Moja ubezpieczalnia pobiła już rekord czasu umawiania mnie na rezonans, a nadal jej tego mało. Od tygodnia czekam na wyznaczenie terminu badania i oczywiście cały czas nie biegam. Ból zmienił swoje umiejscowienie – nie wiem czy się tym cieszyć czy martwić – i czasem nie boli w ogóle. Nie bolał na przykład dzisiaj na rowerze i po nim (po tygodniowej przerwie od roweru – bo ciągnięcie pedału do góry do tej pory też bolało), ale po wyskakaniu się na siłowni (także na jednej nodze, ałć) jest gorzej niż przez ostatnich kilka dni. Nadal nie wiem na czym właściwie polega ta kontuzja i kiedy mi przejdzie, ale w tym tygodniu mam nieśmiały zamiar trochę pobiegać. Zobaczymy.
Tak czy inaczej pewne jest, że w tym roku w triathlonie już nie wystartuję. Optymistycznie zakładam, że wezmę udział w jakimś biegu, ale może być z tym różnie. W każdym razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że już niebawem zaczyna się długie, jesienno-zimowe tyranie. Chcąc nie chcąc powoli się przyzwyczajam do tej myśli . I tak od tygodnia codziennie bywam na basenie i na siłowni, swoich miejscach kaźni w okresie przedwiosennym.
Co to będzie? Niektóre składniki znam już teraz. Zatoki spenetrowane chlorem, wieczny katar i ciągle podkrążone od gogli pływackich oczy. Długie godziny spędzone na trenażerze w towarzystwie najmniej mądrych seriali telewizyjnych i równie dużo czasu w sali do spinningu, w której dobijam tętno do nienormalnych wartości. Czyli: chomik w kołowrotku. A ponadto uderzenia mrozu po wyjściu z domu na bieganie, przebijanie się przez śnieg do kolan i wiecznie mokre buty. No i siłownia, po której czasem ledwo daję radę się przebrać, bo latają mi wszystkie mięśnie. Zakwasy. Senność. Walka z ciemnościami. Nie mogę się doczekać, i mówię to całkowicie bez ironii. Bo to wszystko oznacza produkcję dużej dawki endorfin.
Im bardziej wsiąkam w sport, tym mniej przeszkadza mi zmienność pór roku, a konkretnie nieuchronność cyklicznego następowania zimnych, ciemnych miesięcy. Jest przecież tyle do zrobienia. Znowu jestem tym podekscytowana. Przenigdy mi się to nie znudzi.
A więc nadszedł koniec sezonu (nie mylić z roztrenowaniem; najpierw diagnoza nogi, a potem decyzja na temat najbliższej przyszłości). Teraz kujemy żelazo, zaczyna się prawdziwa robota. Nie będzie już przedstartowego cackania się ze sobą, robienia dni wolnych, uważania żeby się nie przeziębić i nie skontuzjować blisko zawodów.
Podobno ile się włoży do tej skrzynki zwanej sportem, tyle się potem z niej wyjmie na zawodach. Życzę sobie, żeby do przyszłej wiosny było więcej, dalej, mocniej, bo jestem na to gotowa.
Każda pora jest dobra dla treningowego geeka, jeśli tylko ma warunki do porządnego trenowania. Ja zamierzam w tym roku mieć je po stokroć doskonałe.
Fotka mnie urzeka, jednak jest daleka od rzeczywistości zastanej ;-))))

Dodaj komentarz