Najpopularniejsze

Configure
- Back To Orginal +

środa, 16 września 2015

Debiut w duathlonie oraz czyżby bieganie znów było fajne?

(po kliknięciu w te śmieszne strzałeczki na górze strona rozwija się i staje się wygodniejsza do czytania - polecam)

fot. Jarek Sarnowski

Relację z debiutu w duathlonie wypadałoby zacząć od tego, że był to wyjazd zupełnie na wariata. Po starcie tydzień wcześniej w Przechlewie przyszedł czas na chwilowe odpuszczenie poważnych startów, dopuściliśmy jednak myśl o pościganiu się gdzieś na luzie. Planowo mieliśmy pojechać do Poznania na rowerową czasówkę, ale ostatecznie odpuściliśmy ten pomysł - po pierwsze i najważniejsze okazało się, że mimo dość dużego prestiżu imprezy stawka kobiet była bardzo nieliczna, a więc plan na wypruwanie sobie żył wśród zawodowych kolarek spalił na panewce. Poza tym wyścig odbywał się w piątek, co trochę komplikowało sprawę logistycznie. W środę trafiłam jednak na stronę III Duathlonu Makowskiego - 5 km biegu, 22 km na rowerze (z draftingiem) i 2,5 km biegu. Jako że - ze względu na brak pływania - mogła być to moja jedyna w tym sezonie okazja, aby pojechać mocno w grupie rowerowej, postanowiłam się zapisać na te zawody. Cieszyłam się zwłaszcza na myśl, że wreszcie sprawdzę, jak biega mi się w warunkach zawodów, gdy nie jestem umordowana po rozgrzewce pływacko-rowerowej.

I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie czwartkowy trening na Agrykoli. Byłam bardzo zadowolona z realizacji 5x800m w dobrym tempie i świetnym samopoczuciu, ale moje łydki zstąpiły do Hadesu. Tak je zakwasiłam, że już ze stadionu wychodziłam na sztywnych nogach, a następnego dnia poruszałam się już jak kompletny złamas. Nie był to jeszcze ten poziom bólu, jakiego doznałam po pierwszym w życiu bieganiu w kolcach, ale już ten, przy którym znajomi na uczelni pytali mnie, czy miałam jakiś wypadek, że tak dziwnie chodzę. Zabicie łydek było jednak morderstwem z premedytacją, jako że trener w osobie Wojtka stwierdził bezlitośnie już na miejscu kaźni, że ten trening i tak jest ważniejszy niż niedzielne zawody, więc najwyżej je odpuścimy.

W piątek miałam ochotę schodzić po schodach tyłem i na czworaka. W sobotę z moimi odnóżami było równie źle, a nawet gorzej, bo zrobiłam zakładkę rowerowo-biegową, podczas której uświadomiłam sobie boleśnie, że łydki niepostrzeżenie popracowały sobie w pierwszej części treningu i teraz ledwo biegnę. Dobrze że to było krótkie bieganie i aż dziwne, że takie szybkie, bo zasadniczo nie jest przyjemnie, gdy biegnie się z uczuciem rozrywanego mięsa w łydkach. Po powrocie do domu oznajmiłam Wojtkowi, że niestety nie widzę tego startu w zawodach następnego dnia, na co on zapakował mnie do samochodu i zawiózł do miejsca rozpaczliwego ratowania mięśni, czyli do sauny (w której, przy okazji, nie byłam przez ponad pół roku).

Zupełnie się nie spinałam na ten start, ale kiedy obudziłam się w niedzielę, stwierdziłam, że jeśli nie pojedziemy, to będę żałować. No i bym żałowała!

Pierwszy etap biegowy. Biegnę i jest mi szalenie wesoło - dawno nie doznałam już takiego połączenia!
Rzeczowo-techniczną relację z tych zawodów napisałam już na stronie Magazynu Bieganie. A nietechnicznie... Przede wszystkim przypomniałam sobie to, co przez ponad trzy lata zdążyłam już zapomnieć - że tempo w grupie to zupełnie co innego niż tempo na samotnym treningu. Zrobiłam w tym roku kilka, a może nawet kilkanaście treningów biegowych, z których byłam naprawdę zadowolona (chyba głównie dlatego, że wreszcie przestałam skupiać się na tym, jak cudownie było w przeszłości i gdzie powinnam teraz tak naprawdę być). Nawet na treningach zakładkowych biegało mi się dobrze i dość szybko, co niestety jeszcze ani razu nie przełożyło się na bieg w zawodach triathlonowych, chociaż bywały już przebłyski niejesttakźleizmu. W każdym razie największą zagadką mojego obecnego biegania było to, czy w obecnej formie uda mi się złamać 20 minut na 5 kilometrów, co byłoby dla mnie potwierdzeniem, że nie jest już źle i że zmierzam w dobrym kierunku. Wojtek oczywiście twierdził, że już teraz powinna to być dla mnie formalność, ale on zawsze mnie trochę przecenia... W Makowie Mazowieckim miałam jednak okazję sprawdzić, jak mi się biegnie, gdy delikatnie biorę pod uwagę fakt, że po piątce biegu trzeba jeszcze wsiąść na rower, a potem jeszcze raz pobiec. I gdyby nie bolące i wciąż sztywne łydki, biegłoby mi się naprawdę fantastycznie. Pierwszy kilometr zrobiłam tam w 3:48 i zdziwiło mnie moje doskonałe samopoczucie. Drugi kilometr poszedł niewiele wolniej i - o dziwo - zaczęłam wyprzedzać chłopaków. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale bardziej jednak ucieszyło, bo... Ha! Na coś się przydały te tragiczne starty w zeszłym roku. Bardzo się cieszę, że w mojej makówce odblokowała się klepka odpowiadająca za strach przed zbombieniem. Wiem już, jak się biegnie na totalnej bombie i wiem, że jestem w stanie tak przebiec (a w każdym razie przeczołgać się) nawet 11 kilometrów, więc - nawet gdyby okazało się, że przegięłam z tempem - czymże byłyby dla mnie ledwo trzy? Tak czy inaczej, wcale nie przegięłam, i gdyby nie podbieg na przedostatnim kilometrze, sądzę, że mój oddech pozostałby równy i kontrolowany przez całość dystansu. Kiedy zorientowałam się, że właśnie pobiegłam piątkę po 4 minuty na kilometr, dostałam takiej mocy sprawczej, że nie przeszkadzało mi nawet, że zaczynam część rowerową z tętnem gdzieś w niebiosach, i ochoczo rzuciłam się do pogoni za grupą zawodników. Do końca trasy jechałam już z chłopakami, których dogoniłam, a raczej z niewielką ich częścią, która w tej grupie została. Pracowałam mocno i często i żałowałam tylko, że przez nieuwagę dałam samotnie uciec Michałowi na rowerze czasowym. Po zmianie wróciłam na tył grupy, Michał ruszył mocno, a kiedy się zorientowałam, że nikt z chłopaków nie utrzymał mu koła, było już o wiele za późno.


"Zaraz was dorwę, o ile prędzej nie wypluję płuc". Fot. Sławomir Olzacki

Do strefy zmian dojechałam zmęczona, ale wciąż chętna na szybkie bieganie na ostatnich 2,5 km do mety. Ale... no właśnie. Po mocnym rowerze łydki z drewna zamieniły się w łydki z ołowiu. Dawałam z siebie tyle, ile mogłam, ale jak się okazało mogłam już niewiele. Nie wyglądałam chyba zbyt żwawo, bo zawodnik, z którym jechałam na rowerze, minął mnie z pełnym otuchy okrzykiem "Dasz radę!" i zaproponował mi swój żel energetyczny. Uśmiałam się w duchu myśląc sobie, że nie proponowałby mi takich strasznych rzeczy, gdyby tylko wiedział, że w moim przypadku żel to przepis na piękne "DNF" na liście wyników...!
Przeturlałam się przez te ostatnie kilometry, ale było mi trochę smutno, że mimo ogólnie dobrego samopoczucia, moje łydki odmówiły współpracy i możliwości szybszego biegnięcia. No ale trudno się mówi, zwłaszcza że 4:20/km to też jeszcze nie marsz! Ale jeszcze się im odegram, oj odegram się... I to chyba już niedługo.

Jestem bardzo zadowolona z tego startu i już szykuję się do kolejnych. Nie wiem jak to możliwe, że jeszcze rok temu tak bardzo nie lubiłam startować w zawodach. Nie wiem także, jak Wojtek sprawił, że obecnie czuję się w biegu już w 7/10 tak dobrze, jak za najlepszych biegowych czasów, skoro jeszcze w połowie kwietnia wracałam po półrocznej przerwie, ledwo mogąc przetruchtać 4 kilometry i przeklinając w duchu cały ten świat. Dostałam wielki motywacyjny kopniak.
Ale to wszystko tematy na oddzielne wpisy. Jutro zaczynam kolejny sezon pływacki i mam nadzieję, że za kilka miesięcy będę równie miło zdziwiona tym, jak forma idzie w górę. Będzie kolejny temat do wpisu. Tymczasem serdecznie witam na swoim nowym, stuningowanym blogu. Moja mina na zdjęciu z lewej strony jest daleka od oczekiwań, ale nic lepszego nie znalazłam!

Puchar za pierwsze miejsce w klasyfikacji open kobiet

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz