Będąc uczennicą zerówki, brałam udział w szkolnym przedstawieniu na dzień babci i dziadka. Podczas licznych prób przed występem wszystko było w najlepszym porządku. Przestało być miło, kiedy dwa dni przed przedstawieniem dowiedziałam się, że moi dziadkowie nie przyjadą z Warszawy do Gdańska na ten występ. Wcześniej nie przyszło mi do głowy spytać o to rodziców, bo wydawało mi się zupełnie oczywiste, że się tam pojawią. No bo jak to? Absolutnie tego nie rozumiałam, bo do tej pory co Asia sobie wymarzyła, to Asia dostawała. To był mój pierwszy życiowy zawód, który doskonale pamiętam, choć przecież był zupełną błahostką. I aż się dziwię, że w ten sposób to kwalifikuję.
Nie należę do osób, które muszą stanąć na głowie i zaklaskać uszami, żeby odnotować sportowy progres. W głębi duszy podziwiam zawodników, którzy w pocie czoła pracują po kilkanaście lat, żeby przesunąć się naprzód choćby o centymetr. Nie jestem cierpliwa, zwłaszcza w stosunku do samej siebie, i nie lubię marnować czasu na coś, co nie wychodzi mi dobrze. W gruncie rzeczy zawsze wszystko robi się niejako samo z siebie i dopiero gdy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, że niekiedy trzeba było sobie powypruwać żyły. Teraz jestem jednak w jakimś cholernym oku cyklonu, z którego nie mogę się wydostać. Mam gigantyczny kryzys, który rzuca mi się na głowę. I jest mi okropnie wstyd, że tak potwornie jęczę przy tym i narzekam, bo przecież nieźle się wysypiam, pracuję w godzinach, które sama sobie wyznaczam, w ogóle wszystkie przeciwności losu schodzą mi z drogi i jeszcze rozkładają przede mną czerwony dywan. Na pozór jest więc różowo. W rzeczywistości – tak okropnie dołerskiego nastawienia nigdy jeszcze nie miałam.
Sedno problemu jest w istocie prozaicznie proste, ale niełatwe do zmiany tu i teraz: nie powinnam być teraz w tym miejscu, w którym jestem. W zeszłym roku przetyrałam zimę i wiosnę, przebiłam się przez kilka murków i ścian, wypracowałam co dało się wypracować (biegania się nie dało). Jest koniec czerwca – powinnam się teraz zastanawiać, na których zawodach pokażę światu, co potrafię; gdzie się pościgam, gdzie zbiorę owoce ciężkiej, wielomiesięcznej pracy. Tymczasem po niezwykle słabej zimie – nazwijmy to po imieniu: przebimbanej, choć nie dobrowolnie, ale z konieczności, rozpaczliwie próbuję nadrobić stracone miesiące. I robię wszystko to, o czym inni już powoli zapominają. Mimo to pojawia się perspektywa, że – pardon, tu będzie mało literacko – z gówna bata nie ukręcisz, innymi słowy: ten rok może być zupełnie nie taki, jak to sobie zaplanowałam. Słaba to wizja dla kogoś, kto w swojej dyscyplinie ma tak krótki sezon startowy, poprzedzony ogromnie długim okresem przygotowawczym. Łatwo się w trakcie jego trwania napędzać pozytywnymi wspomnieniami z ukończonych startów i perspektywą, że już niedługo będzie jeszcze lepiej, mocniej i szybciej. A jak długo można trzymać się nadziei, że kiedyś w końcu znów będzie dobrze? Gdybym nie wiedziała, jak dobrze może mi się biegać (to już odległe, coraz bardziej mgliste wspomnienie), pływać i jeździć, stwierdziłabym pewnie, że gra nie jest warta świeczki.
A więc na razie zachowuję się – niestety – jak księżniczka na ziarnku grochu. Wojtek znów ma ze mną skaranie boskie, bo niekiedy można odnieść wrażenie, że młócenie wody w basenie, pedałowanie i klepanie asfaltu biegiem to dla mnie najgorsza kara życiowa. Jako humanistka z krwi i kości wszystkie emocje przeżywam poczwórnie i każdą z nich wyolbrzymiam, i za milijony kocham i cierpię katusze, więc usilnie staram się przynajmniej łapać się na nadmiernym histeryzowaniu i sprowadzać choć trochę do pionu. Jednakowoż moja głupia głowa mówi mi wciąż że:
– woda w jeziorze jest za zimna albo za ciepła, zbyt ciemna i zbyt głęboka,
– w ogóle jest zbyt zimno albo za ciepło, zbyt słonecznie lub za bardzo pochmurno,
– w basenie jest za dużo ludzi (tłok i nie da się pływać) albo – przeciwnie – za mało (gdzie się podziali wszyscy i dlaczego nie ma z kim dzielić radości i trosk),
– i co tak wolno,
– trening jest za wcześnie albo za późno (a jeszcze mam tyle do zrobienia i na pewno nie zdążę i pójdę spać w środku nocy i się nie wyśpię i katastrofa),
– oraz jest za mocny (ból istnienia) lub za słaby (brak satysfakcji),
– na rowerze za bardzo wieje,
– i co tak wolno,
– i jadę na nim na zbyt długi (moje plecy…) lub zbyt krótki (nie opłaca się) trening,
– biegnie mi się tragicznie, wszystko mnie kłuje i ściska,
– i o boże, tylko nie zakładka,
– nie no weź, tylko nie siła,
– znów szybkość, nie!!!,
– bieżnia, jak ja nienawidzę tam trenować,
– rozbieganie, no nie, znowu rozbieganie,
– i co tak wolno,
– co to w ogóle za tętno przy takim tempie, tak to może biegać moja prababcia,
– i znowu ta sama trasa, którą widziałam już dwadzieścia osiem tysięcy osiemset czterdzieści siedem razy, i dlaczego muszę jeździć wciąż po tych samych drogach,
– i biegać też, no do jasnej cholery, codziennie to samo, czy jestem jakimś chomikiem w kołowrotku,
– i nie ma się do kogo odezwać całymi dniami,
– i ciężary na siłowni są potwornie ciężkie,
– i po co doprowadzam się tam do takiego stanu, że ledwo pamiętam jak się nazywam, skoro i tak w tym roku nic ze mnie nie będzie,
– i w ogóle to nie mam się w co ubrać i wyglądam jak kolarsko-biegowy wieśniak,
– i co tak wolno,
– i wszyscy mnie wyprzedzają,
– i ci co w zeszłym roku mnie nie wyprzedzali, też mnie wyprzedzają,
– i cofnęłam się pływacko o dwa lata, a to na pływanie postawiłam wszystko w tym roku,
– i nikt mi nie odmachuje na rowerze, zresztą co ja się dziwię, wyglądam jakbym pożyczyła od kogoś fajny rower i wsiadła na niego incydentalnie,
– i, do cholery, co tak wolno?!?!?!?!

Oczywiście nie zmienia to faktu, że robię każdy z tych treningów. Ale co sobie wtedy myślę, to moje!

I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, a co gorsza – miesiąc po miesiącu. Zero pozytywnego feedbacku o czymkolwiek skądkolwiek, same złe myśli, które z mojej najcudniejszej pływacko-rowerowo-biegowej miłości próbują zrobić jakiś dramatyczny dramat.
No i oczywiście, bo jakże by mogło być inaczej: gdy tylko nie jestem na treningu, natychmiast mam ochotę iść na trening. I tak źle, i tak niedobrze. Sportowa schizofrenia.
No ale umówmy się. Mogło być sto razy gorzej. Jeszcze nie umieram, nawet pomimo tego, że dwadzieścia cztery (a rocznikowo dwadzieścia pięć) lat to już straszna przecież starość. Co więcej, wewnętrzna inwentaryzacja wykazuje brak zmian. Wciąż mam dwie nogi i dwie ręce, płuca i nadal stosunkowo młode serce. Nie ma żadnego powodu, dla którego beznadziejność miałaby się długo utrzymywać, więc nie pozostaje mi nic innego niż to, co robię teraz: zagryzam zęby i robię swoje. Przetrwałam już okres sprzed kilku lat, podczas którego trenowałam bez litości, mimo że nie miałam nawet najmniejszej perspektywy na jakiekolwiek starty, a ubierając się w strój rowerowy wyłam rzewnymi łzami; i ten czas, kiedy na samą myśl o wyjściu na bieganie nagle zaczynało mnie wszystko boleć, opadałam z sił i cały mój organizm wołał, że sobie tego nie życzy. No to teraz miałabym się dać złamać?

Dodaj komentarz