O, cześć kochana – wymruczał Wojtek spod kołdry, gdy otworzył jedno oko i zobaczył że siedzę nieopodal przy komputerze. – Jak trening?
– A całkiem nieźle..
– To znaczy? Jakie tempa?
– Noooo… to dość dziwne, ale takie, jak mi napisałeś w rozpisce.
Zapadła cisza trwająca dłuższą chwilę. Nie no, nie zasnąłby przecież aż tak szybko.
– Czemu się do mnie nie odzywasz?
– Bo nie mam ochoty!
No tak. Jak zwykle tyle było rozpaczania, że trening za trudny, forma za niska, że na ostatnim bieganiu szału nie było, a teraz każde przyspieszenie ma być o dwie minuty dłuższe. Tak właśnie. Kończę czwarty tydzień planu treningowego i chyba po raz pierwszy udało mi się zrobić interwały biegowe w założonym tempie. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że nie wychodzi mi trening, a do szybkiego biegania na treningach podchodzę już totalnie zerojedynkowo: umrzyj, ale zrób co napisane. Do tej pory „umrzyłam” już kilka razy, a i tak musieliśmy lekko modyfikować tempa. Powrót do biegania jest trudniejszy niż sądziliśmy. Cięższy, że tak powiem przewrotnie..
Boję się każdego punktu w rozpisce, który zakłada że mam zrobić coś, co już wiem jak bardzo jest trudne. Niestety ostatnie treningi biegowe były dla mnie koszmarnie ciężkie, a ponadto mocno frustrujące, bo tempa którymi aktualnie operuję są żałosne, jeśli rozpatrujemy je w kontekście mojego biegania sprzed paru lat. Za to znacznie częściej widuję na pulsometrze wartości w okolicach 180-183 uderzeń na minutę.
Trudno jest tak po prostu zagryźć zęby i robić swoje, nie analizując tego, czy progres powinien przychodzić szybciej i łatwiej. Dwa tygodnie temu pierwszy raz po 2,5-rocznej przerwie biegałam interwały wokół swojego ukochanego jeziorka w Rezerwacie. Uświadomiłam to sobie dopiero po powrocie do domu, co zasadniczo zrobiło mój dzień i poprawiło mi humor, nieco przygaszony tempami owego treningu.
Pamiętam jak w trakcie jednej, a potem drugiej kontuzji myślałam sobie, że już pewnie piękne czasy się skończyły i chyba nigdy nie pomorduję się w mojej biegowej świątyni Rezerwatu Jeziorka Czerniakowskiego. A jednak – kamień z serca. Nie pozostaje mi więc nic innego niż po prostu robić swoje.
Treningi w tym tygodniu były nieco zaburzone. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy to był dobry treningowo tydzień czy wręcz przeciwnie. Na pewno trochę krótszy – niestety, ale z takich powodów, że w dłuższej perspektywie jednak zdecydowanie stety. Żeby przybliżyć pełen obraz ostatnich siedmiu dni, muszę zacząć od zeszłej niedzieli, bo wtedy się działo, oj działo się..
W niedzielę wstałam wyjątkowo późno (tj. o 7), gdyż ze względu na oglądanie chicagowskiego triathlonu w sobotę poszłam spać również bardzo późno (to stwierdzenie także jest względne). Po 9:00 pojechałam na trening rowerowy – pierwszą częścią miały być podjazdy na Agrykoli, drugą sześciominutowe interwały na pętli habdzińskiej. Zrobiłam założone podjazdy, ruszyłam w drogę do Powsina i.. Ledwo dojechałam do ścieżki łączącej Wilanów z Powsinem, zerwała się ma-sak-rycz-na burza. Pioruny, grzmoty, ulewa jak z cebra. Deszcz nie byłby dla mnie problemem, jednak burza ze swoją intensywnością nieco zbiła mnie z tropu. Postanowiłam wrócić czym prędzej do domu i zrobić interwały na trenażerze. Nienawidzę trenażera latem, nienawidzę trenażera bez wiatraka (rozwaliłam ów kilka miesięcy temu), ale jeszcze bardziej nienawidzę nie zrobić treningu, więc wybór był prosty.
Tylko skąd mogłam wiedzieć, że waty na trenażerze nie równają się watom w plenerze? Na logikę sądziłam, że skoro w pomieszczeniu nie ma wiatru, zakrętów i innych przeszkadzajek, waty na trenażerze powinny być wyższe niż na ulicy przy tym samym wysiłku. O, jak srogo się myliłam.. Najpierw przez mokre koło nie mogłam rozkręcić roweru nawet do watów rozjazdowych, a potem na interwałach… O Chryste Jezu.
Pierwszy raz w życiu mając do zrobienia cztery powtórzenia przyspieszeń, myślałam że zejdę śmiertelnie już po pierwszym z nich. Nie wiem czy 19-kilometrowa czasówka w kwietniu była dla mnie cięższa niż TO. Całkiem na serio cieszyłam się że Wojtek jest w domu, bo w razie czego miałby mnie kto reanimować. Sam Wojtek po pierwszym przyspieszeniu stwierdził, że on TEGO nie może słuchać (TO = przedśmiertne rzężenie Lorda Vadera przez ostatnie 2 minuty interwału) i że zaczyna się martwić i kolejne powtórzenia mam bezdyskusyjnie zrobić na mniejszych watach. Nie mogłam się z nim kłócić, bo leżałam półżywa na kierownicy, starając się złapać oddech i nie przestawać pedałować, bo jakbym przestała, to bym już nie ruszyła. Pot spływał po mnie jakbym stała pod prysznicem (a jestem raczej człowiekiem który niedużo się poci). Przerwa się skończyła i.. dawaj dalej. Znowu po dwóch minutach sześciominutowego przyspieszenia widziałam już tunel ze światełkiem na końcu. Rzeczywiście pozostałe powtórzenia robiłam już na delikatniejszych watach niż pierwsze z nich, ale intensywność według pulsometru nadal była zacna. Średnie tętno powtórzenia miałam takie, jak tętno maksymalne na finiszu ostatniego powtórzenia na ulicy dwa dni wcześniej.
Kończąc trening nie miałam nawet siły się ucieszyć, ale satysfakcja była ogromna. Zupełnie niechcąco zrobiłam jeden z najcięższych treningów w życiu, na pewno najcięższy w tym roku. Coś potwornego.
Na ten dzień miałam jeszcze zaplanowany krótki, spokojny bieg i bardzo żałowałam, że nie poszłam zrobić go od razu po rowerze. Był taki plan, ale pogoda nadal dawała do wiwatu, było zimno i wietrznie, a ja byłam calusieńka mokra i zgrzana, więc postanowiłam że pobiegam za kilka godzin. Jednak, co mnie specjalnie nie zdziwiło, absolutnie nie byłam w stanie tego zrobić. Godzinę po treningu walnęłam się spać i spałam kolejną godzinę, a później jeszcze przez 4-5h czułam się jak zombie.
Przekraczanie bram piekieł we własnym domu.
 
W poniedziałek wczesnym rankiem zrobiłam trening biegowy, nie wiedząc że przez następne dwa dni nie będzie mi dane ani pobiegać, ani popływać. Wróciłam przed siódmą rano po bieganiu, usiadłam do komputera ze śniadaniem, klikam klikam, jem jem… O-żesz-fuck. Ząb, który bolał mnie razem z okalającym go, spuchniętym dziąsłem od co najmniej dwóch tygodni, właśnie przełamał się w pół. Gdyby ułamał się jego mały kawałeczek i po prostu odpadł, to byłoby pół biedy – ale on złamał się tak głęboko, że po prostu machał się na wszystkie strony, fundując mi niezapomniane wrażenia. Nawet nie mogłam do końca zamknąć ust z bólu. No cóż, a więc jak zwykle poczekałam z zębem aż do momentu, kiedy stało się naprawdę źle i już nie miałam wyboru: musiałam jak najszybciej odwiedzić dentystę. Udało mi się umówić na za kilka godzin, więc czym prędzej ubrałam się i pojechałam (nie muszę chyba dodawać, że właśnie wtedy zaczął padać deszcz?). Byłam przekonana że – aby tradycji stało się zadość, bo dzieje się tak co roku – znowu czeka mnie leczenie kanałowe (oraz skąd ja wezmę na to forsę?!). Pani dentystka wysłała mnie na zdjęcie rtg zęba, obejrzała, usadziła mnie na fotelu i przemawia do mnie radośnie: „Mam dla pani bardzo dobrą wiadomość! To jest ząb po kanałowym, a więc to tylko kwestia zapalenia śluzówki. Dam Pani lekarstwo, włożę opatrunek i zobaczymy się za dwa tygodnie na wypełnienie zęba”. Ulga, jaką wtedy poczułam, nie trwała jednak długo. Pani doktor zaczęła wiercić, chwilę powierciła i rzecze: „Wie Pani co.. to jednak nie tylko zapalenie. Ząb jest do pilnego usunięcia”. 
COOOOOOOOOOO????? (BTW czyli znowu, znooowu trenowałam z jakimś mega-super-hiper-wielkim-stanem zapalnym, no nie!)
Raz w życiu miałam wyrywany ząb, było to jakieś 12 lat temu i wspominam to jako teksańską masakrę. Sam zabieg bolał jak jasna cholera, a potem kilka dni miałam wyłączonych z życia i funkcjonowania. No ekstra.
Reszta wizyty potoczyła się jak w amerykańskim serialu.
„Trzeba pani szybko usunąć ten ząb, bo to zapalenie wpływa na cały organizm, a ząb jest złamany przy samym korzeniu. Niedługo powinien przyjść chirurg, więc może proszę poczekać, jest szansa że panią przyjmie jeszcze dziś”. Dokładnie w tym momencie do tego gabinetu wszedł wspomniany pan doktor. Dentystka przedstawiła mu sprawę, on spojrzał na nieszczęsny ząb i potwierdził potrzebę wyrwania. Pozostało mi więc poczekać na zabieg – lepiej jak najszybciej mieć to za sobą..
Pan doktor – jak się okazało raczej pan superdoktor – zajął się mną bardzo szybko. Podczas czekania na działanie znieczulenia opowiadał mi dowcipy, a potem chciał się ze mną założyć, że wyrywanie nie boli. Nie chciałam mu wierzyć, ale już zmieniłam zdanie. Przy radosnym akompaniamencie jego okrzyków „nienawidzę endodontów!” usunął mi szóstkę całkowicie bezboleśnie (choć trzask tłuczonej kości jest taki średni), mimo że w nieco dłuższym czasie niż sądził, gdyż martwy ząb po kanałowym był kruchy i trzeba go było trochę wymęczyć, zanim całkowicie opuścił moją paszczękę.
„Ękuę bayzo fańe tohdoże” – powiedziałam przy opuszczaniu gabinetu, zagryzając wacik i przykładając sobie lodowy kompres do twarzy – „hedy geras mohe iź na teninh?”. Doktor uprzejmie zrozumiał co mam na myśli  (czy to przez moją koszulkę z napisem RUNNING SUCKS?) i stwierdził, że przez dwa dni lepiej nic nie trenować, bo jeśli skrzep z zębodołu rozpadnie się (a sprzyja temu aktywność fizyczna) to robi się naprawdę kiepsko i boli jak sam diabeł. Żywot mój marny osłodziła jednak pani pielęgniarka, która wypuszczając mnie z gabinetu podała mi jeszcze jedno zalecenie: „do jutra włącznie proszę jeść tylko zimne i miękkie rzeczy, za 2-3 godziny może pani zjeść lody………”.
Looooody?
Pani pielęgniarka coś jeszcze mówiła, ale mój proces słuchania zakończył się, gdyż mój umysł bujał w obłokach, wybierając smak lodów, które dzisiaj zrobię sobie na obiad i kolację. Omnomnom.
Wytop zawieszony na 24 godziny.
Wróciłam do domu (rowerem, rzecz jasna), po drodze zrobiłam zakupy, doczekałam do momentu gdy mogłam pożreć pierwsze lody ( <3 ), a resztę dnia zasadniczo przepróżnowałam, bo gdy znieczulenie odpuściło, zaczęło się robić kiepsko, i siedziałam do wieczora z okładem lodowym na policzku.
W rozpisce treningowej na następny dzień miałam zaplanowaną stówkę na rowerze, no i oczywiście pływanie na Inflanckiej. Jedno i drugie musiałam odpuścić – stwierdziłam że wolę mieć z głowy dwa dni niż dwa tygodnie antybiotyków i umierania u dentysty. Kogo nie pytałam o „suchy zębodół”, będący powikłaniem po niefrasobliwości po wyrwaniu zęba, ten wznosił wzrok do nieba i życzył mi rozumu i ogłady, aby nie napędzić sobie biedy. No więc wytrzymałam – choć jeśli nie trenuję, to nie nadaję się absolutnie do niczego. To bardzo delikatnie powiedziane, ja po prostu psychofizycznie nie potrafię znieść tego stanu rzeczy, więc generalnie bez kija nie podchodź.
W środę w końcu ruszyłam na delikatny trening – godzina na mtb i zakładkowa szóstka spokojnego biegu. Ledwo wsiadłam na rower, świat od razu stał się piękniejszy, więc już musiało być dobrze. Znowu nadawałam się do życia. Po południu zaś spędziłam 5h w sklepie rowerowym na bikefittingu – już drugim na tym rowerze. Zostało oficjalnie i ostatecznie potwierdzone, że w kwestii doboru siodła jestem absolutnym failem. Nie cieszy mnie ten wniosek, bo to była właściwie moja ostatnia nadzieja, żeby cierpieć mniej na rowerze..
W czwartek chętnie bym już popływała, ale tak się złożyło, że tym razem nie mogłam z innego powodu. I znowu wymaga to dłuższego wstępu:
tydzień wcześniej wybrałam się do lekarza-internisty po skierowanie na badania krwi. Dawno nie sprawdzałam co słychać u moich czerwonych i (wiecznie za niskich) białych krwinek oraz ich wszystkich kumpli. Powiedziałam pani doktor że sport i takie tam, wymieniłam parametry jakie chciałabym sprawdzić, a lekarka od siebie dorzuciła jeszcze skierowanie na echo serca. Krew zrobiłam, nic w niej nowego (kinaza kreatynowa pokazała że rowerowy trening załamujący wg Friela nie zrobił na moich mięśniach większego wrażenia, a hemoglobiny mam tyle co Justyna Kowalczyk; hłe hłe, haczyk polega na tym że trener Justyny narzeka, że ona ma ciągle mniej niż powinna mieć. No ale ja nie jeżdżę w góry). Na echo poszłam sobie na luzaku bezpośrednio po trzecim treningu tego dnia.. i to chyba był błąd. Lekarz stwierdził, że morfologicznie mam serce jak dzwon, ale jego rytm nie jest prawidłowy, a coś-tam w drugim uderzeniu powoduje że przepływa mi mniej krwi, przez co przy intensywnych wysiłkach może mnie trochę podduszać. Długo to badał, sprawdzał, zastanawiał się, po czym stwierdził, że trzeba to koniecznie sprawdzić, bo może jestem potencjalnym umieraczem na biegu (choć – jak dodał – tego rodzaju zaburzenie bardziej predysponuje do umierania podczas pływania. Lol, słyszeliście żeby ktoś umarł podczas pływania? To dopiero byłaby wiocha.. Tak czy siak, i tak lepiej umrzeć tak niż jako niespełniony stulatek, któremu osiemdziesiąt lat temu zabronili spełniać swoje plany i marzenia). Nie pierwszy raz serce biło mi w tak nierówny sposób, więc lekarz stwierdził że być może to po prostu ciekawy zbieg okoliczności – przyszłam do niego prosto z treningów, już na lekkim cukrowym głodzie, zapewne wypłukana z elektrolitów – no ale trzeba się temu przyjrzeć. Skierował mnie więc na holter ekg, który założyli mi przedwczoraj. Zatem do dnia wczorajszego żyłam i trenowałam z towarzyszkami-elektrodami. Urządzenie miło mnie zaskoczyło, bo się nie odkleiło! Plastry do kinesiotapingu, które większości ludzi trzymają się nawet do tygodnia, ode mnie odpadają po dwóch godzinach, więc nie wróżyłam sobie długiego związku z elektrodami.
Opis holtera ekg wskazuje, że jednak chyba będę żyć – nic niepokojącego się nie dzieje. Urządzonko zarejestrowało mi maksymalne tętno 183 ud/min (interwały na rowerze w środę), minimalne 40 – w nocy.
A przy okazji dowiedziałam się, że od 2011 roku objętość wyrzutowa mojego serca zwiększyła się o 13%. Biorąc pod uwagę fakt, że w międzyczasie przez półtora roku nie trenowałam zbyt wiele, a jeśli już to w niewielkiej intensywności – spoko wynik, czekam na jeszcze. W ogóle porównanie badania z 2011 i z tego roku wskazuje, że mam coraz większe serce do sportu 😉
No to można się dalej z czystym sumieniem tyrać! I wreszcie iść popływać.

Dodaj komentarz