Kiedy miałam niecałe 7 lat, przeprowadziłam się z rodzicami do nowego mieszkania w Gdańsku. Nie było mi tam źle, ale histerycznie bałam się zostawać tam sama, zwłaszcza wieczorami. Właściwie to nie do końca wiem, o co mi wtedy chodziło – po prostu miałam fazę, że na pewno zeżrą mnie potwory. Jeśli rodzice wychodzili z domu na trzy godziny, uporczywie wpatrywałam się w zegarek, zakopana na kanapie pod kocem. Zamieniona w głaz („nie pójdę do drugiego pokoju, tam na pewno są potwory”), wypłakująca morze łez, obsmarkująca stosy chusteczek. Jeśli po rzeczonych trzech godzinach rodziców nadal nie było w domu, wpadałam w jeszcze większą histerię. Na pewno stało się coś złego, zostałam sama na świecie i nawet się o tym nie dowiem.
Kilka razy rodzice zostawiali mnie z wynajętymi opiekunkami, ale – choć panie były bardzo miłe – nie znosiłam siedzieć z nimi w domu. No po prostu nie. Czułam się wtedy jak gość we własnym mieszkaniu, non stop obserwowana i na siłę zabawiana.
Suma summarum, każde wyjście rodziców z domu było dla mnie koszmarem. Jedyną nadzieję upatrywałam w tym, żeby zostawać w domu ze zwierzakiem. Wówczas już co najmniej od roku namawiałam rodziców na kota. Wiedzieli że strasznie chcę mieć swojego futrzaka, ale oni równie bardzo nie chcieli mieć na głowie dodatkowego domownika. Mówiłam im, że mając wymarzonego kota nie będę bała się zostawać w domu bez nich, bo przecież nie będę sama. Kot ma szósty zmysł i na pewno widzi potwory, więc w razie czego zawczasu by mnie przed nimi ostrzegł. A oni myśleli: tere fere, mów mi jeszcze.
Pewnego dnia, gdy rodzice zastali mnie w domu czerwoną od ryku i rozdygotaną, bo spóźnili się do domu o kwadrans („Dlaczego nie zadzwoniliście, że wracacie cali i zdrowi?!?!”) stwierdzili: tak dalej być nie może. Jest tu jakiś niestandardowy problem. Idziemy z nią do psychologa. Gdy usłyszałam o tym niecnym zamiarze, byłam przerażona. „No świetnie, czyli zamkną mnie w wariatkowie?”. Podobno pani psycholog poprosiła ich, żeby na pierwsze spotkanie przyjechali sami, beze mnie.
A więc pojechali. Ale ze mną. Nie pamiętam, pewnie zwyczajnie nie mieli mnie z kim zostawić, a może stwierdzili, że lepiej będzie, jeśli pani psycholog obczai mnie już przy pierwszej okazji. Pierwsza moja myśl, gdy otworzyła drzwi, brzmiała mniej więcej: „Nie chcę cię znać, stara wiedźmo”. A druga: „Ooooo, kooootek!”. Pani psycholog miała kotka. Jej ranking punktowy wzrósł od zera do jednego. Będzie drugi gol?
„Dzień dobry. Mieliście Państwo przyjść bez córki” – rzekła na powitanie zdziwionym, niezbyt wesołym tonem.
Czyli nie będzie.
Tutaj mała dygresja. Nie ogarniam, dlaczego dorośli ludzie mówią do innych dorosłych o dzieciach w ich obecności tak, jakby ich nie było. To jest nagminne. Czy dorośli myślą, że dzieci odbierają tylko fale dźwięku skierowane wprost do ich uszu, a nie słyszą tego, co mówi się pół metra wyżej?
No, nieważne.
Tak czy inaczej, już wiedziałam, że nie polubię się z panią psycholog. Jednak mało mi to przeszkadzało, bo siedząc przy stole razem z nią i rodzicami prawie wcale nie słuchałam, o czym z nimi rozmawia, bo byłam zajęta wabieniem do siebie ślicznego kota. Zdążyłam usłyszeć tylko niepokojący skrawek rozmowy: „(…) i dopiero wtedy postawię diagnozę”. Oho! Przestraszyłam się nie na żarty. „Stawianie diagnozy” skojarzyło mi się ze znienawidzonym stawianiem baniek na plecach podczas grypy. Co to jest diagnoza? Nawet jeśli nie miało boleć, to na pewno mogło zbliżyć mnie do bycia zamkniętą w psychiatryku. Jestem za młoda, żeby umierać! Niedobrze.
Dorośli pogadali, podumali, a potem pani psycholog wpadła na „fantastyczny pomysł, który dużo może wyjaśnić”. Chodziło o prosty eksperyment. Otóż pani psycholog przywiązała mnie do mamy grubą liną, a sama poszła do drugiego pokoju, wzięła kota na ręce i zaczęła mnie zachęcać do tego, żebym zostawiła mamę i poszła do kotka.
Kurna, serio?
Miałam wtedy jakieś osiem lat, ale durnowatość tego eksperymentu już tam i wtedy przyprawiła mnie o chęć zaprezentowania poczciwego facepalma. Nie muszę chyba dodawać, że (mając dodatkową motywację w postaci groźby stawiania diagnozy) czym prędzej wyplątałam się ze sznura i pobiegłam do kota, co wprawiło wszystkich zebranych w stan radości, bo „proszę państwa, nie jest źle, naprawdę nie jest tak źle”.
Czy oni naprawdę myśleli, że sądziłam, że gdy pobiegnę do kotka, mama zabierze nogi za pas (tak bez płacenia? hłe, hłe), ucieknie przez okno (z trzeciego piętra?) i opuści mnie na zawsze? No a poza tym, czy w mieszkaniu pani psycholog były jakieś potwory? Odpowiedź na obydwa pytania brzmiała „nie” i doskonale to przecież wiedziałam.
Wtedy właśnie po raz pierwszy wykiwałam psychologa. Zagrałam mu na nosie, udając nieświadomego naiwniaka.
Gabinet opuszczałam w akompaniamencie radosnych dla moich uszu słów pani psycholog, żeby moi rodzice może jeszcze raz rozważyli pomysł kupienia mi zwierzaka.
No nie! Mamo, tato, ile hajsu zabuliliście, żeby usłyszeć po raz setny to samo?
Kilka tygodni później triumfalnie oprowadzałam mamę po sklepach zoologicznych w celu wybrania królika.
Takie czujne zwierzątka z wielkimi uszami na pewno też widzą wszystkie potwory. Nigdy więcej nie miałam oporów przed tym, aby zostawać sama w domu.

Dorośli, słuchajcie czasem swoich dzieci.

Dodaj komentarz