy już wrócę do domu, zrobię co mam zrobić i pójdę gdzie mam pójść, to następuje upadek. To nawet nie to, że kiepsko się czuję, bo na spacer z psami nad morzem albo inne wspaniałe eskapady jestem zwarta i gotowa. Ale jak tylko usiądę do kompa, żeby spróbować zrobić coś, co wymaga ode mnie skupienia, natychmiast zasypiam.

To jest, nie ukrywam, pewien problem. Od pewnego czasu staram się kumulować obowiązki służbowe i zajmować się nimi przy dłuższych posiedzeniach, kiedy rano nie pływam (czyt. w weekendy). To absurd, że po mocnym treningu biegowym czy jakimkolwiek innym fizycznym zmasakrowaniu mózg działa skutecznie i kreatywnie jak po speedzie, a po powrocie z basenu… No, raczej nie. Czyli niewiele się zmieniło od tamtego roku. 

Niestety wciąż jestem bardziej artystą niż rzemieślnikiem. Pan profesor Świdziński na ostatnim roku studiów wpajał nam, bardzo słusznie, że musimy umieć kreatywnie i efektywnie robić swoją robotę niezależnie od warunków, nie czekając na wenę. Przekonałam się, że to potrafię – był to jedyny przedmiot, z którego dostałam piątkę z wykrzyknikiem, a który jednocześnie był dla mnie świetną zabawą – ale cóż, na co dzień wolę pływać 🙂

Drugi powód jest trochę bardziej skomplikowany. Chyba wyrosłam już z potrzeby wygłaszania publicznie swoich rebelianckich racji (albo po prostu jestem zbyt zmęczona, żeby kłócić się w internetach). A choć triathlon kocham całym sercem i duszą, to widzę że z każdym rokiem mam coraz mniej wspólnego ze środowiskiem triathlonowym, przynajmniej tym w Polsce. Inne spojrzenie na dyscyplinę, inne priorytety. I nie wiem czy na tę chwilę byłabym w stanie pisać o tym wszystkim bez zaczepek i niepotrzebnego wartościowania. Nie chcę oceniać, wywyższać jednych ponad drugich, niekonstruktywnie krytykować – nie jest mi to potrzebne, bo możemy przecież wszyscy pięknie się różnić.

W ostatnich miesiącach odbieram tak gigantyczną lekcję pokory w kontekście sportu, że już bardziej chyba się nie da, a to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że sprawia mi to wielką radochę. Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko dalej dawać się wesoło dublować pływaczkom z podstawówki (a to się właśnie ostatnio wydarzyło) 🙂

Dodaj komentarz