Jako że, jak już wiecie (a jeśli nie wiecie, to kliknijcie tutaj), długi, żmudny i bolesny proces wybierania samochodu mam już za sobą, postanowiłam podzielić się swoimi spostrzeżeniami, wnioskami i załączyć kilka porad, które mam nadzieję, że przydadzą się innym raczkującym w temacie.
Proces wybierania i kupowania auta z całą otoczką formalności jest sprawą dość złożoną i warto niczego po drodze nie przeoczyć, dlatego zebrałam do kupy wszystkie swoje spostrzeżenia i publikuję je tutaj dla innych nowicjuszy. Słowem wstępu: w temacie szeroko pojętej motoryzacji jestem zielona jak wiosenna trawa, bardzo długo biłam się z myślami, czy w ogóle kupować sobie samochód – i dla takich jak ja skierowany jest ten wpis 🙂 Z dumą mogę stwierdzić, że w tym procesie raczej niczego nie przeoczyłam i wszystko załatwiłam tak jak chciałam, a z przedmiotu zakupu jestem bardzo zadowolona (odpukać!).

A więc lecimy z koksem.

Sprawa numer jeden: przygotowanie przedrozglądaniowe 🙂
Być może część czytelników już wie, jak wielki miałam dylemat w kwestii kierowania samochodem. Zdałam egzamin na prawo jazdy w 2009 roku za piątym razem (o wstydzie!) i od początku miałam wrażenie, że udało mi się to tylko fartem i tylko dzięki sile rozpędu. Ale bynajmniej nie rozpędu auta, bo na egzaminie toczyłam się maksymalnie 40 km/h, lecz dzięki temu, że wsiadłam do samochodu egzaminacyjnego niemal bezpośrednio z trzygodzinnej jazdy doszkalającej. Od momentu odebrania prawka do wiosny tego roku miałam na swoim koncie około 30 przejechanych kilometrów. Tak, trzydziestu. Powody były różne, ale najważniejszy z nich był taki, że czułam, że bardzo, ale to bardzo nie radzę sobie za kółkiem. Tak się jednak złożyło, że od 2011 roku regularnie jeździłam w ruchu drogowym na rowerze, co pozwoliło mi się wreszcie dobrze zaznajomić z przepisami. Jednak, jak łatwo się domyślić, rower to nie to samo co samochód. W razie czego można zawsze złapać swój jednoślad pod pachę i uciekać na chodnik, a z autem nie jest już tak różowo. Wobec tego, gdy sprawa kupna auta znów stała się aktualna, wykupiłam sobie jazdy doszkalające. Wyjeździłam osiem godzin po mieście (dodajmy: po nowym dla mnie mieście), co może nie tyle dało mi super pewność siebie, co uświadomiło, że kierowcy zasadniczo dostrzegają się wzajemnie i raczej każdy chce bezpiecznie dojechać z punktu A do punktu B. Możecie się śmiać, ale to było dla mnie naprawdę przełomowe spostrzeżenie – do tej pory miałam jakieś dziwne poczucie, że samochód, jako wielka, tocząca się masa, jest wprost nie do zatrzymania i do wymanewrowania. Reasumując: jeśli tak jak ja mieliście długą przerwę po egzaminie na prawko albo nie czujecie się pewnie za kierownicą, polecam jazdy doszkalające jako formę przygotowania się do jeżdżenia własnym autem.

Sprawa numer dwa: nowy czy używany?
Do niedawna wydawało mi się, że sprawa jest zupełnie oczywista: niedoświadczony kierowca powinien uczyć się na aucie, którego nie będzie mu szkoda „dojechać”. Obecnie patrzę jednak na tę kwestię nieco inaczej, a sprawcą mojej zmiany zdania był Wojtek, który pokazał mi na filmach, co się dzieje ze starszymi samochodami, które wjeżdżają w ścianę z prędkością 50 km/h (czyli stosunkowo niewielką). Otóż większość z nich składa się jak harmonijka. Oczywiście nikt nie zakłada, że wjedzie w ścianę, ale umówmy się, że młody kierowca ma co do tego większe predyspozycje. Pojawia się więc pytanie, czy wolimy rozbić furę za (załóżmy) sto tysięcy, ale mieć większą szansę na to, że nic wielkiego nam się nie stanie,  czy rozlecieć się razem z naszym gracikiem.
Inna kwestia jest taka, czy kupno nowego samochodu w ogóle się opłaca. Nawet jeśli jesteśmy w stanie płacić ratę kredytu przez ileś lat, pamiętajmy, że nowy samochód traci bardzo dużo swojej wartości w pierwszych latach użytkowania, a wręcz wraz z wyjazdem z salonu.

Sprawa numer trzy: pozostałe parametry samochodu

Tutaj większość wyborów jest kwestią preferencji i zasobności portfela. Nie ukrywam, że chciałam znaleźć samochód typu „all in one” – duży ale mały, mocny ale ekonomiczny i tak dalej 😉 Oczywiście w pewnych kwestiach musiałam pójść na kompromis. Najważniejsze było dla mnie to, aby auto było możliwie jak najmniej awaryjne, dobrze sprawdziło się na mieście (gabaryt), ale żeby dało się nim pojechać gdzieś w Polskę na zawody w zestawie dwie osoby plus rower (nie sprawdzałam jeszcze co prawda, czy moja szosówka wchodzi do fury, ale po przejrzeniu grupy na facebooku z wątkiem typu „co upchnąłem w swojej truni” jakoś się o to nie martwię). Szukałam samochodu nie starszego niż z 2000 roku (idealnie gdyby nie był starszy niż 2006, ale tu niestety wybór mocno mi się zawężał), odrzucając samochody takie jak Daewoo czy Fiat Multipla (heheszki). Przyznaję, że Alfę Romeo, Peugeota i Citroena też sprawdzałabym osiemset razy zanim zdecydowałabym się na zakup. Odrzucałam także silniki mniejsze niż 1.2 litra i słabsze niż 80-konne (to takie, kurczę, zabaweczki) oraz te z przebiegiem większym niż 250 tysięcy kilometrów. Odrzuciłam diesle, pomimo ich ekonomiczności ze względu na generowane przez nie zanieczyszczenia (jeden z artykułów na ten temat – klik) oraz możliwości awarii, które są trudne w naprawie (po tym, jak nasza Meganka spaliła nam się na środku ulicy, za diesla już podziękuję:)). Gazu też nie chciałam: auto napędzane gazem nie wszędzie zaparkuje (czytaj: w naszym garażu), istnieje też ryzyko, że używane auto z gazem było naprawdę mocno eksploatowane. Przychylniejszym okiem patrzyłam na auta z automatyczną skrzynią biegów (wygoda, wygoda i jeszcze raz cudowna wygoda) ale nie wykluczałam „manuala”, no bo czasem nie można mieć wszystkiego (ja na szczęście mam!). Marzyłam sobie o trzydrzwiowym, głównie dlatego, że ma większe drzwi i jest bardziej lansiarskie. No i koniecznie bezwypadkowe.
Czy brałam pod uwagę wygląd auta? Właściwie nie, bo stwierdziłam, że jeśli będzie dobre i solidne, to będę je kochać niezależnie od tego, jak okropną żabą będzie (nie dotyczy Multipli). Oczywiście, mając do wyboru dwa samochody o bardzo podobnych parametrach, przychylniejszym okiem patrzyłam na to, które zwyczajnie bardziej mi leży. Ale nie wiem, czy jestem wiarygodna w tym punkcie, bo kupiłam sobie auto, które podoba mi się wybitnie 🙂




Sprawa numer cztery: pochodzenie samochodu
W tym temacie zdecydowanie nie jestem znawcą, więc nie będę się specjalnie wymądrzać. Napiszę tylko, że w idealnym świecie wybrałabym samochód kupiony w polskim salonie, bo (również w idealnym świecie) istnieje większa szansa, że poznam jego historię od A do Z. No i najchętniej od pierwszego właściciela, wiadomo. Wybrałam jednak również atrakcyjną opcję: samochód sprowadzony zza granicy, w Polsce używany przez członków jednej rodziny. Oglądałam też auta w komisach, zawsze jednak dzieląc przez trzy to, co mówił o nich sprzedający. Czy słusznie – nie wiem. Co istotne – zawsze, za każdym razem pytałam sprzedawcę o możliwość sprawdzenia samochodu w wybranym przeze mnie serwisie przed zakupem. Myślę, że pełna diagnostyka w każdym przypadku rozwiałaby moje wątpliwości, przynajmniej w dużym stopniu.
Sprawą do zastanowienia się jest także lokalizacja, w której znajduje się auto. Osobiście szukałam samochodu w obrębie Trójmiasta. Gdybym dysponowała autem, które zawiozłoby mnie w okolice do 60-70 kilometrów poza moje miejsce zamieszkania, brałabym pod uwagę także oferty stamtąd. Gdybym kupowała auto za kilkadziesiąt tysięcy, pofatygowałabym się także w inne rejony Polski. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że nie miałam aż tak dużego budżetu, a z racji nieobycia w temacie musiałabym zarezerwować czas i środki nie tylko sobie, lecz także osobie, która podjęłaby się sprawdzenia tego auta, taki manewr byłby po prostu nieopłacalny.

Sprawa numer pięć: sprawdzenie przed oględzinami
Znaleźliśmy auto, które odpowiada naszym preferencjom. Co dalej? Zanim wybrałam się na obejrzenie samochodu, zadawałam właścicielowi auta kilka podstawowych pytań:
– Czy auto miało jakieś stłuczki, wypadki? (Niby w ogłoszeniu było zawsze o tym napisane, ale nie zawsze zgadzało się to z deklaracją przez telefon)
– Którym właścicielem jest sprzedający, czy auto było kupione w polskim salonie?
– Czy w ostatnich latach były jakieś grubsze naprawy lub wymiany części?
– Ile pali ten samochód? (Pytanie które w pewnym stopniu weryfikuje to, czy sprzedający rzeczywiście jest właścicielem danego auta).
Za każdym razem prosiłam też o numer VIN (nadwozia), poprzez który byłam w stanie sprawdzić historię pojazdu, o ile był on serwisowany w ASO.

Fot. Facebook

Sprawa numer sześć: oględziny i serwis 
Wszystko gra, więc jedziemy zobaczyć samochód na żywo. W przypadku doświadczonego kierowcy napisałabym, że najważniejsze jest to, żeby po prostu przejechać się autem na fotelu kierowcy i przekonać się, czy nam ono leży. Jednak gdy kierowcą ma być taki żółtodziób jakim byłam ja, to nie zdałoby egzaminu. Powiem więcej – nie jeździłam ani jednym ze sprawdzanych samochodów; ten przywilej przypadł Wojtkowi. Być może przymiarka będzie wskazana dla osób bardzo niskich lub bardzo wysokich (nie w każdym modelu się wówczas odnajdziemy); ja w ogóle darowałam sobie tę część, gdyż liczyło się dla mnie zupełnie co innego. Jako kompletnie zielony kupujący nie próbowałam udawać mądrzejszej niż jestem i zadawać skomplikowanych pytań. Padało więc zazwyczaj tylko jedno: kiedy można umówić się z tym autem do serwisu. Warto jednak po prostu pogadać sobie chwilę ze sprzedawcą i zorientować się, co tu jest grane – najlepiej wziąć ze sobą kogoś, kto zna się na samochodach lepiej niż my i wychwyci wszelkie ewidentne bzdury. Podczas oględzin interesujących mnie aut słyszałam wszystkie mniej i bardziej stereotypowe gadki: opowieść handlarza (!), że akurat to auto zostało kupione dla jego żony, która przypadkiem wyjechała na długo za granicę; że właściciel jeździł tylko do sklepu i do kościoła, dlatego przebieg 50 tysięcy w 13-letnim samochodzie jest jak najbardziej rzeczywisty; że będę płakał jak sprzedam, ale muszę spłacić kredyt na mieszkanie i tak dalej. Przyznaję też, że raz tylko cudem nie wpadłam jak śliwka w kompot. Facet wydawał się nadzwyczajnie uczciwym i sympatycznym gościem, a fura była taka, że chciałam ją brać z miejsca i nawet nie jechać na diagnostykę. Nie miałam wątpliwości, że będę jej nową właścicielką. Jednak podczas sprawdzania historii samochodu bajka o idealnym samochodzie prysnęła jak bańka mydlana. Okazało się, że jakimś dziwnym trafem przez ostatnie pięć lat samochód nabył tylko sześć tysięcy kilometrow do przebiegu. Cud? Nie sądzę… Szczerze mówiąc próbowałam jeszcze łapać się możliwości, że facet rzeczywiście jeździł niesamowicie mało albo w serwisie wystąpił jakiś błąd, ale kiedy sprzedający przestał odbierać telefon, a po trzech dniach dobijania się do niego stwierdził tylko, że „wycofuje ofertę”, to sprawa stała się jasna.
Do momentu rzeczywistego umówienia się do mechanika dotrwał w końcu tylko jeden samochód, który zresztą stał się moim samochodem. Warto wybrać serwis, który specjalizuje się w danej marce. Jest to koszt około 100-500 złotych w zależności od marki samochodu i miejsca zamieszkania. Uważam że jak najbardziej warto wydać te pieniądze – ten wydatek może być w dłuższej perspektywie realną oszczędnością. Dowiemy się, czy sprzedawca był uczciwy, czy warto kupować ten samochód oraz z jakimi naprawami musimy się liczyć na początek. Wychodzę z założenia, że przymierzając się do kupna auta, należy doliczyć sobie nie tylko koszt ubezpieczenia OC, lecz także pewnych niewielkich napraw, które pozwolą nam korzystać z naszego cacka długo i komfortowo. W przypadku mojej czterokołowej wybranki okazało się, że jest do zrobienia nieco więcej niż przypuszczaliśmy (zarówno ja, jak i ówczesny właściciel), ale najważniejsze komponenty, takie jak silnik i skrzynia biegów są w stanie bez zarzutu. Doszliśmy więc do porozumienia – sprzedający opuścił cenę auta o połowę kwoty wycenionych napraw i obie strony z zadowoleniem uścisnęły sobie ręce.

Kolejne kroki – zawieranie umowy, formalności związane z zakupem – już niedługo 🙂

Dodaj komentarz