Za mną moje drugie zawody pływackie, pierwsze na krótkim basenie. Jako że na co dzień mam (jeszcze przez chwilę) ten przywilej, że trenuję na długich pływalniach, miałam przekonanie, że krótki basen nieco mnie przyspieszy. Jednak cóż, ściana sama się nie odepchnie, a jeśli się robi nawroty jak lama…
Decyzja o wyjeździe na tyskie zawody zapadła w połowie tygodnia. Bardzo chciałam w końcu sprawdzić się na dystansie 400 metrów, ponieważ ostatnie treningi pokazywały, że jest coraz szybciej i lepiej. Chciałam także w ten sposób zamknąć godnie rozdział pływania z Warsaw Masters Team. Za kilkanaście wejść na basen wyprowadzam się z Warszawy. W nowym miejscu na pewno wiele się zmieni, jeśli chodzi o specyfikę treningu. Miałam nadzieję, że ładne życiówki będą dobrym podziękowaniem dla Andrzeja, który przyjął mnie z powrotem do grupy niczym córkę marnotrawną. Trochę tę nadzieję zawiodłam, a swoją drogą, konieczność opuszczenia WMT jest jedynym, co mnie boli w kontekście wyjazdu ze stolicy…
No bo cóż, jeśli się robi nawroty jak lama… 😉
Sobotnie konkurencje – 200m dowolnym i 200m zmiennym – traktowałam głównie jak prognozę przed niedzielą. Zmiennym płynęłam już na zawodach w grudniu, więc miałam okazję sprawdzić, (1) czy krótki basen mnie przyspiesza i (2) o ile poprawiłam poszczególne style. Na 200m dowolnym nie pływałam w warunkach zawodów, ale wiem, ile płynęłam w sprawdzianach treningowych i w zadaniach; tu więc z kolei sprawdzałam, jak ma się trening do zawodów.
„Robota” zaczyna się podczas rozgrzewki. Pierwszy wniosek: no, Warszawianka to to nie jest! Po pierwszych przepłyniętych długościach mój umysł zanotował przede wszystkim paskudnie śliską ścianę, typowy dla krótkich basenów stromy spadek głębokości (przez co w jedną stronę mam wrażenie pływania z górki, w drugą pod górkę) i konieczność ustawienia sobie w głowie „nowej” odległości pomiędzy chorągiewkami a nawrotem w stylu grzbietowym. Kilka skoków startowych (och, losie), ściśnięcie okularków do granic możliwości, tj. do pojawienia się uczucia wypływania mózgu przez uszy i… można zaczynać zabawę.
Pierwszy start to pierwszy – niestety – zawód. Nawroty nie tylko mi nie pomagają, ba – one mi wręcz przeszkadzają! Nieraz słyszę na treningach, żeby wykonywać dłuższy poślizg, dbać o kopnięcia pod wodą, ale przy intensywnym pływaniu to zawsze schodzi na drugi lub trzeci plan. Poza tym jak tu myśleć o kopnięciach do delfina, kiedy wszystko błaga o powietrze?! Czas na 200 dowolnym – 2:43.48, co gorzko mi uświadomiło, że na 400m raczej (na pewno) nie popłynę tak, jak sobie to wymyśliłam.
Druga konkurencja – 200m zmiennym – 3:08.74. Poprawa o 8 sekund od grudnia, ale delem popłynęłam jeszcze wolniej (o prawie 2 sekundy) niż wtedy. Holy shit!
Sobotni dzień nie skończył się dla mnie zbyt wesoło. Już rano zaatakował mnie subtelny ból głowy, który niestety stopniowo ewoluował. Na pływalni marzyłam tylko o tym, żeby już stamtąd wyjść, bolał mnie każdy głośniejszy dźwięk wydobywający się z głośników i jadaczek ludzkich. Sądziłam że po zaczerpnięciu świeżego powietrza trochę mi się poprawi, ale skąd. Wieczór spędziłam z ibuprofenem, zawinięta w kołdrę w ciemnym pokoju, z uczuciem ściskania głowy w imadle i wbijającego się w skroń gwoździa. Już dawno tak mnie nie rozgniotło. Niestety ewidentnie mam coś z zatokami i ich problem przeszedł już chyba w stan przewlekły. Jutro czeka mnie wizyta u laryngologa – mam nadzieję że znajdzie się na to rozwiązanie. Rano z kolei będę testować pływanie z zatyczką na nos – módlmy się, żeby obyło się bez fatal erroru.
W niedzielę na szczęście nic mi się nie wbijało w skroń, ale nastawienie do ścigania było raczej takie sobie. Nie mogłam przeboleć tego, że nawet wynik z 200 metrów pomnożony przez dwa daje ledwo plan minimum na to, co chciałam wypływać na 400. Pierwsza z niedzielnych konkurencji mnie dobiła – 1:18.55 na 100m dowolnym. Kurczę, w okolicach 1:20 pływałam ostatnio końcowe setki w długich zadaniach na treningach, nie mówiąc już o tym, że nawet na grudniowych zawodach popłynęłam ten dystans szybciej (na długim basenie). No więc cóż, zaliczyłam mały psychofizyczny zjazd i wpadłam w stan „NO CO SIĘ K^&*^* DZIEJE”, który nie wróży nic dobrego, a raczej jest otwarciem drzwi do kompletnego samoubiczowania. Siedziałam i czekałam na 400m jakbym była tam za karę. Okej, zatoki zatokami, ale przecież przez cały bieżący tydzień czułam się bardzo dobrze… No cóż, to jest sport, tego umysłem nie ogarniesz. Zawarłam z Wojtkiem umowę – jeśli nie poprawię życiówki, załatwi mi papierową torbę na głowę, w której będę (nie)dumnie wracać do Warszawy. Trochę był to śmiech przez łzy, ale ta perspektywa całkiem szczerze mnie rozbawiła.
Obyło się jednak bez torby. I raczej bez satysfakcji, ale i tak to stosunkowo najlepsza z moich weekendowych konkurencji. 5:43,18 z niezłym samopoczuciem i najgorszymi nawrotami świata – kilka razy czułam, że ledwo muskam ścianę palcami stóp. W ogóle po obejrzeniu nagrania widzę, że wyglądam tak, jakbym się w ogóle nie spieszyła. Człowiek-ameba, a wrażenia tego dopełnia fakt, iż byłam w swojej serii zdecydowanie najwolniejsza – sekundę po moim przedostatnim nawrocie swój bieg skończyła zwyciężczyni!
Tym oto akcentem zakończyłam Puchar Polski w Tychach. Nie ma fajerwerków, eksplozji endorfin ani gwałtownego wzrostu samozadowolenia, ale jest nowe, na pewno cenne doświadczenie. Chyba największym sukcesem weekendu było to, że na płycie basenu przed ostatnią konkurencją stanęłam pogodzona z nieuchronnym niepowodzeniem, ale nie zrezygnowana – gotowa żeby dać z siebie wszystko, co jestem w stanie z siebie na ten moment dać. Głowa była spokojna, ciało gotowe do mocnego napierania – pod tym względem nie mogło być lepiej, mimo że dosłownie godzinę wcześniej byłam w totalnej rozwałce. Dobrze jest wiedzieć, że w ważnym momencie jestem w stanie przejść z programu zbędnych rozkmin do gotowości startowej.
Bo takie jest pływanie. Ta droga jest bez końca. I dobrze! Gdyby jeszcze ten wredny chlor nie był taki zjadliwy…

Dodaj komentarz