Najpopularniejsze

Configure
- Back To Orginal +

niedziela, 26 czerwca 2016

Mistrzostwa Polski w Suszu czyli krótko, szybko i dużo pętli

Za mną pierwsze Mistrzostwa Polski na dystansie sprinterskim. Działo się! A relację jak zwykle zacznę od kilku dni wstecz...

To były dla mnie ważne zawody. Nie takie, na których spodziewałam się występu-petardy, ale takie, na których mi po prostu zależało. Nie było więc myślenia: "bez ciśnienia - jak coś będzie nie tak, to nie pojedziemy", tylko skupienie na tym, żeby wszystko było w porządku. Kłopot w tym, że w tym tygodniu nastąpiła kontynuacja zmęczu z poprzedniego tygodnia. W poniedziałek zaspałam na trening pływacki - nawet nie pamiętam, żebym wyłączała rano budzik! Dopiero tego dnia odczułam, że pływanie z młodzieżą naprawdę mnie fatyguje, choć na co dzień nie zdaję sobie z tego sprawy. Wszystko w ciągu dnia robiłam jakby trzy razy żwawiej i sprawniej, nie przysypiałam na fizykoterapii (stopa coś nie chce odpuścić...) i tak dalej. Na popołudniowe pływanie na szczęście nie zaspałam, więc szybko wszystko wróciło do normy, to znaczy do trybu zombie. Przy okazji zrobiłam sobie wreszcie badania krwi, które nie wyszły powalająco, ale wiedziałam, że na parę dni przed startem nie ma już sensu włączać suplementacji, więc musi zostać to co jest. We wtorek znowu poranne pływanie i powrót zmęczenia na hardkorze. No kurczę! Zamiast położyć się na 15 minut, spałam jak zabita prawie godzinę (po 9 godzinach spania w nocy!), a i potem niespecjalnie mogłam wykopać się spod koca. A w planie było jeszcze bieganie. Drugi trening musiałam w końcu przeforsować siłą, bo Wojtek jak mnie zobaczył, natychmiast chciał go odwołać. Stanęło jednak na skróceniu odcinków w drugim zakresie o połowę, a sam trening... wszedł pięknie i gładko, a tempo około progu wydawało mi się całkiem przyjemne. No ale to jest sport, tego umysłem nie ogarniesz (poza tym "około progu" to jednak nie to samo, co "lekko nad progiem" - tam jest strefa X). Jednak pomimo mojego pierwotnego założenia, żeby ostatni tydzień z pływakami przed wakacjami cisnąć bez litości, zgodziłam się na propozycję Wojtka, żeby w środę i w czwartek już odpuścić sobie łomotanie w basenie. Nie byłam tym zachwycona, bo naprawdę lubię trenować w swojej nowej grupie, ale wiedziałam, że to jedyna słuszna decyzja. Utwierdziłam się w tym przekonaniu w środę, kiedy pomimo braku pływania wciąż byłam na wpół żywa; zamiast pójść na rower, poszłam spać, a po zwykłym rozjeździe, który czasem robiłam jako drugi z trzech treningów, czulam się właśnie tak, jakby był to drugi albo trzeci trening tego dnia. Za to w czwartek już było właściwie zupełnie dobrze, chociaż jak włączyłam sobie relację wideo sprzed dwóch lat, to zaczęłam stresować się na poważnie.

Nie spóźniłam startu, HELL YEAH!
W piątek jezioro w Suszu kupiło mnie od razu. Od pierwszej minuty czułam się tam cudownie, jakbym była jego częścią. Na pewno swoje zrobił też mój nowy nabytek w postaci stroju Kiwami. Przepłynęłam się, przejechałam się po trasie, a potem wróciłam do wody, bo Wojtek dojrzał, że otworzyli wejście na pomost, z którego będziemy startować. No i tutaj zonk, bo jak zaczęłam skakać, to po pierwsze okazało się, że skaczę jak dupa, a po drugie - co wynika z pierwszego - że w większości skoków spadają mi okularki, a w najlepszym razie niebezpiecznie się przesuwają. Moje najlepsze, najwygodniejsze i jedyne-które-nie-parują Aphotiki, których w żadnym wypadku nie zamierzałam zmieniać na inne. No więc zaczęło się kombinowanie. Śmiałam się niedawno, że na zawodach pływackich okulary, które normalnie zakłada się i się w nich płynie, zaczynają mieć nagle dwadzieścia osiem różnych konfiguracji zakładania, z których, jak może się wydawać, tylko jedno jest optymalne. Tutaj było jeszcze zabawniej - pasek na czepku lub pod czepkiem; jedna taśma pod kokiem z włosów, druga nad; przyssane na maksa mocno, średnio lub słabo; i tak dalej, i tak dalej. Koniec końców wyszło na to, że tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, bo problem jest w głowie. Dosłownie - a więc jednym z najważniejszych celów na te zawody stało się: CHOWAJ ŁEB PRZY SKOKU.


W sobotę o szóstej rano znów wyruszyliśmy z Gdyni do Susza. Wybieranie się na zawody po niecałych sześciu godzinach snu jest kiepskie, no ale trzeba sobie radzić. Sprawnie dojechaliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy graty, wstawiłam rower do strefy i poszłam choć na chwilę schować się przed słońcem do hali. Strefę zamykano o 10:00, więc dosłownie na ostatnią chwilę poszłam nalać do bidonu wody (miałam nadzieję że dzięki temu woda nie zdąży się ugotować - ale zdążyła). Spojrzenie na tylne koło roweru i masz ci los - hamulec przyciśnięty do obręczy. Co za szczęście, że mogłam zawczasu to poprawić i nie zastanawiać się potem, dlaczego tak źle mi się jedzie...

Stojaki na rowery jak w ITU :-)
No dobra, ale po tylu akapitach wypadałoby już przejść do rzeczy (choć to nie moja wina, że start w triathlonie jest  tak logistyczno-technicznie skomplikowany). A więc na kilka minut przed startem stanęłyśmy na platformie startowej, a myślą dominującą w mojej głowie było, oczywiście, chowaj łeb, chowaj łeb, chowaj łeb, chowaj łeb. Szczęśliwie udało się schować łeb i okularki nie zleciały, choć lewe oczko odrobinę przeciekło. Skok startowy do poprawki bardzo, kooobietoooooo! Nastawiałam się na zagięcie się w wodzie do granic niemożliwości, żeby nie wyjść z wody na tyle późno, żeby nie mieć szans na dogonienie grupy. Okazało się jednak, że to wcale nie było potrzebne, bo płynęłam w czteroosobowej grupce dziewczyn na poziomie wysiłku, który nie był maksymalnie zaginający. Ucieszyłam się, że będzie z kim jechać, więc nie próbowałam robić żadnych gwałtownych ruchów. Wyjechałyśmy ze strefy T1 (love pływanie bez pianek - nie ma w czym utknąć na zawsze)... i tutaj moje założenie poległo, bo okazało się, że ani grupa, z którą wyszłam, ani dziewczyny, które doganiałam później, nie będą ze mną jechać. Ja za to ciągle miałam z tyłu głowy fakt, że pętla rowerowa ma niecałe cztery kilometry i zanim się obejrzę, mogę dostać dubla od supermocnej Agnieszki Jerzyk, a wtedy będę miała po zawodach. Zaginałam się więc sama, łapiąc czasem kogoś na parę chwil.

Lecimy do T1.

Pierwszy raz startowałam w triathlonie bez zegarka. Miałam nadzieję, że będę zaginać się w mocno pracującej grupie na rowerze, więc nie chciałam, żeby pulsometrowi udało się mnie straszyć. Co prawda grupy nie było, ale decyzja i tak okazała się mądra. Gorzej, że jak już zaczęłam biec, to brak wskazań tempa na zegarku jeszcze mocniej potęgował wrażenie, że stoję w miejscu. Tylko że znowu niebardzo miałam co z tym zrobić. Nawet nic konkretnego mnie nie bolało, po prostu czułam ogólną masakrę i mogłam się tylko denerwować, że ledwo truchtam i że chyba nic z tym już nie zrobię. Do tego pierwszy raz biegłam w swoich butach treningowych (startowe niestety zakładam tak długo, że zakrawa to o absurd) z wyjętą wkładką (żeby się nie podwijała), a to w połączeniu z wylewaniem na siebie wody w punkcie odświeżania dało taki efekt, że moje stopy to jeden wielki pęcherz.

Ten moment, kiedy nie wiem, czy jeszcze biegnę, czy już nie.
Co zabawne, moje samopoczucie lawirowało - raz czułam się naprawdę nieźle, za chwilę znowu tragicznie. Marzę sobie i myślę o tym, że kiedyś po pływaniu i rowerze wreszcie pobiegnę, jednak wiem, że to jeszcze nie teraz. Co więcej, teraz nawet nie zaczął się jeszcze okres, w którym zrobiony trening zacznie oddawać, na razie jest głównie zmęcz. Na świeczniku jest pływanie, pływanie i jeszcze raz pływanie. Bez pływania będzie zawsze samotna jazda, a po samotnej jeździe bieg na któreś-tam-dalekie miejsce. Teraz jest etap przejściowy, który na szczęście po pierwsze przynosi efekty, a po drugie sam w sobie jest fajny i daje dużo satysfakcji. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną, ale robię swoje. Na razie pływacy zaczęli wakacje, co oznacza, że mam dwa miesiące na to, żeby trochę więcej pobiegać (choć to jeszcze trochę zależy od stopy) i może nawet pojeździć wreszcie na rowerze.

Punkt odświeżania - ten cudowny moment wylania sobie na głowę chłodnej wody :-)
Na koniec jeszcze słowo o kibicach. Magda z Przemkiem czyli Garnek Mocy, Krzysiek - nawigator (PROSTOOOOO!), kamerzysta i rabanotwórca w jednej osobie, Michał, Piotr podający (rosnącą!) stratę - bardzo Wam dziękuję za super doping! To naprawdę miłe :-)

1 komentarz:

  1. To bardzo ciekawe co piszesz o pływaniu z pływakami. Nie wiem jak długo tak trenujesz, ale ja po kilku miesiącach napierania z grupą AZS, pływaków właśnie, byłam bardzo przemęczona i osłabiona. Do tego stopnia że pękła mi kość śródstopia podczas truchtu! Nie zwalam winy tylko na poranne treningi w wodzie po 5-6km, 6 razy w tygodniu, do tego siłownia i czasem drugie pływanie. Było też dużo innych rowerów i biegania. Chciałam tylko powiedzieć, że u mnie pływanie z pływakami w ten sposób, że jestem wciąż zmęczona i nie mam siły na drugi trening doprowadziło do kontuzji i przerwy w przygotowaniach do sezonu. Nie wydaje mi się, by ta częstotliwość i intensywność była optymalna dla takich amatorów jak ja. Ktoś kto nie ma za sobą kilku lat treningu wprowadzającego nie powinien trenować dwa razy dziennie-codziennie.

    OdpowiedzUsuń