Kleszczów na 5 – moje pierwsze zawody typowo biegowe od niepamiętnych czasów – ponad trzy i pół roku przerwy można chyba uznać za wystarczająco długi interwał, aby tak go nazywać.

Bieganie jest takie super! Ale finiszowanie mniej. Fot. maratończyk.pl

Tydzień temu wystartowałam w III Duathlonie Makowskim (relacja tutaj) i tam pierwszą część biegową – 5 km – biegło mi się naprawdę świetnie.
Wczoraj niestety nie bawiłam się tak dobrze, no ale taki właśnie jest sport – raz na wozie, raz w nawozie. 20:06 w biegu na 5 km (trasa z atestem PZLA) to wynik daleki od życiówki, daleki od planu i w ogóle daleki od wszystkiego, ale mogę przynajmniej z czystym sumieniem powiedzieć, że robiłam co mogłam. Inna sprawa, że tym razem akurat mogłam niewiele!

Relację tradycyjnie zacznę od dnia poprzedzającego zawody, a konkretnie od tego, że znowu do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, czy w ogóle gdziekolwiek pojedziemy. Powód ten sam, co tydzień temu: łydki i ich kolejna śmierć kliniczna. Gdy tylko zaczyna być im lepiej, dostają kolejne mocne uderzenie i zabawa zaczyna się od nowa – w efekcie wciąż nie mogą się zregenerować. Ale co zrobić – muszą to przeżyć, bo lżej im już nie będzie!

Znów ratowałam się sauną i obsmarowywaniem łydek przeciwbólowymi maściami. Pojechaliśmy. Nie mogło być inaczej, jako że w ciągu niespełna roku przeszłam transformację z zawodnika nienawidzącego startowania w zawodach do ściganckiego maniaka (nie pytajcie – nie zrozumiem się nigdy). Podczas rozgrzewki bezpośrednio przed startem nieco się zestresowałam, bo ni stąd ni zowąd poczułam, że oto nadchodzi najgorsze – kolka! Tym razem nie byłoby to aż tak wielkim zaskoczeniem, jako że minęłam już graniczny punkt sezonu, zwany startem w Przechlewie, a tym samym mogłam przywrócić do jadłospisu pewne potencjalnie kolkogenne produkty, takie jak kawa, kukurydza czy kasza gryczana. Tak czy inaczej, udało mi się rozbiegać problem, zanim stanęłam na linii startu.

O samym przebiegu zawodów niewiele można napisać, bo do mety było naprawdę blisko. W przeciwieństwie do startu sprzed tygodnia, tym razem nie biegło mi się świetnie ani nawet nieźle. Na biegu – też w przeciwieństwie do duathlonu w Makowie – miałam ruszyć mocno. No to ruszyłam… i już po trzystu metrach pomyślałam sobie pierwsze niecenzuralne słowa. Bomba była blisko. Przeszło mi przez głowę tysiąc myśli na sekundę, a wszystkie raczej kiepskie: że nie dobiegnę, że padnę po drodze, że orany jak ciężko i takie tam. Pierwszy kilometr biegło się nieco z górki, w przyzwoitym tempie, ale na poziom tętna już bałam się patrzeć. Potem przypomniałam sobie wreszcie, jak boli piątka – zwłaszcza taka, którą się ruszyło bez ogłady… Naprawdę nie było mi wesoło, zwłaszcza że nie mogłam złapać niczyich pleców i schować się przed wiatrem, który bynajmniej nas nie oszczędzał. Na trzecim kilometrze wmawiałam sobie, że okropność trwa tylko do „czwórki”, a potem już jest przecież finisz, więc nie ma co dramatyzować. Do tego plecy zawodniczki przede mną, do tamtej pory daleko z przodu, zaczęły się stopniowo do mnie przybliżać, aż w końcu nieco je wyprzedziłam. Tylko co z tego, skoro biegłam już na klasycznej bombie! Na finiszu na stadionie Marta, bo tak brzmi jej imię, wyskoczyła mi zza pleców i wyprzedziła mnie o sekundę, a ja absolutnie nie byłam w stanie odeprzeć jej ataku. Trzeba to przyznać szczerze – zawsze byłam trochę amebą.

Wynik 20:06 jest raczej rozczarowujący i oczywiście złamanie „magicznej dwudziestki” nie zmieniłoby tego faktu. Nie ma jednak nad czym rozpaczać, bo w gruncie rzeczy biegam już podobnie jak w swoim pierwszym sezonie biegowym, kiedy z radością łomotałam do 100 kilometrów tygodniowo (teraz nie robię nawet połowy tej objętości), interwały biegałam nawet dwa razy w tygodniu (w tym sezonie zrobiłam kilka takich treningów), no i – last but not least – wszystko to robiłam z wagą niższą o liczbę dwucyfrową (a teraz… ekhm. Ale to nie jest moje ostatnie słowo!). Pora więc tyrać dalej, bo najważniejsze jest to, że zmierzam we właściwym kierunku.

Dodaj komentarz