Najpopularniejsze

Configure
- Back To Orginal +

poniedziałek, 7 września 2015

Scenariusze pisane przez życie, a pomiędzy - MP.

Kontynuować pisanie tego bloga, jakby w moim życiu nie pojawił się żaden przełom - nie da się. Rozpisywać się o tym, co się stało - na razie nie jestem w stanie. Nie wiem kiedy będę. Poprzestanę więc na kilku zdaniach, które i tak wiele mnie kosztują. Dość będzie, gdy napiszę, że dwa tygodnie temu pożegnałam swoją ukochaną Mamę. Przyjaciółkę, wierną kibickę i czytelniczkę w jednej osobie, kogoś absolutnie wyjątkowego i bliskiego mojemu sercu. Przekonałam się, że są takie chwile, w których nawet poeta nie znajdzie słów na to, żeby wyrazić to, co czuje. Żadne słowa nie opiszą tego, jak bardzo jest mi z tego powodu źle. Jedno jest pewne - wiem, że moja Mama była naprawdę szczęśliwym człowiekiem, w największej mierze dzięki mojemu Tacie, który w moich oczach stał się wielki i mocny. Wierzę i czuję, że Mama jest i zawsze będzie tuż obok nas.

Relacji z Białegostoku raczej nie będzie, bo już niewiele pamiętam z tych zawodów. Wspomnienie tamtego triathlonu szybko przestało być ważne, jak i wiele innych, nic tak naprawdę nie znaczących spraw.




Wrześniowe Mistrzostwa Polski miały być sportowo najważniejszym tegorocznym sprawdzianem, jednak jeszcze tydzień przed startem plan wyjazdu do Przechlewa był dla mnie niezwykle odległy, jakby nierealny. Nie miałam jednak wątpliwości, że powinnam i chcę tam wystartować. W końcu jestem córką supersilnej, niezłomnej kobiety, w której słowniku nie pojawiały się zwroty takie jak "poddaję się". A więc jak ja mogłabym się poddać?

Zaliczyłam swój pierwszy start w kategorii PRO. Mocne doświadczenie, które mocnym stało się jeszcze przed wystrzałem startera, kiedy na odprawie stałam w strugach deszczu, odziana w trzy bluzy i kurtkę, trzęsąc się z zimna, z sinymi ustami i skostniałymi dłońmi. Nigdy wcześniej nie ścigałam się w deszczu na rowerze, ale byłam gotowa na to, żeby przyjąć na siebie te nowe wyzwania.

Mogłabym w tym miejscu opisywać cały przebieg zawodów - o tym, jak wszystkie dziewczyny odpłynęły mi po trzystu metrach, a przez resztę dystansu zaginałam się niemożebnie z obawą, że nie zmieszczę się w limicie czasu i sędziowie nie wypuszczą mnie ze strefy zmian. Tego, co sobie myślałam na dobiegu do T1, nie muszę nawet przelewać na papier, bo zostało już doskonale zobrazowane na zdjęciach. Czy ktoś mi jeszcze uwierzy, że naprawdę lubię ten sport?





Zazwyczaj nawet w tak okropnych fragmentach zawodów wyglądam trochę bardziej rześko, ale wczoraj zagięłam się tak, że czas się dla mnie zatrzymał, choć niestety tętno wcale nie.

Mogłabym też pisać długo o tym, jak na trasie rowerowej odrabiałam straty do ostatnich zawodniczek, ale gdy na drugiej pętli wiatr zrobił się jeszcze mocniejszy, a deszcz zaczął lać jak z cebra, znów zaczęłam tracić to, co udało mi się wypracować i ostatecznie nie dogoniłam żadnej z nich, za to ledwo trzymałam kierownicę, a śliskiej i lodowatej lemondki nie śmiałam już nawet dotykać. I jeszcze o tym, w jakim półżywym module pokonywałam trasę biegową, przez trzy kilometry zmagając się z duszącą kolką (widocznie pośród trzydziestu czy czterdziestu zakazanych produktów w moim menu zaplątał się gdzieś jeden, który przeoczyłam...), i o drugim oddechu, który - dzięki Ci, Panie - też pojawił się na kilka kilometrów tej trasy. I jeszcze o tym, ile czasu odmarzałam w samochodzie po przekroczeniu linii mety. Ale - who cares? Nie ma w gruncie rzeczy o czym pisać. Było, minęło, a teraz pora wracać do roboty, bo w przyszłym roku nie zamierzam szukać swojego wyniku na końcu tabeli.


"Jestem gotowa zjeść swoją licencję zawodniczą" - to było pierwsze, co powiedziałam do Wojtka ( który przez trzy godziny stał w tym potwornym zimnie i mokrości i miał jeszcze ochotę na to, żeby liczyć mi stoperem czas stref zmian!), ale już wtedy mówiłam to z przymrużeniem oka. Prawda jest taka, że z moich dotychczas otrzymanych medali za ukończenie zawodów ten wyszarpywałam najmocniej. Co najważniejsze - głowa mnie nie zawiodła. Chociaż chwilami było paskudnie ciężko, ani razu nie zastanawiałam się, czy jestem w tym miejscu, w którym chcę być, i ani razu nie miałam wątpliwości, czy dam radę. Wiedziałam, że jestem i wiedziałam, że dam.


Niestety, z moją obecną formą pływacką nie mam najmniejszych szans, żeby wyjść na rower choćby z trzecią grupą dziewczyn, mam więc na razie swoje oddzielne, prywatne zawody... W zeszłym roku było daleko od oczekiwań, a w tym jest znacznie gorzej. Wczoraj wyszłam z wody ponad dwie minuty za przedostatnią zawodniczką, co jest różnicą liczoną w latach świetlnych. Już drugi raz na zawodach z draftingiem z powodu słabego pływania jechałam część kolarską zupełnie sama i tym razem bolało to znacznie mocniej. Za błędy i nietrafione decyzje treningowe trzeba jednak płacić, co niniejszym robię.


Bardzo cieszę się z tego doświadczenia, które było mi dane wczoraj zdobyć. I niczym tak naprawdę się w tym kontekście nie martwię. Robię swoje i dziękuję losowi za to, że mogę to robić. Nic więcej nie potrzeba pisać.

1 komentarz:

  1. Pani Joanno, trudno uwierzyć , co się stało?! .Pracowałam z Ewą w korporacji , po wyjeżdzie nasz kontakt zanikł wprawdzie , ale sledziłam Jej a i Pani wpisy, podziwiałam za życiową odwagę .
    Panią pamiętam jaką małą dziewczynkę , jest Pani niezwykle podobna do Mamy .

    OdpowiedzUsuń