Bieg w Lesznowoli ma dla mnie szczególne znaczenie. Biegłam w nim cztery lata temu, kiedy jeszcze był Minimaratonem Niepodległości na 4.2 km. Tę imprezę polecił mi trener Jakubowski; akurat wtedy trwał krótki, 3-miesięczny okres, gdy trenowałam w grupie trenera, co wspominam z wielkim sentymentem. Nieźle mi się tam biegło, zajęłam 4. miejsce. Był to chyba mój najlepszy bieg z „tamtych czasów”, czyli mojego pierwszego i ostatniego sezonu sprzed serii kontuzji (w dużym skrócie). Byłam wtedy w tak ciężkim treningu, że perspektywa biegnięcia czterech kilometrów w trupa wydawała mi się dziecięcą igraszką, jakby dniem wolnym.

A potem było już tylko gorzej albo po prostu bardzo źle. Co roku obserwowałam te zawody, za każdym razem śledziłam listę wyników i ciągle było mi żal, że mnie tam nie było. A dzisiaj BYŁAM, wróciłam, starsza o 4 lata (niestety), bogatsza o wielki bagaż doświadczeń i o mocno zmodyfikowane cele.

W stosunku do dzisiejszego biegu mam ambiwalentne uczucia. Przede wszystkim jestem zła, bo wciąż nie wiem, na ile byłoby mnie stać w warunkach bliskich optymalnym. Nie mam na razie szczęścia. W Kleszczowie dopadła mnie gigantyczna bomba po pierwszych 400 metrach i do końca dystansu modliłam się tylko, żeby dotrwać do mety; tydzień temu w Warszawie leciałam po najbardziej zakręconej trasie, jaką widziałam, do tego wyraźnie dłuższej niż „przepisowe” 5 kilometrów; no a dzisiaj? Dziś spotkałam się ze swoją dobrze znaną koleżanką kolką… Myślałam że to już za mną! Wydawało mi się, że naprawdę pilnuję tego co jem i że nie zdarzy mi się żadna wpadka z pożarciem któregoś ze składników z listy absolutnie zakazanych. Na tej liście nie zostało już wiele produktów… i chyba to mnie zgubiło. Żeby upewnić się, że wszystko będzie w porządku, zjadłam dokładnie takie samo śniadanie jak tydzień temu – bo dlaczego dzisiaj miałoby zaszkodzić mi coś, co kilka dni temu się sprawdziło. Dopiero po biegu, zwijając się z bólu poskręcanych wnętrzności uświadomiłam sobie, że w stosunku do zeszłego tygodnia zaszła jedna drobna zmiana… Cóż, sama jestem sobie winna. Jak widać, nawet taka głupota potrafi zupełnie zmienić – nomen omen – bieg wydarzeń, jeśli ma się takie głupie wnętrzności jak moje. Już na rozgrzewce poczułam, że może być ciekawie, ale wtedy jeszcze miałam nadzieję, że po prostu mi to przejdzie. Że nie przeszło, to mało powiedziane. Po drugim kilometrze biegu było już naprawdę źle. I tak już pozostało, a za metą poruszałam się już wpół zgięta.

Ale! Kierując się zasadą always look on the bright side of life: niewątpliwie dużym sukcesem jest to, że moje śniadanie pozostało w moim wnętrzu. Nie było to bowiem takie pewne. Drugim – że mimo potężnej kolki dotarłam do mety po 20 minutach i 17 sekundach, czyli nie zwolniłam do truchtu.

W ciągu ostatniego miesiąca cztery razy pobiegłam piątkę w tempie około 4 minut na kilometr. Pierwszy raz podczas duathlonu w pierwszej jego części (i tam biegło mi się naprawdę świetnie). Drugi raz w Kleszczowie, gdzie cierpiałam katusze z powodu bezsensownego low carbu; trzeci raz na biegu Instytutu Lotnictwa, gdzie nie było się jak rozpędzić. No i dzisiaj. Niby spoko, biorąc pod uwagę fakt, że „za tamtych czasów” musiałam się naprawdę natyrać, żeby biegać w tych okolicach. Trudno mi to w ten sposób nazywać, bo bieganie stu kilometrów tygodniowo to dla mnie czysta przyjemność. Jednak fakt pozostaje faktem – teraz biegam nieporównywalnie mniej. Dla przykładu – w zeszłym tygodniu 24 kilometry, dwa tygodnie temu 29. Jest różnica.

ALE JEDNAK NIE SPOKO, bo liczyłam na to, że będzie szybciej. Bo umówmy się, powinno być już szybciej, kurde. Bo to „szybciej”, na które liczę, to nadal nie jest wielka petarda.

Przyznaję, że za „tamtych czasów” było trochę inaczej – jak już biegłam w zawodach, to zazwyczaj wszystko się pomyślnie układało (nie licząc jednego biegu, w którym też zabiła mnie kolka). Wtedy jednak startowałam dużo mniej – to już mój dziewiąty start w sezonie. Cóż, muszę jeszcze poczekać na swój dzień. Trochę się niecierpliwię, ale jednak dominuje we mnie uczucie pogody i spokoju. Po pełnych trzech sezonach przerwy wróciłam w końcu do zabawy. Nie pamiętam, co robiłam trzy lata temu, ale z dużym prawdopodobieństwem siedziałam przed kompem i ryczałam, że nie mogłam pojechać przebiec się w Lesznowoli. A teraz jestem z powrotem, a to znaczy, że będzie tylko lepiej.

Tak było cztery lata temu. Niefajnie być starym, ale fajnie wrócić na „stare śmieci” po długiej i przykrej przerwie, która trwała jakby tysiąc lat. Dzisiaj znowu finiszowałam na TYM stadionie. Jak mogłabym się z tego nie cieszyć?

 

Dodaj komentarz