Na szczęście 9 godzin snu pod dwiema kołdrami (w tym jedną turbozimową), z zamkniętymi oknami, w długich spodniach i skarpetkach, z dwoma ciepłymi psami i aspiryną czyni cuda – będę żyć. Jestem jednak pod wrażeniem odczuć, które towarzyszyły mi wczoraj przez niemal cały dzień.
Przedwczoraj wieczorem bawiliśmy się w krossfity (zmodyfikowane do potrzeb połamańca, czyli moich – jeszcze dwa tygodnie mam zabronione bieganie i skoki). Polecenie służbowe to polecenie służbowe ( 🙂 ). Ćwiczenia technicznie wymagające i trudne, odczucia w trakcie i potreningowe całkiem dobre – jedynie zimne powietrze przypaliło mi tchawicę. Wróciłam sobie do domu, wszystko spoko, pospacerowałam z psami, a następnego dnia wstałam przed świtem i ruszyłam na siłkę, aby dobić te same partie mięśni, które pracowały – jakby nie patrzeć – kilka godzin temu.
Trening wyszedł całkiem dobrze, nawet lepiej niż sądziłam, jeśli wziąć pod uwagę zakwasy przy kręgosłupie i w biodrach (?!). Wróciłam do domu, aby ogarnąć się przed pracą, i wtedy się zaczęło..
Zimno. Boli. Zimno. Boli. I tak na zmianę. A potem naraz. Przez cały boży dzień. Wszechogarniający ból.
Wcześniej, to jest rano we wtorek, pojechałam na basen i trochę mi się zapomniało, że lato przeprowadziło się z naszych rejonów, a że wracałam rowerem z mokrymi włosami bez czapki.. Combo breaker – coś przeziębieniowo-grypopodobnego skumulowało się z umęczeniem potreningowym, co spowodowało, że bolało mnie każde miejsce ciała. Tak bardzo „każde”, że opierając się przedramieniem o biurko czułam się tak, jakbym postawiła tę rękę na ogniu albo tarła ją papierem ściernym. Bolało mnie ruszanie głową w którąkolwiek ze stron. Śmianie się było wyrazem masochizmu. Bolały mnie poobijane od sztangi obojczyki. Bolało mnie podczas siedzenia, stania, chodzenia i – jak okazało się wieczorem – również podczas leżenia. Poszłam spać o 20:40, zasnęłam jednak sporo później, bo bolała mnie kołdra oraz bok, który stykał się z prześcieradłem. Czułam się tak, jakby kończyny pozamieniały mi się miejscami i leżały boleśnie poskręcane. Do tego cały czas było mi zimno i czułam jak w moich mięśniach zachodzą jakieś skomplikowane procesy, co dodatkowo mnie wybudzało. Zazwyczaj zakwasy wywołują u mnie nieprzeciętną wesołość, tym razem były torturą.

Poranki to dla mnie newralgiczny czas, bo raczej bez względu na wszystko czuję się zmobilizowana bardzo albo strasznie bardzo. Nieraz już się zdarzało, że optymistycznie nastawiona wyruszałam na superciężkie interwały biegowe, wracałam do domu i okazywało się, że mam okropną grypę żołądkową i kilka kolejnych dni przychodziło mi spędzić jako półzwłoki w łóżku.

Ale czegoś takiego to jeszcze nie było. Porównywalnie źle czułam się po triathlonie w Nieporęcie, gdy podczas 2,5-godzinnego startu w blisko 30-stopniowym upale wypiłam dosłownie dwa łyki wody, bo kolka próbowała mnie zamordować, a potem przez całą część biegową ledwo przetaczałam się przez trasę, bo nie dość że czułam się ogólnoustrojowo koszmarnie, to jeszcze nie mogłam normalnie oddychać przez wszechogarniające kłucie. Podczas jazdy samochodem do Warszawy zaliczyłam takie wyłączenie funkcji życiowych, że gdybym to ja miała być kierowcą, to wróciłabym do domu trzy dni później.
Jako że aspiryna i inne dobra postawiły mnie na nogi, ledwo się powstrzymuję, żeby nie dołomotać się dzisiaj jakimś radosnym treningiem. Próbuję trzymać się myśli, że na roztrenowaniu jeden dzień bez treningu może nie być aż tak wielką zbrodnią przeciwko ludzkości, jak mi się to może wydawać.

Dodaj komentarz